23.05.2024, 01:52 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.05.2024, 02:06 przez Cedric Lupin.)
Trochę nie rozumiał tego, co się właśnie działo. Nie potrafił w pełni przetrawić i zaakceptować faktu, że wyjazd, który wywoływał w nim tyle stresu i strachu ostatecznie doszedł do skutku. Gdyby tego było mało, zapowiadał się naprawdę dobrze? Przynajmniej tak mu się wydawało. Jasne, domek był może nieco mały i zaniedbany, ale bliskie sąsiedztwo jeziora nadrabiało wszelkie wady. Nie zdążył jeszcze zwiedzić całości obiektu, ale już zdążyły się w nim obudzić wspomnienia wyjazdów w gronie rodzinnym. Warunki były podobne, jeśli nie bardziej spartańskie. Wtedy tego typu przygody były dla niego stresującym wyzwaniem, ale teraz czuł się zaskakująco przyjemnie. Można by stwierdzić, że to kwestia braku presji i wielogodzinnych lekcji przetrwania w głuszy, ale gdzieś w głębi duszy wiedział, że chodziło o coś zupełnie innego. W sumie to nie o coś, a o kogoś. Bo przecież towarzysze są najważniejszym elementem podróży.
Vior.
Logika sugerowałaby spokój i rozwagę, ale po prostu nie potrafił przestać o niej myśleć. W teorii znali się jeszcze z czasów szkolnych, ale dość długi brak kontaktu sprawił, że nie wiedział o niej zbyt wiele. Z jednej strony tego żałował, ale z drugiej było to chyba najlepszym, co spotkało go w ostatnich miesiącach. Po prostu była niesamowita. Każde kolejne spotkanie odkrywało przed nim kolejne elementy układanki, którą była dla niego panna Zamfir. Nietuzinkowa, nieszablonowa, wyjątkowa. Im więcej rozmawiali, tym bardziej czuł się oczarowany. Oczarowany i przytłoczony. Dość szybko dotarło do niego, że Vior nie jest kobietą, u której miałby jakiekolwiek szanse. Pełna życia, żądna przygód — był jej całkowitym przeciwieństwem. Podczas gdy on ślęczał w Mungu, przyjmując nieskończone kolejki chorych, ona w zaciszu swojego warsztatu tworzyła małe dzieła sztuki. W wolnych chwilach czerpała z życia garściami. On, ledwo żywy od niewyspania się, przekładał pudła w aptece. Nie było szans na to, że kiedykolwiek zwróciłaby na niego uwagę. Czuł się szczęściarzem z samego tylko faktu, że mógł kupić od niej pierścionek. Po prostu była dla niego za dobra.
Tak przynajmniej sądził, ale aktualne wydarzenia dość mocno gryzły się z jego przekonaniami. Nie dość, że okazała nim zainteresowanie, to teraz jeszcze mieli spędzić razem kilka kolejnych dni. Jeśli był to sen, pragnął się nigdy nie obudzić. Był szczęściarzem i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Gdyby nie resztki szarych komórek, które jeszcze uchowały się w jego przemęczonej głowie, odtańczyłby przed nią jakiś taniec zwycięstwa. Bo tak się teraz czuł. Pierwszy raz w życiu czuł, że idzie dobrą ścieżką. Co prawda nie wiedział jeszcze, gdzie go ona poprowadzi, ale tym razem nie bał się podjąć ryzyka. Czemu? To proste. Była tego warta.
W całej tej ekstazie początkowo nawet nie zauważył zmian w jej zachowaniu. Był zbyt pochłonięty poczuciem szczęścia, żeby w jego głowie pojawiła się jakakolwiek negatywna myśl, a już szczególnie pomysł, że mogłaby o nim źle myśleć. Bo przecież szukała z nim kontaktu, a finalnie nawet razem wyjechali. Lubiła go, nie mogło być inaczej. Ta świadomość była dziwna, jakby nieco nie na miejscu, ale jednocześnie rozlewała po jego ciele przyjemne poczucie ciepła. Było po prostu dobrze, prawda?
