27.10.2025, 14:47 ✶
Kłąb dymu uniósł się ku sufitowi, spojrzenie Cathala skupiło się na moment na szarym obłoku, a umysł pomknął ku wspomnieniom, odtwarzając obrazy i zapachy z innych miejsc, które zdawały się podobne… ale nie identyczne do tego.
Główna sala Dziurawego Kotła była niemal pusta. Może zawiniła pora, może akurat coś organizowano w innym pubie. A może, co Cathalowi zdawało się dużo bardziej prawdopodobne, wielu Londyńczyków wyniosło się na prowincję po tym, jak ich domy spłonęły, zaś pozamiejscowi nie mieli najmniejszej ochoty pojawiać się w mieście naznaczonym czarną magią Voldemorta. Nie mógł narzekać: nie był w tej chwili w nastroju do przebywaniu w tłumach ludzi, i samo opuszczenie cichej, deszczowej Walii, by przybyć do leżącego w gruzach Londynu, już sprawiało, że czuł się bombardowany przez zbyt wiele bodźców i nazbyt dużo wspomnień.
Jego własne mieszkanie ocalało, ale wciąż pozostawało pokryte warstwą sadzy. Próbował ją usunąć, zamiast tego jednak jego ręce spowiły się czernią, aż w końcu wściekły zapakował do kufra najważniejsze dokumenty i przedmioty, a potem zatrzasnął za sobą drzwi. Nie znosił się poddawać, ale wysiłek był daremny, a złość ponosiła go coraz bardziej i bardziej, aż zaczęło istnieć ryzyko, że sam Shafiq w końcu dopełni dzieła zniszczenia i spopieli własne mieszkanie. Mógłby przysiąc, że w jego głowie echem odbijał się śmiech: oto Slytherin czy to cieszył się tym dziełem zniszczenia, poczynionym z „dobrem czystej krwi” na ustach, czy wyśmiewał naiwność krewniaka, który sądził, że może trzymać się z dala od tego wszystkiego.
Odłożył ten problem na później. Dom Isabelli wciąż stał, nienaruszony przez popiół i płomienie. Wykopaliska leżały daleko poza linią spalenia, i gdyby nie to, że połowa pracowników rzuciła się sprawdzać, co spotkało ich bliskich oraz domy, mogłyby postępować według planów. Chwilowo więc Cathal skupiał się na nich, próbując ogarnąć to, czym zwykle zajmowali się inni.
Cathal otrząsnął się z zamyślenia, wygasił papierosa o popielniczkę i pozwolił, by przednie nogi krzesła opadły na podłogę. Kołysał się na nim dość nierozsądnie, zważywszy na to, że ostatnio podobny mebel się pod nim załamał, ale ten wydawał się trochę solidniejszy.
– Greengrass – powiedział, mierząc spojrzeniem Ambroise. Mało brakowało, a pogrążony w myślach nawet nie zauważyłby jego pojawienia się. – Zamówiłem whiskey. O ile przyszła żona pozwala ci pić – zakpił trochę, niedbałym gestem wskazując na butelkę i szklanki, czekające na stole.
[
Główna sala Dziurawego Kotła była niemal pusta. Może zawiniła pora, może akurat coś organizowano w innym pubie. A może, co Cathalowi zdawało się dużo bardziej prawdopodobne, wielu Londyńczyków wyniosło się na prowincję po tym, jak ich domy spłonęły, zaś pozamiejscowi nie mieli najmniejszej ochoty pojawiać się w mieście naznaczonym czarną magią Voldemorta. Nie mógł narzekać: nie był w tej chwili w nastroju do przebywaniu w tłumach ludzi, i samo opuszczenie cichej, deszczowej Walii, by przybyć do leżącego w gruzach Londynu, już sprawiało, że czuł się bombardowany przez zbyt wiele bodźców i nazbyt dużo wspomnień.
Jego własne mieszkanie ocalało, ale wciąż pozostawało pokryte warstwą sadzy. Próbował ją usunąć, zamiast tego jednak jego ręce spowiły się czernią, aż w końcu wściekły zapakował do kufra najważniejsze dokumenty i przedmioty, a potem zatrzasnął za sobą drzwi. Nie znosił się poddawać, ale wysiłek był daremny, a złość ponosiła go coraz bardziej i bardziej, aż zaczęło istnieć ryzyko, że sam Shafiq w końcu dopełni dzieła zniszczenia i spopieli własne mieszkanie. Mógłby przysiąc, że w jego głowie echem odbijał się śmiech: oto Slytherin czy to cieszył się tym dziełem zniszczenia, poczynionym z „dobrem czystej krwi” na ustach, czy wyśmiewał naiwność krewniaka, który sądził, że może trzymać się z dala od tego wszystkiego.
Odłożył ten problem na później. Dom Isabelli wciąż stał, nienaruszony przez popiół i płomienie. Wykopaliska leżały daleko poza linią spalenia, i gdyby nie to, że połowa pracowników rzuciła się sprawdzać, co spotkało ich bliskich oraz domy, mogłyby postępować według planów. Chwilowo więc Cathal skupiał się na nich, próbując ogarnąć to, czym zwykle zajmowali się inni.
Cathal otrząsnął się z zamyślenia, wygasił papierosa o popielniczkę i pozwolił, by przednie nogi krzesła opadły na podłogę. Kołysał się na nim dość nierozsądnie, zważywszy na to, że ostatnio podobny mebel się pod nim załamał, ale ten wydawał się trochę solidniejszy.
– Greengrass – powiedział, mierząc spojrzeniem Ambroise. Mało brakowało, a pogrążony w myślach nawet nie zauważyłby jego pojawienia się. – Zamówiłem whiskey. O ile przyszła żona pozwala ci pić – zakpił trochę, niedbałym gestem wskazując na butelkę i szklanki, czekające na stole.
[