Słowo ogień, pożar, płomienie i wszystkie pochodne zostały odmienione już przez wszystkie przypadki, prawdopodobnie w każdej możliwej gazecie. Zaskakujące jak szybko media głównego nurtu i potrafiły zmienić coś tak pięknego jak mugolska tragedia w coś tak miałkiego jak ludzka krzywda. Mieszanie tych dwóch, odrębnych antropologicznych gatunków oraz sprowadzanie do wspólnego mianownika potrafiło Lestrangowi odebrać całą przyjemność z ich katastrofy. Gdyby nie nabyte uprzedzenia, czułby się nawet zainspirowany do twórczego pierdolenia. Wiersz może. Albo chociaż proza jakaś. Coś z intymności własnej duszy schowane na dno najgłębszej szuflady. Potem jednak przypominał sobie jak paskudnymi kurwiskami potrafiła być ta cała artystyczna bohema i ani myślał stawać w jednym rzędzie z tym obrazem pogardy. I pomimo braku właściwego podejścia do spraw bieżących periodyków głównego ścieku, miał doskonały humor. Czuł się wyśmienicie ze świadomością współodpowiedzialności za największy akt terroryzmu w historii tego kraju oraz obu światów w nim zawartych. Nawet zdając sobie sprawę, że rykoszetem oberwali też ci którzy tego nieszczęścia nie powinni dzielić razem z niegodziwcami. Nie wszyscy zasługiwali na to by dopadł ich słuszny gniew Czarnego Pana, niemniej jednak było to poświęcenie, na które był gotowy. Bycie czystokrwistym czarodziejem lub czarownicą nie dawało pełnego immunitetu przed odpowiedzialnością. Przede wszystkim liczyło się to, kto wspierał sprawę Lorda zanim sprawy zaczęły być naprawdę gorące.
Na zewnątrz czuł się wyśmienicie. Jednak wewnątrz zaczęło się coś psuć. Duszący kaszel, który najpierw tłumaczył przemęczeniem i osłabieniem organizmu. Bycie czynnym terrorystą w spaloną noc, choć bardzo budujące na duchu, potrafiło być jednak nieco wyczerpujące. Jednak śledząc gazety doczytał się, że sporo osób również donosiło o podobnych objawach. I zmartwił się nieco, bo to kolejna rzecz, która obciążała jego i tak nadszarpnięte zdrowie. Nie dość, że Oddech Mojry robił z niego anemika, Limbo zrobiło półżywego Zimnego, to jeszcze ten duszący dym w płucach. Zdecydowanie unikał kontaktów z innymi lekarzami niż jego jedyna zaufana uzdrowicielka, jednak tym razem niestety nie mógł udać się po raz kolejny do Cynthii. Z dużą dozą niepewności, jednak zdecydował się na wizytę w Mungu. Przecież w klinice prowadzoną w większości przez jego własne nazwisko, będzie nieco łatwiej ukryć niektóre niewygodne fakty. Przed wyjściem jeszcze tylko zażył dawkę eliksiru imitującego temperaturę ludzkiego ciała.
- Oh, pysznie kurwa... Rzucił pod nosem sam do siebie na widok przepełnionej ludźmi recepcji w klinice. Obwoźnego cyrku i cygana ze złotym zębem jeszcze tu brakowało. Zacisnął pięści schowane w kieszeniach płaszczu ze zdenerwowania. Rozejrzał się po tym zamieszaniu i stwierdził, że nie ma najmniejszego zamiaru czekać jak zwykły cham w kolejce jak reszta, a do domu też nie wróci, bo nie ma zbyt wielkiego wyboru. Zdegustowanie na jego twarzy nie trwało zbyt długo, bo do głowy wpadł mu dość podły pomysł. Z wewnętrznej kieszeni swojego płaszcza wyciągnął pękatą sakiewkę wypełnioną galeonami. Rozwiązał ją, a potem odwrócił dnem do góry z cynicznym uśmieszkiem na ustach. Na dźwięk rozsypujących się pieniędzy po białych, szpitalnych kafelkach, zapadła konsternująca cisza. Louvain natomiast, mrużąc lekko oczy, wzruszył ramionami z udawanym przejęciem i niemym “Ojej” na ustach, odszedł kilka kroków na bok. Większość z tych ludzi, którzy szukali tutaj opieki medycznej, stracili w ostatnich dniach nieco więcej, niż kawałek zdrowia. Stracili swoje domy, środki do życia i nadzieję na poprawę swojej sytuacji. Louvain zagrał bezczelnie na tych nutach, a biedni zrobili to co biedacy robili w takich sytuacjach. Rzucili się na okazję, rezygnując ze swojego miejsca w kolejce. Z małego zamieszania natłokiem ludzi w recepcji, zrobiło się duże zamieszanie ludzi zbierających w popłochu pieniądze z podłogi. Lestrange wykorzystał ten moment i przebił się dalej, do wewnętrznych korytarzy kliniki. Jeśli ktokolwiek próbował go zatrzymywać, w pogotowiu miał już naszykowaną magistralną legitymację, w której obok jego imienia widniało to samo nazwisko co głównej pani ordynator tego przybytku. Koneksje i nepotyzm to najlepsze co mogła wymyśleć nasza cywilizacja do tej pory. I szedł tak sobie od korytarza do korytarza, aż w końcu nie dostrzegł znajomej, uroczej buźki.
- Lana. - wypalił nagle, jakby sam siebie próbował przekonać, że ta pajęcza sylwetka w tym miejscu to żaden przedśmiertny omam z lazaretu. - Myślałem, że trafiłem do piekła. Teraz już mam pewność. Rzucił zaczepnie, co znaczyło mniej więcej tyle co “Dobrze Cię widzieć”. A kiedy ostatnio się widzieli? Na ślubie Vakela i Ann? Uniósł lekko brwi i uśmiechnął się zadziornie.