• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Bliskie Okolice Londynu v
1 2 3 Dalej »
[07/09/72] Bajka o psie, który był majordomusem

[07/09/72] Bajka o psie, który był majordomusem
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#1
17.11.2025, 16:52  ✶  

—07/09/1972—
Suma "Ulewa" — Cathal & Woody



To był ostatni raz, kiedy Woody Tarpaulin kupował świstokliki na Nokturnie. Wadliwe cholerstwo bez atestu. O dupę potłuc to badziewie — dupę potłuc całkiem dosłownie, bo — słodki Merlinie — jak ciężko chłopina sapnął, gdy go wywaliło bezceremonialnie na twardą ziemię podczas podróży. Byleby ta ziemia była tylko twarda — nie, na domiar złego była mokra, bo lał deszcz jak z cebra. Strugi takie, że ledwo noc dało się w nocy dojrzeć; jak okiem sięgnąć sama woda.
Stary czarodziej wstał ociężale, wkurwiony całym zajściem niemiłosiernie, i rozejrzał się po ciemnym pustkowiu. Co za dziura, ściernisko i kilka drzewek. Nic to, trudno, chwyciwszy w ubłoconą dłoń różdżkę, Tarpaulin spróbował się teleportować. No i wielki chuj.
— Pierdolone anomalie — sarknął pod nosem sam do siebie.
Spróbował raz jeszcze — znów nic. Wpadł w jakiś przeklęty Trójkąt Bermudzki, zagłębie antyteleportacyjne. Stary pokręcił chwilę w niedowierzaniu głową, pozłorzeczył, na czym świat stoi, po czym — zdrowo już przemoczony — wyczarował sobie parasol.
Pozbawiony innego wyboru Woodrow ruszył ciemną drogą przed siebie. Ciężkie buciory tonęły przy każdym kroku w chlupoczącym błocie, lecz lazł niestrudzenie. Gdzieś się musiała ta martwa strefa kończyć, nie przewidywał długiego spaceru. I może miała się strefa skończyć, może nie, lecz nim dotarł do granicy, na horyzoncie pojawił się stary dworek otulony ciepłym blaskiem zza podniszczonych okien. Woody nie był w ciemię bity, umiał dodać dwa do dwóch. Nic tak nie krzyczy: czarodzieje! jak rudera pośrodku niczego. Tłumaczyło to również ów brak teleportacji: jakiś magiczny nadgorliwiec pociągnął sobie podwórko barierą.
Ciekawe, czy rejestrowana — pomyślał złośliwie Woody, który może i donosicielstwem się brzydził, lecz wciąż miał odruchy funkcjonariusza, który by tu nazajutrz przyszedł najchętniej z nakazem rozwiązania bariery godzącej w porządek publiczny.
Policjantem już nie był. Teraz problemy mógł rozwiązywać inaczej, bez zamartwiania się nakazem sądowym i swoim wizerunkiem, gdy tym wizerunkiem był oprych z Nokturnu. Jak nie załomotał więc Woody w te stare drzwi, gotów dać panu domu nauczkę. Długo czekać nie musiał. Trzecie grzmotnięcie pięścią trafiło w pustkę — drewniane wrota, na pozór dość ciężkie, otworzyły się ze skrzypnięciem nienaoliwionych zawiasów. Za drzwiami zaś… czyżby nie było nikogo?
Czarodziej znalazł się u progu sporej, acz przytulnej sieni. Jej wystrój nie odpowiadał być może obecnej modzie, lecz widać było na pierwszy rzut oka, że do kogokolwiek ów dworek należał, był to człowiek majętny. Płytki podłogi układały się w roślinną mozaikę utrzymaną w zgaszonych odcieniach umbry i szkarłatu. Sufity i boazerię wyrzeźbiono w ciemnym drewnie, przez co pomieszczenie składało się w elegancką, pełną przepychu całość. Wrażenia dopełniało bijące z wnętrza ciepło i zapachy jadła. Zdecydowanie gdzieś w głębi rezydencji podano pieczeń i Merlin jeden wie, jakie jeszcze frykasy.
— Mam zaszczyt powitać w Ochrowym Dworku, panie Tarpaulin. — Intuicyjnie głos ten przypisałoby się starszemu dystyngowanemu mężczyźnie. — Pan Binns z córkami oczekują już pana w sali jadalnej. Brakuje już tylko jednego gościa.
Żadnego starszego eleganta jednak przed nim przecież nie było. Chociaż… głos dochodził z dołu. A tam, u ubłoconych stóp Woody’ego, stał czekoladowy jamnik w musztardowej musze.
