09.06.2025, 08:34 ✶
Jej gest wstrząsnął nim jak potrafi wstrząsnąć cichy szept pośród porannego wiatru, gdy mgła unosi się niespiesznie w mdlistym świetle pozbawionym ciepła, rozproszonym rosą. Jak szept, który nie przebija się przez chóry ptaków od kilku godzin już zapraszających do miłosnego tańca, obwieszczających zrękowiny, narodziny i śmierć. Jak cichy szept, który przychodzi, ale nie odchodzi, nie potrafi odejść mrowiącą skórą w miejscu w którym odciśnięto przed sekundą drobne usta. Przed wiecznością.
Zapomniał jak się oddycha, rozwartymi ślepiami wpatrując się w wilgowrona, przyjmując pieczęć własnych przeprosin i jej przebaczenia z nabożną wdzięcznością. Wstał od razu, gdy mu o tym powiedziała, żałując tylko, że nie dała mu również przyzwolenia na oddychanie. Świst powietrza wdarł się do płuc, gdy zajął swoje miejsce na przeciwko, wciąż zapatrzony w drobną twarz, próbujący zrozumieć co tu się wydarzyło między nimi tego leniwego popołudnia, wyjątkowego w swej tkance na wielu, wielu płaszczyznach, choć to co miała przynieść przyszłość wciąż pozostawało między nimi nieodgadnione.
– Tak zrobimy – przystał na jej propozycję, a myśl o marmurowym ogrodzie skalanym barbarzyńskimi praktykami ognisk okraszonych swądem pieczonego mięsiwa przywołał na jego twarzy uśmiech buntownika w sferze, w której mógł sobie na to pozwolić. Był ciekaw tego eksperymentu, był ciekaw tej nocy, był ciekaw opowieści, które sunęłyby pod nieboskłonem i melodii biegunowo odległej od kunsztowności salonowej muzyki do której nawykł. – Te... bezdroża...– zaczął ostrożnie, wciąż do końca nie wiedząc jak odnaleźć się w tematyce, którą ledwie przed momentem chciał porzucić w imię szacunku do jej prywatności. Delikatny balans między ciekawością jej osoby, a wspomnianym szacunkiem musiał jednak być poddany próbie zwłaszcza teraz, gdy widział jak samo wspomnienie minionych dni przywołuje na jej twarzy spokój, tak jak wcześniej sądził, że spokój przywoła rozmyślanie na temat edukowania przyszłych pokoleń. Czuł się tak, jakby musiał uczyć się jej na nowo, choć może mniej było w tym konieczności, a więcej chęci, potrzeby, podążania za słowami "nie musisz mnie szukać, jestem tuż obok"...
– Widzę, jak wiele Ci dało to zagubienie się na wspomnianych bezdrożach. Promieniujesz Lorien, Twoja twarz, blask kobaltowych oczu wyraża więcej niż tysiące słów. Jestem jednak tak bardzo ciekaw, jeśli oczywiście chciałabyś się ze mną podzielić tym, cóż takiego spotkało Cię na szlaku, co dodało różu policzkom i spokój sercu? – Nie był zadowolony ze składni tego pytania, głos zdradzał pewną obawę, ale wciąż jeszcze był roztrzęsiony wszystkimi słowy, które padły, a może bardziej gestami, które wobec siebie uczynili.
Może bardziej mrowieniem skóry w kąciku ust, tam gdzie pocałunek jeszcze nie znaczył zbyt wiele, choć znaczył wszystko.
– I tak... nie będę złościł się na Prewetta, obiecuję – dodał, aby ten temat mieli za sobą. Niepotrzebnie przyczepił się do niego w swojej złości, teraz widział w pełnej okazałości własną bezsilność, której się poddał tak, jakby nigdy wcześniej nie odczuwał jej z podobną mocą. – Mam w pamięci, że to wciąż jeden z najlepszych lekarzy w Londynie, po prostu... – westchnął, w opuszki palców ujmując nóżkę kieliszka, wciąż jednak nie chcąc zbliżać jego krawędzi do warg. Słowa przychodziły do niego pływami. Wczorajsza kłótnia, spotkanie z Jenkins i ten moment tu i teraz, pod zieloną zorzą. Odetchnął głęboko, głębiej, wzruszając ściśnięte żebra, zmuszając pęcherzyki płuc do rozwarcia się możliwie szerokiego. – Nie istotne. Mów mi proszę o swojej wyprawie. Mówmy o tym – poprosił cicho.