Gdy zobaczył ten chłodny uśmiech, poczuł się, jakby ktoś uderzył go mocno w brzuch. Zatrzymał się w miejscu i mimowolnie zbladł, próbując przetrawić te nagłe zmiany. Co się stało? Zrobił albo powiedział coś nie tak? Starał się utrzymać uśmiech, ale w jego głowie zaczęło się pojawiać coraz więcej wątpliwości. Zupełnie, jak gdyby nagle zdjął różowe okulary, które zabarwiały rzeczywistość. Poczuł nieprzyjemny skurcz w okolicach żołądka. Czuł się podminowany, ale po krótkim zawahaniu spróbował otrząsnąć się z tego dziwnego stanu. Na pewno to wszystko wyolbrzymiał, zresztą jak zawsze. — Mam nadzieję, że na koniec wyjazdu nie będziesz miała mnie dość. Natomiast co do informacji, zdecydowanie chciałbym usłyszeć nieco więcej Twoich historii, ale jestem przekonany, że są rzeczy, na które będę musiał poczekać — odparł spokojnie, uśmiechając się przy tym nieco niemrawo.
Ludzie ważniejsi od obowiązków? Normalnie nie zgodziłby się z tym stwierdzeniem, w końcu niesienie pomocy potrzebującym było dla niego sprawą nadrzędną, przynajmniej do tej pory. Teraz jednak pojawiła się w nim pewna niepewność. Czy faktycznie wolał przedłożyć relacje prywatne nad Munga? Niby nie, ale jeśli chodziłoby o Vior? Sytuacja nagle robiła się znacznie bardziej skomplikowana, a odpowiedź trudna, przynajmniej w teorii. Gdzieś w głębi ducha znał już bowiem odpowiedź, chociaż nie dopuścił jej nawet do siebie. Wybrałby ją, zawsze.
— Zgodzę się z tym, że Twoja mama doskonale gotuje, ale nie powinnaś sobie umniejszać. Jestem przekonany, że z takim nauczycielem potrafisz wyczarować niesamowite rzeczy. Stawiacie mi sporą poprzeczkę, ale postaram się nie zawieść oczekiwań! — zadeklarował wesoło, lekko się przy tym szczerząc. W środku jednak wciąż czuł tę nieprzyjemną gulę, która chyba na dobre utkwiła mu w gardle. Coś było nie tak. Nie potrafił jednak zrozumieć, w którym momencie popełnił błąd.
Jej zimne, nieufne spojrzenie były dla niego niczym cios w policzek. Nagle wylało się na niego wiadro lodowatej wody, które ostudziło jego entuzjazm. Spróbował zwolnić, przemyśleć dwa razy kolejne słowa. Miał nadzieję, że uda mu się to jeszcze naprostować, ale dość szybko przekonał się, że na to było już za późno.
Gdy Vior nagle wstała i zaczęła odchodzić, w szoku śledził ją wzrokiem, próbując to wszystko przetrawić. Pewne były teraz tylko dwie rzeczy. Kobieta poczuła się zraniona, a on był śmieciem, który był za to odpowiedzialny.
Przez chwilę po prostu patrzył w przestrzeń z twarzą niczym z marmuru. Blady, nijaki, pozbawiony emocji.
Nie, nie czas i miejsce na takie rzeczy. Nie chciał tak po prostu się poddać i dać jej odejść.
Gwałtownie wstał i biegiem ruszył w ślad za nią. Niestety dla niego, zebranie się w sobie zajęło mu kilka minut, które w tej kwestii okazały się kluczowe. Zaważyły na tym, że nie mógł jej tak po prostu znaleźć, chociaż próbował. Na początku chodził po okolicy i gorączkowo jej wypatrywał. Potem ruszył do budynku, gdzie przebywali pracownicy, ale tam również jej nie znalazł. Nie dając za wygraną, ruszył w stronę pobliskiego lasu, mając nadzieję, że może to właśnie tam postanowiła się ukryć. W końcu przełamał nawet swoje wewnętrzne blokady i zaczął ją nawoływać, wszystko to na próżno. Słońce dawno zniknęło za horyzontem, gdy z opuszczonymi ramionami wyszedł spomiędzy drzew.
Pogrążony w gorączkowych analizach wcześniejszej rozmowy, nawet nie zauważył, że jego kroki nieco się przechyliły, kierując go prosto na krawędź mostku, którym właśnie przechodził. Gdy zorientował się, że popełnił błąd, było już za późno. Z impetem poleciał do wody, boleśnie obijając przy tym ręce, którymi zasłonił twarz. Ostre kamienie pocięły skórę, ale nawet tego nie odnotował. Jeszcze kilka godzin temu czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, ale Cedricowi z teraz daleko było do tego obrazu. Przerażony, smutny, zmęczony, zagubiony, a w dodatku obolały i mokry. Chciał być zły na samego siebie, ale nawet nie wiedział, o co miał się obwiniać. Ta nieświadomość była tym najgorsza. Co takiego zrobił, że Vior postanowiła uciec?
