Dopiero zaklęcie rozpraszające Victorii skutecznie odsłoniło iluzoryczną przesłonę dla pojedynczych punktów, które ułożyły się w mgnieniu oka na powierzchni ściany z wgłębień i nacięć przypominających naturalną korozję. Gdyby nie fakt, że obie wpatrywały się w ścianę i szukały jakiegoś efektu, łatwo mogłoby im to umknąć - punkty były rozsiane i niewielkie, ale kobiety całkiem skutecznie były w stanie znaleźć lub wydedukować położenie kolejnych. Choć żadna z nich nie miała ekspertyzy w runach, były w stanie wydedykować, że punkty układają się w łukowate sklepienie przejścia - wystarczająco duże by wprawny translokator wyciągnął jedną, czy dwie tuby poza budynek.
With insufficiency my heart to sway?
Dopiero zaklęcie rozpraszające Victorii skutecznie odsłoniło iluzoryczną przesłonę dla pojedynczych punktów, które ułożyły się w mgnieniu oka na powierzchni ściany z wgłębień i nacięć przypominających naturalną korozję. Gdyby nie fakt, że obie wpatrywały się w ścianę i szukały jakiegoś efektu, łatwo mogłoby im to umknąć - punkty były rozsiane i niewielkie, ale kobiety całkiem skutecznie były w stanie znaleźć lub wydedukować położenie kolejnych. Choć żadna z nich nie miała ekspertyzy w runach, były w stanie wydedykować, że punkty układają się w łukowate sklepienie przejścia - wystarczająco duże by wprawny translokator wyciągnął jedną, czy dwie tuby poza budynek.
I’m looking for the sword
Brenna dźwignęła się na nogi i cofnęła, kiedy czar Victorii nie otworzył przejścia, za to na moment ukazał kilka punkcików. Przypatrywała się im przez chwilę z namysłem, ale wychodziło na to, że to tędy wyciągnięto mandragory: zapewne gdzieś na zewnątrz, może nocą, kiedy ludzie wędrujący po okolicy z wielkim pakunkiem mogli łatwo skryć się w mroku. Wystarczyło tak naprawdę parę prostych zaklęć, aby nikt ich nie wypatrzył, w końcu w okolicy towarzystwa nie było ani tłumów, ani żadnych patroli.
- Trzeba wyjść i zobaczyć, co jest z drugiej strony, chociaż na otwartym powietrzu trop będzie dużo trudniej chwycić - stwierdziła w końcu. Ale warto było zbadać, którędy prawdopodobnie stąd wyszli, jaką drogę mogli obrać później… i oczywiście dowiedzieć się czy Mirabella wiedziała o tym przejściu oraz kto wiedzieć mógł. – Zapach znika za ścianą, więc jestem pewna, że wyciągnęli je tędy… Hm, sądzisz, że osoba, która je przeciągnęła, musiała znać się na runach?
Te punkciki coś takiego sugerowały, ale Brenna właśnie nie znała się. To że nie umiała tego otworzyć nie miało jednak większego znaczenia, i miała wrażenie, że niekoniecznie nawet speca muszą tu przyprowadzać, skoro zagadka tego, jakim cudem mandragory znikły z zamkniętego pomieszczenia, właśnie się rozwiązała. Za to bardziej interesująca była odpowiedź na pytanie: ktoś z towarzystwa się na tym znał?
Obróciła się: dopiero teraz mogła dostrzec, co Victoria znalazła, wcześniej zbyt skupiona na zapach i drzwiach. Żadne robótki ręczne nic jej jednak nie mówiły, przynajmniej nie w tej chwili.
some women are built from it
– To napis na kubku – wyjaśniła jeszcze, nie zdając sobie do końca sprawy, jak to musiało zabrzmieć. – Tak, nie wiadomo. Znamy historię od momentu, jak mandragora została znaleziona w pakunku w magazynie, ale wcześniej… nie wiem.
Na całe szczęście nie musiały długo czekać na efekt jej zaklęcia, bo chwilę później ich oczom ukazało się to, co do tej pory było ukryte. I rzeczywiście, gdyby nie to, że obie intensywnie wpatrywały się w kamienną ścianę, to pewnie łatwo byłoby przeoczyć dziwne znaki – wgłębienia i nacięcia, które łatwo byłoby wziąć za coś naturalnego… ale sposób ich rozmieszczenia był zbyt regularny i chyba mało przypadkowy. Lestrange zbliżyła się nawet bliżej do ściany, do jednego z bliżej jej oczom znaczka, by go sobie obejrzeć z bliska.
