07.07.2024, 15:29 ✶
Zmierzchało. Nie bałem się ciemności. Byłem dzielnym kocurem, a nawet o ciemnościach w tej chwili nie myślałem, bo dostałem list od pani Bulstrode. Potrzebowała mnie pilnie na interwencji u pacjenta, który chyba wymiotował czymś specyficznym albo co. Za bardzo się nie rozpisała, więc właśnie próbowałem wymyślić mu objawy, które mu dokuczają, a - uwierzcie mi - miałem naprawdę bogatą wyobraźnię...
Tylko że te bajanie kompletnie zagłuszył ptak. Nietypowy ptak, bo siedział sobie w klatce, a tę klatkę niosła jakaś bezdomna starucha. Ptaka upolować nie mogłem, bo był w tej klatce już zamknięty, ale mógłbym pomóc jakoś tej kobiecie, ale mówiła bardzo złe rzeczy, życzyła mi nie za dobrze, więc tylko pokręciłem głową w niedowierzaniu, machnąłem ręką i ruszyłem dalej w te pędy, bo pani Florence! Czekała na mnie pani Florence!!! Takim złym kobietom nie pomagałem, ale pani Florence, bo ona akurat była dobrą kobietą, tylko czasami trochę wymagającą. Niestety, trochę za bardzo. Czasami miałem wrażenie, że miała kompletnego fioła na punkcie swojej pracy, kiedy ja tylko chciałem pomagać ludziom, a nie wkuwać te wszystkie klątwy.
Niestety, mój przyspieszony krok znowu został przerwany. Tym razem nie przez rozbiegane myśli ani stare baby z ptakami, tylko BARDZO NIEBEZPIECZNY NIEPRZYJEMNY WARKOT, KTÓRY ZNAŁEM AŻ ZA BARDZO, I TO MIAŁ OKAZJĘ WARCZEĆ W WERSJI ROZSZERZONEJ O CONAJMNIEJ... TRZY BESTIE...?!
Nie musiałem nawet przemieniać się w kociaka, bo kiedy tylko obróciłem się - i to bardzo powoli, naprawdę zrobiłem to wolno - w kierunku psów, te od razu się na mnie rzuciły. Dlatego nienawidziłem kundli. Zdążyłem jedynie się skulić, mając nadzieję, że obrażeń będzie jak najmniej. Zawsze było to samo, dlatego starałem się uciekać. Nawet teraz rozważałem przemianę w kota i zwianie stąd, ale obawiałem się, że w mniejszej postaci skończyłbym jeszcze gorzej...? O ile już źle nie kończyłem. Były tak blisko, już szarpały mnie za kurtkę i nogę. Nie chciałem im oddawać żadnego skrawka siebie.
Leżałem na ziemi, osłaniając najwrażliwsze miejsca, na pogryzienia rzecz jasna, i właściwie się nie ruszałem, nie chcąc ich bardziej prowokować. One zawsze były takie pełne agresji, takie niewyżyte. Nic im nie zrobiłem. Nawet ich nie zaczepiałem, więc nie rozumiałem, skąd ten atak, czemu to robiły. Ja chciałem jedynie pomóc pani Florence, szedłem prosto, nigdzie się nie włamywałem, byłem grzeczny i za to teraz wykrwawiałem się na środku drogi. Bezczelne bestie.
Skuliłem się jeszcze bardziej. Już nic mnie nie szarpało, ale chciałem znaleźć się w swojej kołderce i zasnąć. Mamo, ratuj - pomyślałem, zaciskając swoje oczy.
Tylko że te bajanie kompletnie zagłuszył ptak. Nietypowy ptak, bo siedział sobie w klatce, a tę klatkę niosła jakaś bezdomna starucha. Ptaka upolować nie mogłem, bo był w tej klatce już zamknięty, ale mógłbym pomóc jakoś tej kobiecie, ale mówiła bardzo złe rzeczy, życzyła mi nie za dobrze, więc tylko pokręciłem głową w niedowierzaniu, machnąłem ręką i ruszyłem dalej w te pędy, bo pani Florence! Czekała na mnie pani Florence!!! Takim złym kobietom nie pomagałem, ale pani Florence, bo ona akurat była dobrą kobietą, tylko czasami trochę wymagającą. Niestety, trochę za bardzo. Czasami miałem wrażenie, że miała kompletnego fioła na punkcie swojej pracy, kiedy ja tylko chciałem pomagać ludziom, a nie wkuwać te wszystkie klątwy.
Niestety, mój przyspieszony krok znowu został przerwany. Tym razem nie przez rozbiegane myśli ani stare baby z ptakami, tylko BARDZO NIEBEZPIECZNY NIEPRZYJEMNY WARKOT, KTÓRY ZNAŁEM AŻ ZA BARDZO, I TO MIAŁ OKAZJĘ WARCZEĆ W WERSJI ROZSZERZONEJ O CONAJMNIEJ... TRZY BESTIE...?!
Nie musiałem nawet przemieniać się w kociaka, bo kiedy tylko obróciłem się - i to bardzo powoli, naprawdę zrobiłem to wolno - w kierunku psów, te od razu się na mnie rzuciły. Dlatego nienawidziłem kundli. Zdążyłem jedynie się skulić, mając nadzieję, że obrażeń będzie jak najmniej. Zawsze było to samo, dlatego starałem się uciekać. Nawet teraz rozważałem przemianę w kota i zwianie stąd, ale obawiałem się, że w mniejszej postaci skończyłbym jeszcze gorzej...? O ile już źle nie kończyłem. Były tak blisko, już szarpały mnie za kurtkę i nogę. Nie chciałem im oddawać żadnego skrawka siebie.
Leżałem na ziemi, osłaniając najwrażliwsze miejsca, na pogryzienia rzecz jasna, i właściwie się nie ruszałem, nie chcąc ich bardziej prowokować. One zawsze były takie pełne agresji, takie niewyżyte. Nic im nie zrobiłem. Nawet ich nie zaczepiałem, więc nie rozumiałem, skąd ten atak, czemu to robiły. Ja chciałem jedynie pomóc pani Florence, szedłem prosto, nigdzie się nie włamywałem, byłem grzeczny i za to teraz wykrwawiałem się na środku drogi. Bezczelne bestie.
Skuliłem się jeszcze bardziej. Już nic mnie nie szarpało, ale chciałem znaleźć się w swojej kołderce i zasnąć. Mamo, ratuj - pomyślałem, zaciskając swoje oczy.