• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
    • Kalendarium
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny v
1 2 Dalej »
[SEN] [24-25/09/72] Helloise w Krainie Mordu

[SEN] [24-25/09/72] Helloise w Krainie Mordu
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#1
22.11.2025, 21:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.09.2026, 22:52 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Dægberht Flint - osiągnięcie Piszę, więc jestem

Nie zamykaj oczu


Suma przypadków || Helloise & Dægberht


[Obrazek: imgproxy.php?id=gFKzdZC.png]

Dokąd idziemy, gdy zasypiamy? Cóż, to wyglądało jak walijskie wybrzeże. Zatoka, którą kiedyś widziała, choć nie umiałaby jej nazwać. Zielonkawe morze obmywało skaliste klify obsypane jeszcze zieleńszą drzewiną. Fale uderzały o skały miarowo — to na nich siedziała wsłuchana w rytm pływów czarownica otulona cieniem skarlałego drzewa. Tylko takie tu były. Wiatry znad wody przewracały te z nich, które próbowały rosnąć zbyt wysoko, zbyt szeroko otwierały korony. Nazywali to miejsce zawieszonymi lasami.
Wiedziała, że siedziała długo. Czasem gdy wiatr wzmagał się, mgiełka roztrzaskanej o skały morskiej wody wzbijała się aż ku Helloise, oblepiała jej twarz solą. Siedziała tu chyba zawsze, tak jej się wydawało. Ociągała się z ruszeniem w dalszą drogę. Od czasu do czasu odważyła się odwrócić głowę na ścieżkę prowadzącą w głąb lądu — wśród gęstego mroku kniei czaiło się coś złego. Nie chciała tam odchodzić, gdy tak bezpieczne wydawały się fale. Jeszcze chwilę, jeszcze ostatnią chwilę patrzyła na morze, lecz nie mogła tu dłużej zostać. Z przejmującym poczuciem tęsknoty odeszła w las odprowadzona pieśnią morza, od którego równolegle z nią szedł także ktoś dobrze znany. Szli w górę rzeki, a walijski krajobraz tracił swoje surowe cechy, przeradzał się w rozmokłą Knieję, szum wody cichł.
Gdy całkiem zniknął, wraz z nim zniknął wszelki dźwięk. Las milczał, nienaturalnie milczał. Powinny nucić liście, powinno szeleścić poszycie — nic. Gdziekolwiek obróciła się zdezorientowana czarownica, drzewa wydawały się identyczne, nieme i głuche. Zielone gałęzie uginały się w upiornym bezdźwięku. Choć Helloise szła i szła przed siebie, nic się nie zmieniało. Ta sama pozostawała droga pod jej stopami, ten sam układ scenerii. Nie wiedziała, jak zawrócić. To samo było przed nią i to samo za nią. Monotonia tej pułapki zaczynała przyprawiać ją o panikę.
Coś tu było. Poruszało się poza granicami, których ona, schwytana w pętlę, nie mogła przekroczyć. Coś krążyło, zbliżało się, a Helloise nie mogła wyjść; nieważne, jak bardzo przyspieszała kroku.
Coś krążyło za nią od rana. Przypomniała sobie przez mgłę każdy moment w chacie, gdy czuła kogoś za swoim ramieniem, choć spędziła dzień sama. Każdy moment poza nią: gdy szła rzucić kurom warzyw z obiadu — ktoś przecinał ścieżkę za jej plecami. Porządkowała narzędzia w szopie — ktoś spacerował po podwórzu. Widma — myślała — przeklęte widma. Lodowaty cień Kniei znów o sobie przypomina. Znów chce ją dopaść.
Nie tym razem. Widma nie miały twarzy. Nie miały zapadniętych jam wokół nieruchomych oczu. Nie miały wysokiego czoła. Nie miały krzywego nosa ani zbyt szerokich ust.
Stanęła jak wryta, gdy znalazł się przed nią ten mężczyzna. Patrzyła na niego wśród ciemnego lasu jak ogłupiałe zwierzę złapane między światła rozpędzonego samochodu. Liczyła uderzenia serca zbyt dobrze słyszalne wśród niemych korytarzy drzew.