– Taak… – mruknęła z zamyśleniem, ale nie dotykała ściany, tylko się jej przyglądała, szukając teraz kolejnych punkcików, ale z obecnej pozycji chyba nie sposób było dostrzec wszystkie. Natomiast układało się to w pewien wzór. Zarys jakby? Kontur przejścia? – Tam pewnie będą albo jakieś ogrody, albo jakaś łąka – stwierdziła, znając to, co znajdowało się dookoła siedziby Towarzystwa, ale może czekała na nich jakaś niespodzianka. – Myślę, że albo znała się na runach, albo miała przy sobie kogoś, kto się na runach znał – bo inaczej… czy ta osoba po pierwsze w ogóle wiedziałaby, jak je uruchomić? No i… pytanie, skąd się tutaj wzięły. Czy były tu od zawsze, czy dopiero zostały nakreślone…?
– Ale zanim stąd pójdziemy… Myślę, że warto spróbować tego widmowidzenia. Mogę się mylić, ale… Ktoś zbił tutaj swój kubek, i przez te tygodnie nikt tego nie sprzątnął. Co robisz, jak spada ci kubek z herbatą i się tłucze przypadkowo? Próbujesz go naprawić magią, zbierasz z ziemi, nie wiem… cokolwiek, ale nie zostawiasz go tu ot tak, nie? – Lestrane jeszcze nie połączyła kuba z niedokończoną robótką, ale już zaczynało się jej coś tutaj sklejać w pewien obraz. – Zobacz sama – kiwnęła głową w kierunku jednego ze stołów, gdzie wszystko położyła. – Szydełko, nici i to niedokończone… w sumie nie jestem pewna czy to chusta czy może jakiś sweter, znalazłam pod stojakiem obok zbitego kubka.
I’m looking for the sword
Brenna normalnie nie zwracała dużej uwagi na cudze kubki, ale jeśli miały jakiś nietypowy wzór albo napis, to czasem spojrzenie samo ku nim wędrowało. A i to był ewidentnie obcy język, co też mogło stanowić jakąś podpowiedź.
– W takim razie chyba mamy odpowiedź, jak stąd wyszli.
Czyli faktycznie teren zielony. A jak już stąd znikli, to w okolicy pewnie stosunkowo łatwo było się poruszać tak, aby nie zwrócić na siebie zbyt wielkiej uwagi.
– Jasne, od tego zaczniemy… – zaczęła, a potem urwała, gdy Victoria to wszystko wyliczyła. Po prawdzie Brenna początkowo nie przywiązała do tego znaleziska takiej wagi: ktoś mógł zostać wywołany stąd w pośpiechu albo wybiegł podczas Spalonej, gdy z nieba posypał się popiół… ale jak Victoria tak to przedstawiała… – Sądzisz, że mogła tu być w momencie kradzieży? I że ktoś jej coś zrobił? – spytała, spoglądając na szczątki kubka. Brały pod uwagę, ba, nawet zakładały, że ktoś z wewnątrz brał udział w tej kradzieży. Może należało założyć jednak także, że komuś zrobiono krzywdę? Porwano? Zmuszono do współpracy?
Już bez słowa wyciągnęła świece, a potem ułożyła ja w krąg. Weszła do środka i usiadła, na wszelki wypadek, nie chcąc ryzykować, że zrobi się jej słabo albo coś takiego.
– Odpal je, proszę – poprosiła Victorię co do świec, sama woląc na razie nie rzucać zaklęć związanych z ogniem. Było tu trochę przedmiotów, z którymi mogła spróbować „porozmawiać”: te tuby, potłuczone rzeczy, robótka – o ile Lestrange miała rację i coś się stało osobie, które je trzymała, bo inaczej pewnie nie miałyby odpowiednio dużego ładunku emocjonalnego. W każdym razie… odetchnęła kilka razy, próbując rozluźnić spięte na myśl o ogniu mięśnie, zacisnęła powieki, a potem Brenna spróbowała coś chwycić: jakiś ślad wydarzeń, do których tutaj doszło.
widmowidzenie
Akcja nieudana
some women are built from it
Istniała szansa, że Mirabella rzeczywiście będzie miała jakieś pojęcie o tym, czyj to kubek został tutaj zbity i nigdy nieposprzątany. Chwilowo jednak sprawa kubka została odłożona, bo istotniejsze było, że faktycznie chyba już znały odpowiedź na to, jak złodzieje wyszli stąd przez nikogo niezauważeni, do czasu aż Mirabella zorientowała się, że po mandragorach nie ma śladu.