Gdy gość spojrzał na niego, piesek schylił łebek w niby ukłonie, po czym obrócił się i — machając miarowo ogonkiem — podreptał przez sień ku dwuskrzydłowym drzwiom naprzeciw wejścia głównego. Po obu ich stronach ustawiono wysokie kandelabry, a zapalone świece promieniowały ciepłym blaskiem na całą sień. Jeśli rzeczywiście znajdowała się za tamtymi drzwiami sala jadalna i gospodarze, to żadnych dźwięków biesiady na razie słychać bynajmniej nie było. Wręcz przeciwnie: nawet szum ulewy na zewnątrz ginął jakby w głuchej ciszy, która uwypuklała stukanie pazurków jamnika o płyty podłogi.
Piesek przystanął pod jednym z kandelabrów, a drzwi jadalni się uchyliły. Lekko, nie zdradzając jeszcze całej swojej tajemnicy, zapraszając do tego, aby je popchnąć i samemu ją odkryć.
Wedle słów jamnika, ktoś miał czekać tam na czarodzieja, ale trudno było opędzić się od wrażenia, że dworek jest pusty. Żadnych dźwięków, żadnej… obecności. Świece paliły się, lecz nie spływały woskiem. Podłogi lśniły czystością, nie było na nich choćby paproszka kurzu. Tę boazerię bez ryski ni otarcia wprawić mogli równie dobrze chwilę temu.
Całość była jak ze snu, w którym nikt nie kłopotał się kreśleniem szczegółów.
Coś tu śmierdziało.
— A co ty jesteś, psie? — zapytał w końcu oschle Woody, marszcząc podejrzliwie brwi spod ronda kapelusza. — Animag?
— Animag? Ależ skądże. Na imię mi Amadeusz i jestem majordomusem Ochrowego Dworku — odparł żywo zaskoczony jego sugestią jamnik. Zupełnie jakby fakt, że dworki mają swoich psich zarządców, był najoczywistszym na świecie, a Tarpaulin zrobił z siebie tym pytaniem głuptasa. — Proszę wejść, proszę się częstować.
Woody nie był w ciemię bity, jak już było mówione, dodawał dwa do dwóch. Jak cię obcy pies po imieniu zaprasza do dziwnego domu pośrodku niczego i zachęca do jedzenia, to wiedz, że coś się święci.
— Panie Amadeuszu, ja nie jestem tu jeść, a w sprawie waszej bariery antyteleportacyjnej. Zdjęlibyśta to ustrojstwo, bo uczciwy człowiek się nie może przeprawić. — Wcale nieprzekonany do uczty czarodziej nie ustępował, trzymając różdżkę w pogotowiu.


piw0 to moje paliwo
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#2
17.11.2025, 19:37  ✶  
Cathal nie był może najbardziej uzdolnionym czarodziejem, jeśli szło o dziedzinę translokacji, ale teleportował się pomiędzy Little Hangleton i Londynem wielokrotnie i nigdy nie nastręczyło mu to problemów. Dlatego kiedy zamiast w salonie domu Isabelli Gaunt wylądował prosto w kałuży potknął się i omal nie wywalił w błoto.
Zimne krople wody uderzyły o twarz, kark i ramiona. Shafiq stał tak po prostu przez jakieś trzy sekundy, próbując zorientować się, co się dzieje, a potem zrobił to, co zrobiłby każdy rozsądny czarodziej na jego miejscu czyli spróbował się teleportować ponownie.
I zamiast zniknąć znów omal nie upadł, potykając się w półobrotu. Tym razem z ust Shafiqa padło rosyjskie przekleństwo i podjął trzecią próbę, tym razem już znacznie ostrożniejszą, ale był niemal pewny, że ta się nie powiedzie.
Anomalia teleportacyjna. Być może ze względu na pogodę.
Zacisnął szczęki, uniósł spojrzenie jasnych oczu ku ciemnemu niebu, po czym ruszył przed siebie. Musiał w końcu dotrzeć jeśli nie do jakiejś cywilizacji – w niektórych zakątkach Anglii można było się na tę nie natknąć przez całe mile – to przynajmniej do miejsca, z którego zdoła się teleportować.
*

Do Ochrowego Dworku Cathal dotarł dokładnie jak Woody: dostrzegł światła i ruszył w ich kierunku. Nie liczył wprawdzie, że natrafi na domostwo czarodziejów ani nawet że gospodarze przyjmą go z otwartymi ramionami: mężczyznom takim jak on zazwyczaj obcy niechętnie otwierali drzwi późną porą, gdzieś na pustkowiach. Ale być może zechcą wskazać mu drogę ku najbliższemu miasteczku. Gdy dotarł pod wejście posiadłości, parę chwil po Woodym, mimo tego, że chronił się przed deszczem zaklęciami, i tak był przemoczony i ubłocony.
