20.07.2026, 18:43 ✶
Clemens był dla niego kimś więcej niż jedynie dawnym towarzyszem broni (różdżki?), którego kapryśny los rozdzielił na przestrzeni lat. Był bratem, którego człowiek wybierał sobie poprzez wspólnie przelaną krew, przez godziny spędzone pośród niebezpieczeństwa. Zresztą, znał wady Juliana. Jego upór, lekkomyślność, skłonność do rzucania się naprzód zanim ktokolwiek zdążył rozważyć konsekwencje.
— Obiło mi się o uszy… Tessa? Twoja Tessa? — powtórzył powoli i zmarszczył brwi. W jego głosie wybrzmiało szczerze zaskoczenie. Musiał przyznać, że nigdy nie spodziewałby się jej w rozmowie o… czymś takim. Przetarł dłońmi twarz. — Grupa koleżeńska… Zakładacie partię polityczną? — powtórzył z powątpiewania.
Jednocześnie wraz ze słowami przyjaciela coś zaczęło układać się w jego pamięci. Fragmenty rozmów, które wcześniej wydawały się pozbawione większego znaczenia. Pewne słowa Millie Moody, które tamtej nocy uznał za przejaw gniewu i rozczarowania systemem. To nie mógł być przypadek, że imię Clemensa padło w kontekście struktur, planów, ludzi działających poza światłem ministerialnych korytarzy, prawda? Auror odchylił się na krześle.
— Brzmi rozsądnie. Na razie. Wiesz równie dobrze jak ja, że defensywa nie wygrywa wojen. Prędzej czy później trzeba będzie trzeba uderzyć pierwsi i wtedy… nie będzie drogi powrotnej. Nie dla mnie, nie dla nikogo z nas. Mam rodzinę, chłopie. Jolene. Dziewczyny — głos mu lekko zadrżał, ale szybko go opanował. — Ale mam też sumienie. I to sumienie nie pozwoli mi spać, jeśli będę siedział z założonymi rękami, podczas gdy ten podpalony skurwiel morduje ludzi i pali ich domy. Co mam zrobić? Co ode mnie potrzebujesz?
— Obiło mi się o uszy… Tessa? Twoja Tessa? — powtórzył powoli i zmarszczył brwi. W jego głosie wybrzmiało szczerze zaskoczenie. Musiał przyznać, że nigdy nie spodziewałby się jej w rozmowie o… czymś takim. Przetarł dłońmi twarz. — Grupa koleżeńska… Zakładacie partię polityczną? — powtórzył z powątpiewania.
Jednocześnie wraz ze słowami przyjaciela coś zaczęło układać się w jego pamięci. Fragmenty rozmów, które wcześniej wydawały się pozbawione większego znaczenia. Pewne słowa Millie Moody, które tamtej nocy uznał za przejaw gniewu i rozczarowania systemem. To nie mógł być przypadek, że imię Clemensa padło w kontekście struktur, planów, ludzi działających poza światłem ministerialnych korytarzy, prawda? Auror odchylił się na krześle.
— Brzmi rozsądnie. Na razie. Wiesz równie dobrze jak ja, że defensywa nie wygrywa wojen. Prędzej czy później trzeba będzie trzeba uderzyć pierwsi i wtedy… nie będzie drogi powrotnej. Nie dla mnie, nie dla nikogo z nas. Mam rodzinę, chłopie. Jolene. Dziewczyny — głos mu lekko zadrżał, ale szybko go opanował. — Ale mam też sumienie. I to sumienie nie pozwoli mi spać, jeśli będę siedział z założonymi rękami, podczas gdy ten podpalony skurwiel morduje ludzi i pali ich domy. Co mam zrobić? Co ode mnie potrzebujesz?
you've taken your rightful place
at the table of kings
at the table of kings