– Nie wykluczam tego… To znaczy… No to jest dziwne, że nikt tego nie sprzątnął. Nawet zioła z naparu nadal tutaj są – jasne, mogło to mieć miejsce podczas Spalonej… ale tutaj wokół siedziby Towarzystwa chyba nic nie spłonęło, bo by o tym wiedzieli, więc to chyba nie było to?
Przyglądała się jeszcze przez chwilę szczątkom kubka i tej niedokończonej robótce na szydełku, gdy Brenna zaczęła wyciągać świece i układać je w odpowiednich miejscach.
– Mam wrażenie, że już gdzieś widziałam ten wzór – powiedziała, oddając Brennie te przedmioty, których potrzebowała do rytuału, a sama, gdy przyjaciółka już się usadowiła na środku okręgu wytyczonego przez świece, ponownie wyciągnęła różdżkę. – Oczywiście. Będzie dobrze, Brenn – uśmiechnęła się do brunetki i różdżką, niemalże jak zapałką, zaczęła po kolei odpalać te świece, a gdy już to było zrobione, to odsunęła się na dwa kroki, nie spuszczając jednak wzroku z Longbottom, by w razie czego móc zareagować, gdyby zaczęło się dziać coś złego.
– Wszystko w porządku? – zapytała po jakimś czasie, nie od razu jednak, nie chcąc przerywać skupienia Brenny, a dopiero, gdy zauważyła, że ta nie wygląda już jak wtedy, gdy jest w trakcie transu.
I’m looking for the sword
Ktoś wejść musiał i przynajmniej powinien się rozejrzeć, skoro kradzież zgłoszono. Nawet jeżeli od razu wezwali Brygadę, zwykle naturalne w takiej sytuacji było też rozglądanie się na własną rękę. Jedna, dwie osoby mogły jeszcze nie zauważyć tego wszystkiego, ale kilka?
– Czy ta kobieta, która opiekowała się mandragorami, nie jest Irlandką albo coś takiego? – dopytała jeszcze, bo zdaje się, że ona była jedną z tych, których nie udało się przesłuchać. Czy irlandzki mógł brzmieć w ten sposób? Do Hogwartu chodzili i Irlandczycy, ale raczej rzadko mówili w gaelickim, Bren więc w pierwszej chwili jakoś odruchowo założyła, że to co czyta Victoria to łacina…
Tkwiła w kręgu przez długą chwilę. Nie była pewna, dlaczego niczego nie widzi: czy to wciąż tkwiący gdzieś pod skórą lęk przed ogniem przejmował nad nią władzę i blokował umiejętność, czy nie osiadło tu dostatecznie dużo emocji, ale w końcu musiała się poddać. Westchnęła.
– Przykro mi. Nie wiem, czy nie zostało tu dość śladów, czy złodziej był oklumentą, czy to ja, ale nic nie przychodzi… – powiedziała, otwierając oczy. – Zgasisz je?
Nie zamarła wprawdzie z przerażenia, nie czuła ataku paniki – jedynie nieprzyjemny ścisk w żołądku – ale wolała nie próbować robić tego sama, na wypadek, gdyby nie wyszło, ani nie przestępować nad nimi, póki płoną. Dopiero jeśli Victoria to zrobiła wstała, a potem zebrała świece.
– To co? Na zewnątrz, czy sądzisz, że może tu być coś jeszcze? – spytała, rzucając ostatnie spojrzenie tubom, zanim ruszyła ku wyjściu, a potem znaleźć miejsce za tą ścianą. Po takim czasie ślady pewnie znikną, ale chciała rozejrzeć się za możliwą ścieżką, jaką ktoś mógł obrać, i na wszelki wypadek pokręcić się też w pobliżu jako wilk.