dotknij trawy
oceanic feeling
I have always loved foolishly --
like oceans love the moon:
with a pull too strong to soothe,
with tides that bruise.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum – czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#2
24.11.2025, 14:47  ✶  
Pierwszym znakiem tego, że Dægberht wciąż żył, była głośna, żałosna próba odkaszlnięcia wody. Później kolejna i kolejna – ledwo unosząc ciężar swojego ciała na drżących rękach i kolanach zdartych o kamienie, próbował kolejny raz oszukać śmierć. Nie zabierze go dzisiaj bezdenna otchłań oceanu – skoro miał siłę pluć słoną wodą, to przeżyje i tę katastrofę.

…tylko jaka to była katastrofa?

Skąd się tutaj wziął, w tym miejscu pośrodku niczego? Znów rozbił się statkiem? Dałby sobie uciąć rękę, że zasnął dziś w Londynie, a obudził się w tutaj, na skałach przy brzegu morza. Rozglądał się, mrużył oczy i nic. Nie było tu żadnego wraku. Pomiędzy skałami nie obijała się nawet pojedyncza deska Foki, nie widział w oddali ani łajby, ani oznak życia. Był on, piekielne duszności i woda, tak dziwna, jakby w śnie. Czuł się bardziej spocony niż mokry od zanurzenia w morskiej toni.

…czyli to był sen?

Dægberht wstał.

Sposób, w jaki to zrobił, był wybitnie żałosny. Chciałby mieć więcej siły w rękach, więcej tchu w płucach – ale nawet kiedy był możliwie jak najbardziej skupiony na celu – nie był w stanie kontrolować niczego wokół. Czyli był to sen świadomy i jednocześnie nim nie był. Anomalia na tle setek innych razów, kiedy doświadczył czegoś takiego. Nie widział w tym sensu ani celu. Był tu samotny! Po cóż jego własny umysł wyprowadziłby go do tej samotni, jeżeli nie miał o co zaczepić się myślami? Zrobił kilka niezdarnych kroków w kierunku brzegu, splunął słoną śliną na złoty piasek. Odrętwiałymi palcami przeczesał splątane włosy i wyciągnął z nich obrzydliwe, zielonkawe, oślizgłe rośliny. I rozglądał się wciąż, poszukiwał w tym wszystkim jakiegoś sensu, przesuwając się wzdłuż linii brzegowej wyjątkowo powolnie i ociężale.

Nie czuł się sobą.

Przyspieszył kroku dopiero w momencie, w którym w oddali dostrzegł znikającą pomiędzy drzewami Helloise. Jej obecność nadawała temu zdarzeniu jakiegokolwiek smaku. Chciał za nią krzyknąć, zwrócić na siebie jej uwagę, ale kiedy zmrużył oczy dostrzegł, że kobieta nie była sama. Każdy kto go znał wiedział, jak pierwsza myśl przemknęłaby mu przez głowę w innej sytuacji – nie powinien im przeszkadzać. Ale nie dzisiaj, nie teraz! Nie przy tym… człowieku? Przy tej odrażającej kreaturze, której obecność wzburzyła go tak bardzo, że zalała go fala gorąca. Lepiej, żeby nie wiedział o jego obecności.

Nagle człowiek, który przed chwilą słaniał się na nogach i ledwo stawiał niezdarne kroki, biegł przed siebie, aż brakowało mu tchu. I kaszlał, niemal zadławił się śliną. Ale biegł i biegł, bo nie opuszczało go przeczucie, że to nie ta róża zjedzona kilka dni temu w ogrodach Maida Vale, lecz to co się działo teraz, było dla Helli największym zagrożeniem, jakiemu będzie musiała stawić czoła w tej jesieni.