Uniósł lekko brwi, gdy dostrzegł, że główne drzwi są uchylone, a potem uniósł je jeszcze wyżej, bo kiedy stanął w progu dostrzegł na podłodze błotniste ślady. Nie przekroczył jednak na razie framugi: uderzył zamiast tego w otwarte drzwi, trzy razy, mocno. Miał jakieś resztki zdrowego rozsądku i wyobrażał sobie, że żaden gospodarz nie zareaguje dobrze, jeśli wielki, obcy mężczyzna wpakuje się mu po prostu do domu.
Spodziewał się wielu rzeczy, ale nie tego że…
– Kolejny gość! Jak miło – zawołał pies, odwracając się do Woodyego tyłem i merdając ogonkiem. – Zapraszamy pana. Prawdopodobnie i pana złapała ta ulewa? Teleportacja przestaje tu działać przy brzydkiej pogodzie. Na szczęście pan Binns i panienki właśnie siadają do stołu. Zapraszamy, proszę się ogrzać.
Cathal po prostu długą, długą chwilę wpatrywał się w gadającego psa. Podróżował po świecie dostatecznie dużo, aby miał okazję widzieć dziwniejsze rzeczy niż gadające psy, mimo to widok był na tyle niespodziewany, że wytrącił go z równowagi.
– To pański dom? – spytał, nie robiąc ani kroku na przód, unosząc wzrok na Woody’ego, po czym zamarł, bo jego umysł niemal natychmiast zaczął podsuwać wspomnienia. Jego właściciel Rejwachu nie musiał rozpoznać: Cal był tam może ze dwa razy. Ale w pamięci Shafiqa twarze nigdy się nie zacierały.
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#3
08.01.2026, 15:00  ✶  
A kogo tu jeszcze licho przywiało? Gdy pies powitał nowego gościa, Woody zmierzył faceta spojrzeniem plasującym się gdzieś pomiędzy zniecierpliwieniem a podejrzliwością. Tę mordę już gdzieś widział, nie ma co. Nawet jeśli nie zapamiętał dokładnie, kim ów jegomość jest, to byłby sobie dał rękę uciąć, że to facjata z Nokturnu. Potencjalne kłopoty. Potencjalna zasadzka?
— A gdzie tam — odpowiedział stary, zbywając tę absurdalną sugestię niedbałym machnięciem różdżki. — Daj pan spokój. Jakieś zaburzenia w eterze i mnie wywaliło, a to była pierwsza chawira w tym łysym polu.
Otupał bezpardonowo buty z błota w elegancką posadzkę dworku, lecz pies pozostał na ową nieuprzejmość ślepy i tylko powtórzył:
— Nalegam na kolację.
— A daj ty mi żyć — warknął wrogo Tarp, po czym zwrócił się jeszcze do Cathala: — Z kundlem się nie dogadasz. Uniwersalna zasada.
Nie zamierzał wystawać tu i czekać na zbawienie. Jeśli ktoś sobie z nim pogrywał, Woody zamierzał mieć to jak najszybciej z głowy — jak zwykle, nie widziało mu się mitrężyć czasu na myślenie, z której strony by go ktoś mógł zaatakować. To nie w stylu tego impulsywnego człowieka czynu. Sadząc więc topornie ciężkie kroki, polazł pod drzwi i otworzył je gwałtownym pchnięciem godnym chłopa włażącego do stodoły.
Równocześnie z tym, jak przed gośćmi ujawniło się wnętrze sali jadalnej, do ich uszu dotarły odgłosy stukających o talerze widelców, odkładanych szkieł i energicznych rozmów siedzącej przy długim stole rodziny. Wcześniej zza drzwi nie docierały bynajmniej żadne dźwięki uczty, a teraz — niby zawsze tam byli. Ustawione przed nimi talerze wypełniał rozpoczęty posiłek: nadkrojone plasterki mięsa, rozgrzebane purée, chlapnięta już sosem roladka. Siedzący u szczytu stołu pan Binnsa właśnie jak gdyby nigdy nic brał łyk wina ze swojego kielicha. Był to starszy pan: korpulentny, niski — czyżby goblinie korzenie? — o zaczerwienionych policzkach i długim siwym wąsie.
Ktoś tu lubi zaklęcia wyciszające, rzekł se w myślach stary, hehe, ciekawe. Znał bowiem dwa rodzaje przybytków namiętnie wykorzystujących takie technologie wygłuszania: budynki chroniące tajemnice państwowe oraz burdele luksusowego typu. Niezłe mi córki.
— To straszne, co się stało. Dzięki dobrej Matce, że nie ucierpieliście. — Oto jedna z rzeczonych córek Binnsa pochyliła się ku czarodziejom przez stół ze zmartwieniem wyrysowanym na twarzy. — Gdy dojrzałam was z okna, wielce się przelękłam. Do licha z tymi zawirowaniami pogodowymi! Jak nic deszcz tu winien.