Mozolnym tempem wygrzebał się z mułu i wyszedł na trawę, po czym po prostu usiadł na ziemi. Spojrzał w niebo, po czym po prostu się rozpłakał. Za dużo. Cokolwiek się z nim dzisiaj działo, przerosło to zdolności przerobowe jego głowy. W tej chwili czuł się jak najgorszy śmieć, który zaprzepaścił swoje szanse u kobiety marzeń. Sama myśl o kobiecie sprawiała mu wewnętrzny ból, ale o ironio, nie potrafił przestać. Bez przerwy odtwarzał w głowie ich rozmowę w kuchni, próbując znaleźć moment, w którym przekroczył granicę. Gdzie do cholery popełnił błąd?
Przez blisko pół godziny patrzył w gwiazdy, próbując opanować emocje, które dosłownie przejęły nad nim kontrolę. Nie był w stanie się uspokoić, nie po tym, do czego tutaj doszło. Stracił szansę, stracił ją.
Zaśmiał się nagle, krótko, kręcąc przy tym głową. No tak, to w sumie miało sens. Jak zawsze wszystko zepsuł, typowy Cedric. Powinien był skupić się na pracy, zamiast snuć marzenia o rzeczach, które nawet nie miały prawa bytu.
— Ty i ona? Proszę cię, spójrz na siebie. Jesteś żałosny, umrzesz w samotności — syknął do samego siebie, zagryzając przy tym mocno dolną wargę.
Droga do domku była zaskakująco długa i nieprzyjemna. Z początku wciąż analizował ich wcześniejszą rozmowę, ale stojąc przed drzwiami, czuł po prostu pustkę. Był niczym, niewartościowym zerem. Frajerem, który skrzywdził kogoś takiego jak Viorica.
Wchodząc do środka, z początku nawet nie odnotował, że paliło się światło, zignorował także dźwięki, które dochodziły z sypialni, którą miała zajmować. Po prostu usiadł przy stole, wpatrując się w szklankę kawy, której nawet nie zdążył dopić. Dopiero po chwili dotarło do niego, że ktoś się w niego wpatruje. Mimowolnie wstał, wpatrując się w nią niczym w obrazek. Otworzył usta, próbując coś powiedzieć, ale nie potrafił wysłowić wszystkich myśli, które tkwiły w jego głowie. Po prostu stał, patrząc na nią z niepewnością wymalowaną na twarzy. Zapewne wyglądał niezwykle groteskowo. Ubrania i włosy były przemoczone, ubrudzone mułem i żwirem. Twarz blada i pełna niewypowiedzianego bólu, a wszystko to dopełniały zakrwawione dłonie. Jego mózg wciąż nie odnotował, że powinien to jakoś opatrzeć.
W tej chwili istniała tylko ona oraz świadomość, że wszystko zepsuł.
Vior.
Logika sugerowałaby spokój i rozwagę, ale po prostu nie potrafił przestać o niej myśleć. W teorii znali się jeszcze z czasów szkolnych, ale dość długi brak kontaktu sprawił, że nie wiedział o niej zbyt wiele. Z jednej strony tego żałował, ale z drugiej było to chyba najlepszym, co spotkało go w ostatnich miesiącach. Po prostu była niesamowita. Każde kolejne spotkanie odkrywało przed nim kolejne elementy układanki, którą była dla niego panna Zamfir. Nietuzinkowa, nieszablonowa, wyjątkowa. Im więcej rozmawiali, tym bardziej czuł się oczarowany. Oczarowany i przytłoczony. Dość szybko dotarło do niego, że Vior nie jest kobietą, u której miałby jakiekolwiek szanse. Pełna życia, żądna przygód — był jej całkowitym przeciwieństwem. Podczas gdy on ślęczał w Mungu, przyjmując nieskończone kolejki chorych, ona w zaciszu swojego warsztatu tworzyła małe dzieła sztuki. W wolnych chwilach czerpała z życia garściami. On, ledwo żywy od niewyspania się, przekładał pudła w aptece. Nie było szans na to, że kiedykolwiek zwróciłaby na niego uwagę. Czuł się szczęściarzem z samego tylko faktu, że mógł kupić od niej pierścionek. Po prostu była dla niego za dobra.