Wiedźma stojąca naprzeciw swojego przeciwnika musiała zemrzeć ze strachu.

To paskudne, złowieszcze, obrzydliwe coś zamachnęło się nożem, a Flint próbował wrzasnąć, ale po leśnej gęstwinie poniósł się tylko świst powietrza, kiedy niskorosły morderca zamachnął się. Flint nie pozostał mu dłużny. W całym tym chaosie odważył się dorwać rękoma spróchniałą gałąź, którą się zamachnął jakby to był co najmniej buzdygan i rozbił ją na łysym czerepie z impetem.

– Hella, uciekaj! – Wydusił z siebie. Melodyjny głos poety złamał się, ochrypł. Wyglądał też jak siedem nieszczęść, w poszarpanych ubraniach, doszczętnie przemoczony, z kosmykami włosów poprzyklejanymi do wytatuowanego ciała.


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#3
17.02.2026, 16:21  ✶  
To było nowe. Rzadko się zdarzało, żeby coś na nią polowało. Większość stworzeń w Kniei Godryka nie było zainteresowanych człowiekim jako posiłkiem, a wśród tych groźniejszych Helloise krążyła jedynie jako niematerialny duch, którego obecność pozostawała przez drapieżniki niezauważona. Ten drapieżnik ją dostrzegał — z całą pewnością.
Dopóki się nie poruszył, i ona się nie ruszała — ogarnięta rozwijającym się lękiem, ale i zaciekawieniem; nie rozumiała, kto to i czego chce.
Wtem znajomy głos przebiegł gęstwinę — obróciła się na sponiewieranego, przemoczonego Dægberhta. Pojawił się w jej śnie tak naturalnie. Już czarownica otwierała usta, aby odezwać się do niego, gdy upiorny nieznajomy — niby kukła pchnięta do życia nagłym demonicznym tchnieniem — zamachnął się ze świstem nożem. Flint krzyknął. W chaotycznym zrywie Helloise rzuciła się do ucieczki. Zbyt wolno i nieskoordynowanie, aby ocalić się w pełni od ciosu, który spadł płytko na jej plecy, zostawiając szramę. Przez chwilę czuła ciepło rozlewające się boleśnie wokół draśnięcia, lecz biegła, wciąż biegła i zaraz cała zgrzała się, a uwagę skupiła na ucieczce przez las, nie skaleczeniu.
Przez pierwszą chwilę po głuchym uderzeniu mordercy gałęzią przez Dægberhta nie słyszała pościgu. Na pewnej odległości odważyła się odwrócić — lecz ów mężczyzna już się zebrał się z ziemi. I mimo że to żeglarz go zaatakował, brzydal na celowniku wciąż miał ją i to w jej stronę ruszył.
Helloise gwałtownymi ruchami dłoni oklepała poły spódnicy na sobie — nie znalazła różdżki. Odbiegła jeszcze o kilka kroków, odwróciła się znów, łapiąc przelotnie kontakt wzrokowy z Flintem — tchnęła strachem i gniewnym niedowierzaniem na śmiałość agresywnej kreatury, lecz nie było czasu na wyrażanie oburzenia.
— Masz różdżkę?! — krzyknęła do Dægberhta. — Też uciekaj!
Nie znała się na walce. Czy coś by zmieniło, gdyby się znała? Gdyby była silniejsza? Czy niezależnie od tężyzny to aby nie hazard z pięściami rzucać się na dzierżącego nóż?
Człowiek zbliżał się, nie bacząc na Flinta. Ostrze oklejone jej krwią wciąż dzierżył w dłoni, złowieszczo zapowiadając, że to jeszcze nie koniec. Nie umiała go zaatakować. Musiała znów biec. Ile kroków jeszcze jej zostało, zanim zwolni za bardzo? Niedoszły morderca nie dyszał nawet i niestrudzenie parł do przodu, gdy jej oddech szalał ze strachu i wysiłku.
Przed czarownicą wyrosło niewielkie wzniesienie terenu, na którym pod drzewami rozrzucone były omszałe skałki. Ominąć je i biec płasko czy ryzykować wspinaczkę? Strach napiął nerwy, przyspieszył i tak spieszne serce, gdy w sekundy kobieta musiała podjąć decyzję. Pobiegła ku wzniesieniu. Wspinała się, chwytając dłońmi wystających korzeni drzew, gdy gleba osypywała się spod jej stóp. Dotarła do skałek niemal na kolanach. Wygrzebała z ziemi spory kamień i bez myślenia cisnęła go na wspinającego się za nią człowieka.