W słowach tej rudej, rezolutnej dziewczyny wybrzmiewała pewność i oburzenie. Oczy miała jak dwa koraliki z czarnego szkła, gęste pukle włosów ewidentnie kręciła na papilotach, a gdy się uśmiechała, ujawniała wydatne przednie zęby, które jednak więcej przydawały jej uroku, niż ujmowały.
— Tak niechybnie było — zawtórowała jej kolejna z dziewcząt, lecz bez emfatycznej maniery pierwszej z sióstr. Jeśli Binns miał faktycznie coś wspólnego z goblinami, to matka tej wysokiej niewiasty musiała być olbrzymką. — Niepomiernie rade jesteśmy z waszej wizyty. Ostatnio próżno czekamy gości.
— Słusznie, słusznie — zawtórował swoim dziewczętom pan Binns. — Najważniejsze, że panowie cało wyszli z tego nieszczęsnego wypadeczku i spędzą z nami wieczór. — Uśmiechnął się i wzniósł kielich w geście toastu. — Pogoda pod psem, nie ma co. Niechże panowie uczynią nam tę przyjemność i zostaną. Ugościmy jak trzeba, niczego nie braknie.
— Hola — zatrzymał te śmiałe rozważania Woody. — Kim wy w ogóle są? — I obejrzał się na Cathala, żeby sprawdzić, czy ten przypadkiem co nie knuje.


piw0 to moje paliwo
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#4
12.01.2026, 16:06  ✶  
– Próbowałem teleportować się do Little Hangleton – powiedział Cathal, przez chwilę przypatrując się Woodyemu, gdy ten wspomniał o zaburzeniach w eterze i wywianiu w okolicach. Nie był pewien czy to dobrze, czy źle, że nie tylko on padł ofiarą tego zjawiska. Wierzył nawet, że Tramp mówił prawdę: był równie mokry i ubłocony co sam Shafiq, a i ten kojarzył go z Nokturnu, nie zmniejszało to jednak wątpliwości Shafiqa wobec psa i nalegań na kolację. – Wolałbym skorzystać z sieci Fiu. Mam przy sobie parę sykli – odparł sucho, opuszczając wzrok na zwierzaka.
– O tym można porozmawiać z panem domu – oświadczył pies, ruszając w stronę jadalni.
Cathal wahał się.
Mógł po prostu ruszyć w ciemność, w deszcz, w błoto. Mógł też przekonać się, czy to normalny dom czy kryjówka maniakalnych morderców. Do tego drugiego przekonało go chyba to, że choć nie był maniakalny, wierzył, że całkiem dobrze poradzi sobie z mordercami, przynajmniej póki ci nie będą mieli wielkiej przewagi liczebnej. A Woody zdawał się równie podejrzliwy, co on sam, więc prawdopodobnie nie współpracował ze zdobywaniem ofiar.
– Jestem pan Binns – przedstawił się gospodarz na wątpliwości Woody’ego, podnosząc się za stołu. – A to moje piękne córki. Poznajcie Colette, moją najstarszą…
Wskazał tę najwyższą z nich, jasnowłosą i bardzo bladą, wiotką, jakby miał ją połamać każdy powiew wiatru.
– A to Flosie, Luna i Mabela – uzupełnił prezentacji, a ciemnowłosa Luna, co miała te wystające przednie zęby, uśmiechnęła się do nich szeroko. Flosie wbiła zaś wzrok w Cathala, pewnie jego wybierając sobie do obserwacji, bo z dwóch gości był zdecydowanie młodszy. – Spocznijcie z nami…
– Może mógłbym po prostu zapłacić za garść proszku Fiuu? – zaoferował Cathal, a Flosie poderwała się z miejsca, pobiegła do kominka i sięgnęła po stojące na gzymsie naczynie, by odwrócić je do góry dnem. Shafiq z pewnym trudem utrzymał neutralny wyraz twarzy, a potem rozejrzał się po pomieszczeniu, jakby szukając dowodów na to, że coś jest nie tak. Istniały domy, w których gości przyjmowano chętnie i bez pytań. Woody przecież nawet w takim dorastał. Ale Cathal? Dla Shafiqa była to nowość.
– Smutna rzecz, ledwo z rana się nam skończył – westchnęła, choć nie wydawało się jej, że naprawdę jej przykro. – Niechże panowie z nami siądą i opowiedzą coś o sobie! Tak rzadko miewamy tutaj gości.
– Tę ulewę mus przeczekać. Zapraszamy do stołu, a jeśli wola panów to odpocząć, na piętrze, od razu z lewej, są dwa wolne pokoje. Gość w dom, Bogini w dom, nikomu w taką pogodę nie odmówimy wstępu do Ochrowego Dworku – zapewnił pan Binns serdecznie, zachęcająco wskazując przy tym na wolne krzesła przy stole.