Tak przynajmniej sądził, ale aktualne wydarzenia dość mocno gryzły się z jego przekonaniami. Nie dość, że okazała nim zainteresowanie, to teraz jeszcze mieli spędzić razem kilka kolejnych dni. Jeśli był to sen, pragnął się nigdy nie obudzić. Był szczęściarzem i doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Gdyby nie resztki szarych komórek, które jeszcze uchowały się w jego przemęczonej głowie, odtańczyłby przed nią jakiś taniec zwycięstwa. Bo tak się teraz czuł. Pierwszy raz w życiu czuł, że idzie dobrą ścieżką. Co prawda nie wiedział jeszcze, gdzie go ona poprowadzi, ale tym razem nie bał się podjąć ryzyka. Czemu? To proste. Była tego warta.
W całej tej ekstazie początkowo nawet nie zauważył zmian w jej zachowaniu. Był zbyt pochłonięty poczuciem szczęścia, żeby w jego głowie pojawiła się jakakolwiek negatywna myśl, a już szczególnie pomysł, że mogłaby o nim źle myśleć. Bo przecież szukała z nim kontaktu, a finalnie nawet razem wyjechali. Lubiła go, nie mogło być inaczej. Ta świadomość była dziwna, jakby nieco nie na miejscu, ale jednocześnie rozlewała po jego ciele przyjemne poczucie ciepła. Było po prostu dobrze, prawda?
Gdy zobaczył ten chłodny uśmiech, poczuł się, jakby ktoś uderzył go mocno w brzuch. Zatrzymał się w miejscu i mimowolnie zbladł, próbując przetrawić te nagłe zmiany. Co się stało? Zrobił albo powiedział coś nie tak? Starał się utrzymać uśmiech, ale w jego głowie zaczęło się pojawiać coraz więcej wątpliwości. Zupełnie, jak gdyby nagle zdjął różowe okulary, które zabarwiały rzeczywistość. Poczuł nieprzyjemny skurcz w okolicach żołądka. Czuł się podminowany, ale po krótkim zawahaniu spróbował otrząsnąć się z tego dziwnego stanu. Na pewno to wszystko wyolbrzymiał, zresztą jak zawsze. — Mam nadzieję, że na koniec wyjazdu nie będziesz miała mnie dość. Natomiast co do informacji, zdecydowanie chciałbym usłyszeć nieco więcej Twoich historii, ale jestem przekonany, że są rzeczy, na które będę musiał poczekać — odparł spokojnie, uśmiechając się przy tym nieco niemrawo.
Ludzie ważniejsi od obowiązków? Normalnie nie zgodziłby się z tym stwierdzeniem, w końcu niesienie pomocy potrzebującym było dla niego sprawą nadrzędną, przynajmniej do tej pory. Teraz jednak pojawiła się w nim pewna niepewność. Czy faktycznie wolał przedłożyć relacje prywatne nad Munga? Niby nie, ale jeśli chodziłoby o Vior? Sytuacja nagle robiła się znacznie bardziej skomplikowana, a odpowiedź trudna, przynajmniej w teorii. Gdzieś w głębi ducha znał już bowiem odpowiedź, chociaż nie dopuścił jej nawet do siebie. Wybrałby ją, zawsze.
— Zgodzę się z tym, że Twoja mama doskonale gotuje, ale nie powinnaś sobie umniejszać. Jestem przekonany, że z takim nauczycielem potrafisz wyczarować niesamowite rzeczy. Stawiacie mi sporą poprzeczkę, ale postaram się nie zawieść oczekiwań! — zadeklarował wesoło, lekko się przy tym szczerząc. W środku jednak wciąż czuł tę nieprzyjemną gulę, która chyba na dobre utkwiła mu w gardle. Coś było nie tak. Nie potrafił jednak zrozumieć, w którym momencie popełnił błąd.
Jej zimne, nieufne spojrzenie były dla niego niczym cios w policzek. Nagle wylało się na niego wiadro lodowatej wody, które ostudziło jego entuzjazm. Spróbował zwolnić, przemyśleć dwa razy kolejne słowa. Miał nadzieję, że uda mu się to jeszcze naprostować, ale dość szybko przekonał się, że na to było już za późno.
Gdy Vior nagle wstała i zaczęła odchodzić, w szoku śledził ją wzrokiem, próbując to wszystko przetrawić. Pewne były teraz tylko dwie rzeczy. Kobieta poczuła się zraniona, a on był śmieciem, który był za to odpowiedzialny.
Przez chwilę po prostu patrzył w przestrzeń z twarzą niczym z marmuru. Blady, nijaki, pozbawiony emocji.
Nie, nie czas i miejsce na takie rzeczy. Nie chciał tak po prostu się poddać i dać jej odejść.