dotknij trawy
oceanic feeling
I have always loved foolishly --
like oceans love the moon:
with a pull too strong to soothe,
with tides that bruise.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum – czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#4
21.02.2026, 12:54  ✶  
Nie miał różdżki, nie miał swojej broni, nie miał eliksirów, nie miał nic. Żaden przedmiot nie mógł uratować go w bezpośredniej walce z tym upiorem – jedynym, o co mógł się oprzeć, była siła jego własnych mięśni i spryt. Bo cóż miałby zrobić – zastraszyć go groźnym spojrzeniem, kiedy wszystkie znaki na niebie i ziemi krzyczały, że to normalny człowiek nie był? Zwierzę – chyba też nie. Do goblina również daleko mu było. Zjawa, mara senna – ale czemu w takim kształcie, czemu tak żywa, tak emocjonująca, jakby to wszystko było prawdziwe? W głowie pojawiało się coraz więcej pytań, na które nie dało się znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi, bo nie było na to czasu. Każda drogocenna sekunda była wyrywana z rąk żeglarza przez adrenalinę.

– Precz, duchu! Wróć do cyklu i przeproś Matkę! – Wrzasnął, zamachując się gałęzią jeszcze raz, skutecznie powalając to, co uznał za post-istotę na podłoże z miękkiej ściółki. Prawda była jednak taka, że Flint miał swoje limity. Nigdy nie był człowiekiem wielkiej krzepy. Delikatna uroda nie zwodziła innych na manowce – żaden z niego siłacz, moc dzierżona w dłoniach miała swoje źródło wyłącznie w naciąganiu sznurów na łajbie i szorowania pokładu. Widział więc dwa rozwiązania. Jedno, makabryczne – przebić oponenta gałęzią i tak przytwierdzić go do gruntu. Mało realistyczne, bo przecież mordercą nie był – pewnie by się zawahał. Drugie – przypominające mu o poltergeiście uwięzionym w szybie wentylacyjnym Victorii Lestrange – polegało na obwiązaniu go tak, żeby się ruszyć nie mógł, zanim uciekająca ile sił w nogach Helloise się wykrwawi.

I tak – był tam nóż. Ale w chwili, kiedy ktoś na kim mu zależało mógł zginąć, trafił na rozsądku, a zyskiwał za to na kreatywności. Rozejrzał się wokół, kiedy ta maszkara znów zaczęła biec. To nie była dżungla amazońska, żeby znaleźć tu pnącze! Szmata do porwania nie spadnie mu z nieba, koszuli nie miał. Rozdarcie tych spodni musiało należeć do cięższych zadań, jakie sobie mógł wymyślić w pośpiechu.

Wiedząc, że nie dokona tu nagle przełomu, ruszył w pościg. Coś mógł wymyślić po drodze, a jak straci ich z oczu, to w niczym nikomu nie pomoże.