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#5
24.01.2026, 11:36  ✶  
Proszek Fiuu był w teorii dobrym pomysłem, lecz Woody od początku wątpił w powodzenie tego projektu. Coś w tym, że zawiodła zarówno teleportacja Cathala, jak i jego własny świstoklik, podpowiadało mu, że nie ma co liczyć na magię translokacyjną w żadnej formie. Wzbudził się w nim ponadto zmysł detektywa — jeśli ktoś tu urządzał nielegalny trójkąt bermudzki, nie zamierzał odpuścić sobie szepnięcia o tym miejscu słówka stróżowi prawa wyłonionemu drogą losowania.
Gdy ich gospodarz się przedstawił, w głowie Tarpaulina otworzyło się okienko ze skojarzeniem. Binns? Jak ten stary nudziarz z Hogwartu, profesor Cuthbert Binns. Och, jak go młody Clemens Longbottom nie lubił. Biorąc pod uwagę populację czarodziejów Wielkiej Brytanii, ci dwaj byli wedle wszelkiego prawdopodobieństwa spokrewnieni. Leczy czy coś z tego wynikało? Z pewnością nie w tej chwili, gdy zbity z tropu Woody stanął u stołu, przy którym biesiadowała ta osobliwa rodzina.
Sytuacja była dziwna — lepszego słowa nie potrafił na to Tarp odnaleźć. Złowieszcza atmosfera dworku pośrodku niczego, szwankująca magia, ferajna zupełnie niezdziwiona obrotem wypadków. I oczywiście — proszku Fiuu wygodnie nie było pod tym dachem.
— To proszę jeszcze łaskawie, gdzie jesteśmy? — docisnął Woody, nie przerywając swojego szorstkiego przesłuchania.
— W Ochrowym Dworku — padła serdeczna odpowiedź pana Binnsa.
— Nie o to mi chodzi. Pan świetnie wiesz. Ten tu gentleman był w drodze do Hangleton, ja miałem świstoklik do Hogsmeade — skłamał gładko i bez zająknienia. Nie było powodu, aby ktokolwiek z tu obecnych wiedział, że Woody Tarpaulin odwiedzał tak naprawdę Dolinę Godryka. — To gdzie nas zniosło? Konkretniej.
— Przez ulewę nie widać gdzie — rzekła zatroskana Flosie.
— Jakie „nie widać”?! Nie wiecie wszyscy, gdzie mieszkacie? — Tarp stracił cierpliwość. Uderzył dłonią w stół, aż szklanki zadrżały.
Nikt sobie tu jednak nic nie robił z impulsywnego charakteru starego nokturnowego chytrusa.
— Proszę bez nerwów. To stresujący incydencik, ja rozumiem, ale apeluję o rozsądek. Proszę sobie z nami odpocząć, może uszczknąć coś z kolacji — zachęcał niestrudzenie gospodarz, po czym dla ustanowienia przykładu ukroił sobie kawałek mięsa w ciemnym sosie i zjadł ze smakiem. Jedna z dziewcząt przechyliła dzban z lemoniadą, napełniła swoją szklaneczkę. Wszyscy byli tu w wyśmienitych humorach, chichotali, uśmiechali się.
Przemoczony, zły Woody stał nad tym obrazem niezdecydowanie. Czy mu się widziało siedzieć z tymi dziwakami? A gdzie tam!
Łypnął na Cathala, który zdawał się w tej sytuacji jedynym jego sojuszkiem. Albo też: jedynym człowiekiem, z którym dało się sensownie rozmówić.
— Nie zamierzasz pan tego jeść, co? — zapytał dyskretnie, bo sam ani myślał dołączać do dziwacznej uczty i próbować tutejszych frykasów, niezależnie od tego jak pięknie się prezentowały. — Długo żem tu szedł, nic dookoła jak okiem sięgnąć. Nie wiem, co tu się święci, ale ja oka tu nie zmrużę. Co to, to nie.
Postawiony pod ścianą (metaforyczną), stary klapnął na krzesło przy stole, wyciągnął z kieszeni kurktki piersiówkę i — łąmiąc zasady etykiety — polał sobie własnego bourbonu do szklaneczki zaoferowanej przez gospodarza.
— Woody Tarpaulin — przedstawił się. Uniósł szklankę w geście toastu, ale próżno było w hardej i obcesowej manierze Tarpa szukać tej przyjaznej barwy, jaką zdradzał się przy rodzinie i przyjaciołach. Czuł się tu zakładnikiem.


piw0 to moje paliwo
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#6
24.01.2026, 19:58  ✶  
Cathal był z natury człowiekiem podejrzliwym, łatwo wietrzącym złe intencje. Nie do końca podobało się mu to, że pan Binns unika odpowiedzi na pytania dotyczące położenia tej posiadłości, mówiący pies ani to, że obaj z Woodym trafili tu dziwnym przypadkiem, gdy udawali się w przeciwnych kierunkach. Dziewczęta wyglądały nieszkodliwie – a jedna w nich wbijała w Cathala zachwycone spojrzenie, jakby pierwszy raz od dawna widziała mężczyznę, a przynajmniej takiego, który nie miał na karku pięćdziesięciu jesieni i nie wyglądał odstraszająco – ale to o niczym nie świadczyło.