Gwałtownie wstał i biegiem ruszył w ślad za nią. Niestety dla niego, zebranie się w sobie zajęło mu kilka minut, które w tej kwestii okazały się kluczowe. Zaważyły na tym, że nie mógł jej tak po prostu znaleźć, chociaż próbował. Na początku chodził po okolicy i gorączkowo jej wypatrywał. Potem ruszył do budynku, gdzie przebywali pracownicy, ale tam również jej nie znalazł. Nie dając za wygraną, ruszył w stronę pobliskiego lasu, mając nadzieję, że może to właśnie tam postanowiła się ukryć. W końcu przełamał nawet swoje wewnętrzne blokady i zaczął ją nawoływać, wszystko to na próżno. Słońce dawno zniknęło za horyzontem, gdy z opuszczonymi ramionami wyszedł spomiędzy drzew.
Pogrążony w gorączkowych analizach wcześniejszej rozmowy, nawet nie zauważył, że jego kroki nieco się przechyliły, kierując go prosto na krawędź mostku, którym właśnie przechodził. Gdy zorientował się, że popełnił błąd, było już za późno. Z impetem poleciał do wody, boleśnie obijając przy tym ręce, którymi zasłonił twarz. Ostre kamienie pocięły skórę, ale nawet tego nie odnotował. Jeszcze kilka godzin temu czuł się najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi, ale Cedricowi z teraz daleko było do tego obrazu. Przerażony, smutny, zmęczony, zagubiony, a w dodatku obolały i mokry. Chciał być zły na samego siebie, ale nawet nie wiedział, o co miał się obwiniać. Ta nieświadomość była tym najgorsza. Co takiego zrobił, że Vior postanowiła uciec?
Mozolnym tempem wygrzebał się z mułu i wyszedł na trawę, po czym po prostu usiadł na ziemi. Spojrzał w niebo, po czym po prostu się rozpłakał. Za dużo. Cokolwiek się z nim dzisiaj działo, przerosło to zdolności przerobowe jego głowy. W tej chwili czuł się jak najgorszy śmieć, który zaprzepaścił swoje szanse u kobiety marzeń. Sama myśl o kobiecie sprawiała mu wewnętrzny ból, ale o ironio, nie potrafił przestać. Bez przerwy odtwarzał w głowie ich rozmowę w kuchni, próbując znaleźć moment, w którym przekroczył granicę. Gdzie do cholery popełnił błąd?
Przez blisko pół godziny patrzył w gwiazdy, próbując opanować emocje, które dosłownie przejęły nad nim kontrolę. Nie był w stanie się uspokoić, nie po tym, do czego tutaj doszło. Stracił szansę, stracił ją.
Zaśmiał się nagle, krótko, kręcąc przy tym głową. No tak, to w sumie miało sens. Jak zawsze wszystko zepsuł, typowy Cedric. Powinien był skupić się na pracy, zamiast snuć marzenia o rzeczach, które nawet nie miały prawa bytu.
— Ty i ona? Proszę cię, spójrz na siebie. Jesteś żałosny, umrzesz w samotności — syknął do samego siebie, zagryzając przy tym mocno dolną wargę.
Droga do domku była zaskakująco długa i nieprzyjemna. Z początku wciąż analizował ich wcześniejszą rozmowę, ale stojąc przed drzwiami, czuł po prostu pustkę. Był niczym, niewartościowym zerem. Frajerem, który skrzywdził kogoś takiego jak Viorica.
Wchodząc do środka, z początku nawet nie odnotował, że paliło się światło, zignorował także dźwięki, które dochodziły z sypialni, którą miała zajmować. Po prostu usiadł przy stole, wpatrując się w szklankę kawy, której nawet nie zdążył dopić. Dopiero po chwili dotarło do niego, że ktoś się w niego wpatruje. Mimowolnie wstał, wpatrując się w nią niczym w obrazek. Otworzył usta, próbując coś powiedzieć, ale nie potrafił wysłowić wszystkich myśli, które tkwiły w jego głowie. Po prostu stał, patrząc na nią z niepewnością wymalowaną na twarzy. Zapewne wyglądał niezwykle groteskowo. Ubrania i włosy były przemoczone, ubrudzone mułem i żwirem. Twarz blada i pełna niewypowiedzianego bólu, a wszystko to dopełniały zakrwawione dłonie. Jego mózg wciąż nie odnotował, że powinien to jakoś opatrzeć.
W tej chwili istniała tylko ona oraz świadomość, że wszystko zepsuł.