Zapomniał jak się oddycha, rozwartymi ślepiami wpatrując się w wilgowrona, przyjmując pieczęć własnych przeprosin i jej przebaczenia z nabożną wdzięcznością. Wstał od razu, gdy mu o tym powiedziała, żałując tylko, że nie dała mu również przyzwolenia na oddychanie. Świst powietrza wdarł się do płuc, gdy zajął swoje miejsce na przeciwko, wciąż zapatrzony w drobną twarz, próbujący zrozumieć co tu się wydarzyło między nimi tego leniwego popołudnia, wyjątkowego w swej tkance na wielu, wielu płaszczyznach, choć to co miała przynieść przyszłość wciąż pozostawało między nimi nieodgadnione.
– Tak zrobimy – przystał na jej propozycję, a myśl o marmurowym ogrodzie skalanym barbarzyńskimi praktykami ognisk okraszonych swądem pieczonego mięsiwa przywołał na jego twarzy uśmiech buntownika w sferze, w której mógł sobie na to pozwolić. Był ciekaw tego eksperymentu, był ciekaw tej nocy, był ciekaw opowieści, które sunęłyby pod nieboskłonem i melodii biegunowo odległej od kunsztowności salonowej muzyki do której nawykł. – Te... bezdroża...– zaczął ostrożnie, wciąż do końca nie wiedząc jak odnaleźć się w tematyce, którą ledwie przed momentem chciał porzucić w imię szacunku do jej prywatności. Delikatny balans między ciekawością jej osoby, a wspomnianym szacunkiem musiał jednak być poddany próbie zwłaszcza teraz, gdy widział jak samo wspomnienie minionych dni przywołuje na jej twarzy spokój, tak jak wcześniej sądził, że spokój przywoła rozmyślanie na temat edukowania przyszłych pokoleń. Czuł się tak, jakby musiał uczyć się jej na nowo, choć może mniej było w tym konieczności, a więcej chęci, potrzeby, podążania za słowami "nie musisz mnie szukać, jestem tuż obok"...
– Widzę, jak wiele Ci dało to zagubienie się na wspomnianych bezdrożach. Promieniujesz Lorien, Twoja twarz, blask kobaltowych oczu wyraża więcej niż tysiące słów. Jestem jednak tak bardzo ciekaw, jeśli oczywiście chciałabyś się ze mną podzielić tym, cóż takiego spotkało Cię na szlaku, co dodało różu policzkom i spokój sercu? – Nie był zadowolony ze składni tego pytania, głos zdradzał pewną obawę, ale wciąż jeszcze był roztrzęsiony wszystkimi słowy, które padły, a może bardziej gestami, które wobec siebie uczynili.
Może bardziej mrowieniem skóry w kąciku ust, tam gdzie pocałunek jeszcze nie znaczył zbyt wiele, choć znaczył wszystko.
– I tak... nie będę złościł się na Prewetta, obiecuję – dodał, aby ten temat mieli za sobą. Niepotrzebnie przyczepił się do niego w swojej złości, teraz widział w pełnej okazałości własną bezsilność, której się poddał tak, jakby nigdy wcześniej nie odczuwał jej z podobną mocą. – Mam w pamięci, że to wciąż jeden z najlepszych lekarzy w Londynie, po prostu... – westchnął, w opuszki palców ujmując nóżkę kieliszka, wciąż jednak nie chcąc zbliżać jego krawędzi do warg. Słowa przychodziły do niego pływami. Wczorajsza kłótnia, spotkanie z Jenkins i ten moment tu i teraz, pod zieloną zorzą. Odetchnął głęboko, głębiej, wzruszając ściśnięte żebra, zmuszając pęcherzyki płuc do rozwarcia się możliwie szerokiego. – Nie istotne. Mów mi proszę o swojej wyprawie. Mówmy o tym – poprosił cicho.