– Na imię mi Cathal. Jak daleko od Londynu się znajdujemy? – spytał więc, wbijając w gospodarza czujne spojrzenie. Usiadł wprawdzie, zajmując miejsce obok Woody’ego, ale tam samo jak właściciel Rejwachu, nie sięgnął po żadną z podsuniętych mu potraw.
– Jakieś jeden i pół godziny, jeżeli użyć szybkiej miotły – oświadczyła Flosie, uśmiechając się do niego z rozmarzeniem. – Nie poczęstują się panowie?
– Jestem ledwo po kolacji – skłamał Cathal, przy okazji odpowiadając na pytanie zadane mu przez Woodyego. Na niego zwrócił spojrzenie bardzo jasnych oczu i przez moment przypatrywał się po prostu mężczyźnie: żaden mięsień na twarzy ani mu nie drgnął, a on odezwał się po chwili nieco dłuższej niż zrobiłby to pewnie jakiś normalny człowiek na jego miejscu. Mówił półgębkiem, cicho, i komunikat ograniczając do minimum. – Sprawdzę i zabezpieczę pokój – oświadczył, nie chcąc, by tamci cokolwiek usłyszeli. Nie wiedział jeszcze, co to zabezpieczenie miało oznaczać: może uda się mu postawić jakąś pieczęć bądź runę, może rzuci zaklęcia, może przesunie mebel pod drzwi. Tak naprawdę miał zamiar spróbować też nie zasypiać, pechowo jednak tej nocy pochłonęła go praca i nie był pewny, czy sen ostatecznie go nie zmorzy.
A pożegnanie się i ruszenie w drogę ku Londynowi nie wchodziło w grę, jeśli faktycznie jakieś półtora godziny miała zająć podróż miotłą, to piechotą szedłby ze cztery albo i pięć – zależnie co Flosie rozumiała przez szybką miotłę (sądząc po staroświeckich szatach i wystroju, które Cathal jako historyk szybko zauważył, mogło to być jeden cztery godziny). Deszcz zaś uderzał o szyby i nawet gdzieś na zewnątrz błysnęło, ulewa zamieniała się więc w burzę.
Ich gospodarze byli weseli i rozgadani, skłonni do żartów, choć trafiła się im dwójka ponurych i małomównych gości. Potem dwie siostry zaprowadziły ich na górę, do pokoi, których ściany ozdabiały jedwabne tapety, z porządnymi łóżkami w staroświeckim stylu, i plecionymi dywanikami przysłaniającymi na podłogę, i życzyły wędrowcom dobrej nocy.
Shafiq jednak zdjął tylko buty i przemoczone spodnie, by je wysuszyć, i nie zasnął szybko. Czuwał jeszcze dobre trzy godziny, nasłuchując dźwięków starego domu, ubrał się, kiedy ubranie nieco wyschło, a później… później wreszcie pokonał go sen.
*

Obudził go śmiech.
Mógł być jeszcze częścią dziwnego snu, o podziemnych korytarzach i duchach, mógł być śmiechem ich gospodarza, a mógł być złośliwym chichotem rozradowanego czymś Slytherina. W każdym razie Cathal obudził się, a potem poczuł na twarzy coś mokrego: i gdy uniósł powieki zobaczył nad sobą niebo.
W dachu, pod którym spał, znajdowała się niewielka dziura. Pościel, w której leżał, okazała się zgniła. W pokoju unosił się nieprzyjemny zapach pleśni, a on sam był przemarznięty go kości.
Choroba często ułatwiała mu codziennie funkcjonowanie, ale w chwilach takich jak ta natychmiast przechodził w stan czuwania, wietrząc zagrożenie. Poderwał się z łóżka, i już z różdżką w ręku założył buty, a potem wyszedł na korytarz. Bez pośpiechu. Czujnie się rozglądając i nasłuchując.
a guy who knows a guy
Ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje,
a miał ich wszystkich sto dwadzieścia troje
wiek
51
sława
IV
krew
czysta
genetyka
—
zawód
przedsiębiorczy właściciel pubu "Rejwach"
Niemal zawsze towarzyszy mu nakrycie głowy: któryś z jego kapeluszy. Zmysł modowy ma raczej mierny i kiczowaty, ale lubi eksperymenty. Widać w jego kreacjach silną inspirację retro westernami, twoim starym na rybach ze szwagrem, ale też mugolską modą lat 70. Nie da się ukryć, że przekroczył pięćdziesiątkę, więc nie próbuje udawać, że tak nie jest. Ma charakterystyczną przerwę między jedynkami, niebieskie oczy, 186 centymetrów wzrostu i barczystą sylwetkę. Zarost na ogół maksymalnie kilkudniowy, choć zdarza się, że zapuści okresowo jasną brodę przetykaną siwymi włosami. Włosów na głowie od lat nie stwierdzono.