Dopiero przy tych skałach go olśniło. On nie miał czego porwać, żeby obwiązać napastnika, ale napastnik był ubrany. Dægberth uniknął odłamka skały lecącego w jego kierunku po tym, jak odbił się od łysawego czerepu i przełknął głośno ślinę. Zacisnął palce na kiju i spróbował ściągnąć go nim w dół, jakby próbował strącić z jabłoni przejrzałe jabłko. Wystarczyło przecież mieć szczęście i skutecznie zaczepić o materiał, a dziwak runie w dół i trochę zajmie mu podniesienie się. A może i nawet – jeśli czuwała nad nimi Pani Księżyca – sam nadzieję się na nóż i rozwiąże wszelkie kwestie moralne zapraszające Flintowi głowę.

@Helloise Rowle


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#5
11.05.2026, 21:00  ✶  
Helloise nie chciała wcale, aby ów demon pojednywał się z Boginią Matką bądź innym jakim bóstwem będącym we władzy, aby udzielić mu łask. Niech się znajdzie wśród potępieńców, niech błądzi i cierpi. Niech nie będzie dla niego nigdzie miejsca, przeklinała.
Widok nadciągającego tuż za maszkarą Flinta jednocześnie przyniósł jej ulgę — nie została sama — i nowy powód do nerwów — i on był teraz w zasięgu tego zła. Był również w zasięgu rykoszetu czegokolwiek, co Helloise mogłaby chcieć cisnąć w napastnika — lecz cóż jej pozostało?
Znalazła kolejny kamień i rzuciła. Nie trafiła, ale zmusiła maszkara do uchylenia się, wypuszczenia z jednej z rąk tych wystających korzeni, po których się za nią wspinał. Zeszło się to idealnie z momentem, gdy Dægberht trącił napastnika gałęzią — i człowiek runął. Gruchnął ciężko o podłoże, ogłuszyła go moc uderzenia.
Oszołomiona czarownica, ciężko oddychając, podpełzła do krawędzi wzniesienia i wychyliła się w dół.
— Uważaj! — ostrzegła Dægberhta. — Niemożliwe, że go to zabiło. — Pełna czujnych obaw, nie spuszczała wzroku z nieprzytomnego, wolną ręką zaś sięgnęła rany na swoich plecach i wzdrygnęła się lekko, odnajdując pod palcami krawędzie rozciętego ciała. Nie sięgnął na tyle głęboko, żeby się miała wkrótce wykrwawić, lecz z pewnością będzie to wymagało zaopatrzenia.

@Dægberht Flint


dotknij trawy
oceanic feeling
I have always loved foolishly --
like oceans love the moon:
with a pull too strong to soothe,
with tides that bruise.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum – czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#6
13.05.2026, 21:23  ✶  
To musiał być sen. Oh, był tak pewien tego, że to był sen, a jednocześnie tak niepewien tego samego faktu – bo jak coś mogło być tak urojone i prawdziwe jednoczenie? Flint słyszał, rzecz jasna, o zacierających się granicach pomiędzy życiem i śmiercią, o miejscach niedostrzegalnych przez jego wadliwe, zbyt ludzkie oko. Czy sen mógł być jednym z nich? Czy bogowie mogli uczynić sen teatrem, w którym aktorzy odgrywający role po przegranej walce umierali naprawdę?

Jakież to było proste pomyśleć: nie! Nie dało się przecież umrzeć w śnie, ale jak się nad tym pochyliło głębiej, to przecież można było. Nigdy nie zginął w śnie, którego sam doświadczył, nie mógł jednak zaprzeczyć istnieniu osób odchodzących w śnie.