Woody Tarpaulin
#7
25.01.2026, 00:56  ✶  
Posiadanie na karku pięćdziesięciu jesieni nie było żadną wadą. Oznaczało jedynie, że wzbudza się zainteresowanie w… innej demografii niż młodziutkie dziewczęta, tak? Takie chociażby prostytutki z Nokturnu często z nadzieją patrzyły na panów w podobnym wieku, licząc, że im już w domu żona nie daje.
— A pani ma pożyczyć miotłę? — zapytał jeszcze Woody, gdy padła informacja o czasie przelotu. Nie żeby warunki atmosferyczne sprzyjały lotom na miotle. Szczególnie komuś, kto ostatni raz biegłość w tej dziedzinie wykazał trzydzieści parę lat temu na szkolnym Pucharze Quidditcha.
Nie spodziewał się Tarp wiele i wiele nie otrzymał — odpowiedź na jego pytanie oczywiście znów była jakimś okrętnym wymigiem. Żadnej miotły nie dostał.
Na deklarację Shafiqa o zabezpieczaniu pokoju pokiwał jedynie oszczędnie głową, choć po prawdzie miał nadzieję, że te zabezpieczenia Cathal będzie kładł jedynie na swoją sypialenkę. Prędzej by stary warował całą noc w holu niż wszedł do pomieszczenia domkniętego pieczęcią przez kogoś niezaufanego.
Wieczorek w rzeczy samej był wesoły, choć stanowił raczej spektakl, który dwóch gości oglądało, nie faktycznie w nim współuczestniczyło. Również w sypialni nie opuszczało Woody’ego przekonanie, że jest tu więźniem. Długo nie spał. Popijał sobie i rozważał scenariusze. Puszczą go stąd kiedy?
W pewnym momencie otworzył okno. Zawiasy działały gładko, mógł swobodnie wyciągnąć się przez ten otwór i wyjrzeć w noc na pustkowiu. Na głowę napadało mu przy tym zimnego deszczu, który z dreszczem popłynął po twarzy i karku. Tyle dobrego, że nie był fizycznie uziemiony — no, wyczarować pod oknem amortyzację skoku zdołać powinien. Wrócił więc do środka, lecz kilka razy jeszcze tej nocy sprawdzał okno. Za każdym razem puszczało. Mógł iść. Tylko nie wiedział, w którą stronę. Próbował i cyklicznie się deportować, choć z każdą nieudaną próbą dopadało go tylko większe zniechęcenie. Wkrótce dołączyło do tego i wyczerpanie.
— Nic to — mruknął sam do siebie mężczyzna. — Poczekamy, zobaczymy.
Rozsiadł się na łóżku w buciorach, z rękami założonymi na piersi. Może i broda zaczęła mu opadać, może i zamykał oczy, ale czuwał. A czuwanie to wkrótce przemieniło się w lekki sen. Pochrapywał sobie w czasie tych drzemek z głową opartą o wezgłowie łóżka, lecz gdy rano się obudził, zorientował się, że przez sen osunął się w poduchy.
Czasem mu się zdarzało tak budzić, jak mu się tego ranka zdarzyło: z policzkiem w wilgotnej poduszce. Paskudne to było uczucie, tak sobie przez sen zaślinić pościel. Trudno opisać, o ile więcej paskudne było obudzenie się na wilgotnej, nadgniłej pościeli. A wzdłuż policzka zamiast pojedynczej strużki śliny: poranna rosa czy inne resztki deszczu.
Zimno mu było, zimno i mokro. Wstał z tego wyra jak truposz wychodzący z wilgotnego grobu. Bardziej niż zwykle obolały, wymięty, pokrzywiony i cuchnący. Nad nim nie było sufitu, samo niebo szarego poranka. Kurwa mać, tego brakowało, żeby go złożyło przeziębienie. Rozejrzał się po ruderze i próbował zrozumieć, co się stało, lecz gdy tylko usłyszał śmiech, od razu podążył za nim na korytarz. Ujrzawszy Cathala, zamarł na chwilę w gotowości, lecz rozluźnił się, gdy dostrzegł, że Shafiq wydaje się tak samo zmarnowany jak i on.
— Cholera jasna — powitał go, lecz nietrudno było wyczuć, że złorzeczeń nie kierował na drugiego czarodzieja, a ku niezidentyfikowanej sile, która ich tu sprowadziła. — Pan widział wczoraj to samo, co ja, prawda? Była tu, kurwa, iluzja. — Bo innego wytłumaczenia nie znajdował.