– Uciekaj, moja miłości! – Krzyknął więc, nie zważając na jej ostrzeżenia – bo cokolwiek to było, chciało skrzywdzić ją i tylko ją. On sam czuł się pionkiem w historii, którego Helloise wyśniła z przerażenia widząc brzeg morza. – Uciekaj, albowiem moje przeczucie mówi, że to może być sen, o którym w przyszłości powiedzą – Helloise odeszła spokojnie, zanurzona w nim i – oh! – Sapnął, kiedy przedziwny byt, który postanowił odebrać jej poczucie bezpieczeństwa ocknął się i próbował podnieść na nogi. – Biegnij! – Krzyknął raz jeszcze, ostatni raz łapiąc z nią kontakt wzrokowy, nim dobył kija. Cokolwiek to było, wszystko dało sie przywrócić do cyklu. Niektórym istnieniom trzeba było pomóc bardziej niż duchom, a on niekoniecznie chciał rozwijać swoje usługi ponad te dotyczące egzorcyzmów, ale czegóż by nie zrobił dla Helli? Umoczy sobie palce w wyśnionej krwi, jeśli to zagwarantuje jej zachowanie życia. Świat się kończył, a skoro sie kończył, mogliby obejrzeć ten koniec razem. Nawet jeśli kosztem miało okazać się przebicie tego stwora przerośniętym kijem do szaszłyka.


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
zielarka, twórczyni eliksirów i sztuki w drewnie
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suszonych ziół i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#7
27.05.2026, 13:16  ✶  
Odkąd Knieja zaroiła się widmami, sny Helloise coraz częściej przypominały koszmary. Coraz gęstsze cienie zaczęły wślizgiwać się do jej głowy, gdy zasypiała. Przeżyła we wrześniu tyle rodzajów koszmaru: koszmary senne, koszmary na jawie, koszmary w narkotycznej halucynacji. W tamtym momencie morderczy demon był wyłącznie kolejnym z wielu, które miały ją umęczyć. Nie miała już nawet sił się zastanowić: czy to sen, czy klątwa, czy inny upiór. Chciała tylko przetrwać. Nie dać się zabić, nieważne, czy miałoby to być we śnie tylko, czy na jawie również. Ból był realistyczny, ciepła krew na plecach także — to jej wystarczało za powód, aby walczyć, choćby wszystko miało okazać się wyłącznie złym snem, z którego obudzi się spocona w skotłowanej pościeli we własnej sypialence.
Patrzyła na Dægberhta w milczeniu, niezdecydowana. Gryzła ją myśl o porzuceniu go z potworem. Kochany Flint, co za piękny gest — jeden z tych, których nie przyjmuje się lekko, a jednak Helloise potrafiła odbierać i wielkie ofiary. Jeśli chciał się w ten sposób poświęcić, niech tak będzie.
Na drżących nogach kobieta podniosła się z klęczek.
— Nie rób tego za wszelką cenę. Chcę cię jeszcze zobaczyć!
Cofnęła się o krok, gdy demon się rozbudził. Kiedy się odwróciła, pękła nić niezdecydowania. Teraz mogła tylko biec przed siebie i nie pozwolić, żeby ofiara poszła na marne. Biegła i modliła się, aby Bogini miała Dægberhta w opiece.
Nie odwracała się za siebie. Las rozciągał się przed nią szeroki i nieprzenikniony. Sceneria znów stała się monotonna, powtarzalna. Nieważne, w jakie ścieżki skręcała czarownica, nic się nie zmieniało. Błądziła między tymi samymi drzewami, uchylała się z drogi przed tymi samymi gałęziami. Było w tym lesie coś nieorganicznego, był to sen o niewykończonych szczegółach i nudnych przygnębiających wzorcach, a przecież Helloise potrafiłaby wyśnić nieskończone bogactwo leśnych krajobrazów. Ten sen był pułapką.
Strach wciąż ściskał jej żebra, a nogi wyczerpało zmęczenie. I akurat gdy zwolniła, pośród lasu coś się zmieniło. Otwarła się przed czarownicą niewielka polana, skąd widać było kawałek szarego burzowego nieba, tak gęstego, że nie potrafiła dopasować go do żadnej pory dnia. W samym sercu polany czekał na nią stoliczek zastawiony winem i smakołykami, a przy nim dwa krzesła. Obrus powiewał lekko na niespokojnym wietrze.
Zdumiona Helloise obróciła się na drogę, z której przyszła. Liczyła, że zobaczy za sobą Dægberhta, całego i zdrowego. Obawiała się tego, kto inny mógłby zająć drugie miejsce przy stole, bo jeśli nie on, to…?
Ścieżka była jednak pusta. Na chwilę czarownica odniosła wrażenie, że wreszcie została sama, że zniknęła ciążąca nad koszmarem obecność upiora. Rozejrzała się ostatni raz po martwej, głuchej pętli koszmarnego lasu, po czym pełna czujnych obaw wkroczyła na polanę, aby zająć swoje miejsce przy stole.


dotknij trawy
oceanic feeling
I have always loved foolishly --
like oceans love the moon:
with a pull too strong to soothe,
with tides that bruise.
wiek
28
sława
IV
krew
czysta
genetyka
bezpieśny
zawód
wagabunda
Niesamowicie piękny człowiek. 179 centymetrów wzrostu; długie, lekko falujące się, brązowe włosy. Srebrzyca. Czasami jego oczy w świetle mogą wydawać się złote. Sporadycznie kilkudniowy zarost. Kilka blizn, które zdobył na morzu, większość zakryta runicznymi tatuażami zamkniętymi w kołach. Nie używa żadnych perfum – czuć od niego pot, morze, alkohol i las.

Dægberht Flint
#8
28.05.2026, 14:22  ✶  
Też chciał ją jeszcze zobaczyć. Ją i tę chatę w Dolinie Godryka, jedno z niewielu miejsc w Anglii odwiedzanych przez niego regularnie, jakkolwiek kojarzących mu się z domem, chociaż już lata temu postanowił odwrócić się plecami do swojej przeszłości i płynąć przez życie jako ktoś, kto nie przywiązywał się do jednego portu. Perspektywa utracenia Helloise ze swojego życia była bolesna, ale perspektywa utracenia własnego życia powinna przerażać go o wiele bardziej – dlaczego więc odnajdywał w sobie siłę do zaciśnięcia palców na tym kiju?

– Zginiesz, znikniesz – rzucił, napinając mięśnie. Pierwszy raz w życiu pożałował, że nie był silniejszy i spędzał czas na łajbie pisząc te swoje poematy, zamiast ćwiczyć naciągając liny. – Choćbym cię miał maszkaro musiał zabrać ze sobą na siłę i siebie w tym stracić.

Odpowiedziała mu cisza. Istota, czymkolwiek była, zdołała jednak podnieść się z ziemi i dźwignąć na nogi, uśmiechając się przy tym tak upiornie, aby nie tylko zalał go zimny dreszcz, ale i zebrało mu się na wymioty. Mimo tego zebrał się w sobie, fuknął i zrobił dokładnie to, co sobie zapowiedział – przebił ciało tej maszkary i zaczął napierać na kij z całych sił, przeszywając jej organy sękatym drewnem, chcąc przybić ją do skały.

Cudem, ale zakończyło się to sukcesem.

Gorzej z tym, że koniec to nie był. Cokolwiek to było, demon, upiór jakiś, złapało za ten kij i zaczęło przeciągać się wzdłuż niego, żeby Flinta sięgnąć paskudnymi, odrzucającymi rękoma.

Momentalnie odstąpił na krok. Dobył z ziemi kamienia i jak nie ryknął, kiedy się zamachnął, ale kamień nie uderzył w nic. Kiedy otworzył oczy, znajdował się w łóżku, zaciskając pięść na wymiętej pościeli. Pewnie obudził Peregrinusa, ale nie miał czasu. Zanim zdążył się do końca rozbudzić i założyć cokolwiek poza spodniami, ruszył w kierunku Doliny, szczerze wierząc, że zależało od tego czyjeś życie.

Koniec sesji


Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości

Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Dægberht Flint (1580), Helloise Rowle (1534)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Spis Treści
Zakładki
Tryb normalny
Tryb drzewa