piw0 to moje paliwo
Syn czarnoksiężnika
wiek
35
sława
IV
krew
czysta
genetyka
dziedzic Slytherina
zawód
Archeolog
Cathal wdał się w dużej mierze w matkę z Gauntów: po niej ma dość jasne włosy i jasne oczy. Mężczyzna bardzo wysoki, około 192 cm wzrostu, któremu wyraźnie nie był w życiu obcy wysiłek fizyczny. Gdzieś pomiędzy trzydziestką a czterdziestką.

Cathal Shafiq
#8
27.01.2026, 11:57  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.01.2026, 12:02 przez Cathal Shafiq.)  
Cathal rzeczywiście był zmarnowany. Wyglądał teraz po prawdzie jak pierwsza lepsza męta z Nokturna i Woody łatwo mógłby go pomylić z jednym z tych bywalców jego baru, którym w życiu się nie poszczęściło i przychodzili zapijać smutki, jak udało się im zarobić parę knutów czy co bardziej prawdopodobne – ukraść je z czyjejś kieszeni. Spodnie wprawdzie miał suche i w miarę oczyszczone, bo zrobił to zaklęciami, ale płaszcz, który zabrał ze sobą, niby to wczoraj rozwieszony przy kominku, był mokry i dalej ubłocony. Najwyraźniej ten kominek tylko się mu śnił albo miał halucynacje na jego temat. Włosy były trochę wilgotne, podobnie jak koszula, a woń zatęchłej pościeli przeniknęła ubrania Shafiqa. Był też niewyspany, niby nie jakaś nowość, ale poza tym przemarznięty i wyglądał jak ktoś, kto pił całą noc, co uznałby pewnie za niesprawiedliwe, gdyby się nad tym zastanowił, bo nie wypił ani kropli alkoholu.
Też spiął się trochę na widok Woody’ego, ale zaraz uznał, że właściciel Rejwachu nie miał powodów, żeby robić mu tak durne żarty. A sprawienie, że ten dom z ruiny stanie się posiadłością… to wymagało naprawdę potężnej magii, Cathal zaś widział go jako normalne miejsce jeszcze zanim wszedł do środka i spotkał Trampa.
– Binns i jego córki. I żadnych dziur w dachach – potwierdził, unosząc teraz wzrok ku sklepieniu, w przedpokoju wprawdzie niedziurawego, ale wyraźnie pokrytego zaciekami i pleśnią. – Hipnoza, iluzja albo ktoś z nich umarł tutaj podczas ulewy, może z jej powodu nie mogąc ściągnąć pomocy i pokazywał nam dom takim, jaki zapamiętał.
Nie żaden eliksir, bo żaden z nich niczego nie tknął. Nie typowe zauroczenie, skoro nadeszli z dwóch stron i nie mogli oberwać tym samym czarem. Zaklęcia iluzji, może hipnoza albo sztuczki duchów. Z tymi ostatnimi Shafiq spotkał się już nie raz, i zaproszenie na wesołą kolację było chyba jedną z tych mniej szkodliwych. Nie próbowały na przykład wciągnąć go w żadną morderczą pułapkę, jak zdarzało się w egipskich piramidach.
Ruszył schodami w dół, ostrożnie stawiając stopy, bo swoje ważył, a stopnie, wczoraj wydające się tak porządne, skrzypiały teraz w proteście pod każdym jego krokiem. Na dole leżał zgniły dywanik, a gdy Shafiq zajrzał do jadalni, w której wczoraj ich przyjęto, zobaczył stare popioły w popękanym kominku, przewrócone fotele, a większość dekoracji musiano zrabować stąd dawno temu. A potem jego wzrok padł na obraz przy schodach, poczerniały już ze starości i z powodu złych warunków.
Pan Binns i jego córki.
Tak na oko Cathala wisiał tutaj od przynajmniej pięćdziesięciu lat.
Shafiq spojrzał na Woodyego, a potem spróbował się teleportować. Tylko o dwa metry. Rozległ się trzask i znikł, by pojawić się w przedpokoju, gdzie lekki wiatr poruszał uchylonymi drzwiami. Cathal wyjrzał na zewnątrz, na zaniedbane podwórko, podniszczony murek i na niebo, szare wprawdzie, ale już nie zwiastujące rychłej ulewy. Nic nie podpowiadało, gdzie są, i nic nie wyglądało tak jak wczorajszego wieczora.
I choć zagadka tego domu intrygowała Cathala, to był zmęczony, zmarznięty i nie miał ochoty iść stąd na piechotę, by wiedzieć, gdzie się znajdowali.
– Zdaje się, że pozostaje nam się stąd zebrać, panie Tarpaulin – rzucił w końcu, a potem znikł z trzaskiem.

Koniec sesji
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cathal Shafiq (1982), Woody Tarpaulin (2418)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa