26.06.2023, 00:27 ✶
Ulysses kiwnął głową.
- Bo może się nie spodziewał – zgodził się z Cathalem. W głowie odtwarzał sobie sen Shafiqa dokładnie przypominając sobie poczynania mordercy. – Nie jestem ekspertem w sprawach ezoteryki i snów, ale istnieje możliwość, że o ile wybrał śniącego to nie wybrał osoby, która… - zamilkł, rozważając dalsze słowa. – Nie wybrał ratującego. Być może w jakiś sposób każde z nas samoistnie przywołało… ja ciebie, ty mnie, Leta ciebie… - opisał powoli, to co chodziło mu po głowie.
Być może nawet robili to nieświadomie, będąc połączonymi nie jakimiś magicznymi więzami, ale zwykłymi nićmi przyjaźni.
Wzruszył ramionami, dłuższą chwilę przypatrując się bez wyrazu znajdującej się w pomieszczeniu kobiecie. Czy jej ojciec i jego ojciec mogli maczać palce w tej samej sprawie? Z pewnością. Chester Rookwood był twardym, nieprzejednanym aurorem, który potrafił narobić sobie wrogów. Ale jakaż to musiałaby być sprawa, żeby aż tak zalazł przestępcy za skórę? I czy wtedy, szukając mściciela, nie powinni czasem szukać wśród rodzin sprawców?
Pokręcił głową. Marszczył przy tym dość mocno czoło.
- Nie przypominam sobie, żebym go widział ostatnio – ale też, chociaż młody Rookwood obdarzony był pamięcią absolutną, niemal zawsze celowo nie próbował obserwować otoczenia, nie wsłuchiwać się w cudze rozmowy, nie zaśmiecać sobie głowy wszystkim, co nie miałoby żadnego znaczenia. Nie szukałby wzrokiem Wellingtona tak długo, jak długo nie wiedziałby, że powinien to zrobić. – Ale jakiś tydzień temu przeczytałem napisaną przez niego skargę. Sugerował, że Shafiqowie a już szczególnie twoja grupa archeologiczna regularnie narusza wydany przez Międzynarodową Konfederację Czarodziejów Kodeks Tajności. Wyrażał głębokie ubolewanie, jakie to może mieć katastrofalne konsekwencje w Walii.
Właściwie to Ulysses miał nawet powiedzieć Cathalowi, że najprawdopodobniej odwiedzi te wykopaliska jako wysłannik Ministerstwa Magii. Szczerze wątpił, by Shafiq, Crouch czy ktokolwiek z pracujących tam rzeczywiście celowo naruszał Kodeks Tajności, ale skarga była skargą.
Pewnie powinien się ożywić na wzmiankę o zainteresowaniach Wellingtona, ale młody Rookwood pomyślał tylko o tym, że czegokolwiek Cathal by nie mówił, zdążył już jako tako prześwietlić czarodzieja. Jakby nie patrzeć, trochę im pasował do rysopisu człowieka, który mógł chcieć się zemścić. Nawet na całej ich trójce. Nie trzeba było być mistrzem empatii, by pojąć, że Fineas Wellington miał wybujałe ego, lubił uważać się za eksperta i nienawidził ośmieszenia, zwłaszcza publicznego. A tu grupa archeologiczna Shafiqa regularnie działała mu na nerwy a Leta zdążyła się z nim nawet publicznie pokłócić.
- Potrzebujesz towarzystwa? – zapytał, gdy Cathal wspomniał o złożeniu wizyty. – Ciebie się chyba nie spodziewa, ale mnie może. – Zwłaszcza, jeśli liczył na to, że napisany przez niego donos ma odnieść jakiś skutek.
- Bo może się nie spodziewał – zgodził się z Cathalem. W głowie odtwarzał sobie sen Shafiqa dokładnie przypominając sobie poczynania mordercy. – Nie jestem ekspertem w sprawach ezoteryki i snów, ale istnieje możliwość, że o ile wybrał śniącego to nie wybrał osoby, która… - zamilkł, rozważając dalsze słowa. – Nie wybrał ratującego. Być może w jakiś sposób każde z nas samoistnie przywołało… ja ciebie, ty mnie, Leta ciebie… - opisał powoli, to co chodziło mu po głowie.
Być może nawet robili to nieświadomie, będąc połączonymi nie jakimiś magicznymi więzami, ale zwykłymi nićmi przyjaźni.
Wzruszył ramionami, dłuższą chwilę przypatrując się bez wyrazu znajdującej się w pomieszczeniu kobiecie. Czy jej ojciec i jego ojciec mogli maczać palce w tej samej sprawie? Z pewnością. Chester Rookwood był twardym, nieprzejednanym aurorem, który potrafił narobić sobie wrogów. Ale jakaż to musiałaby być sprawa, żeby aż tak zalazł przestępcy za skórę? I czy wtedy, szukając mściciela, nie powinni czasem szukać wśród rodzin sprawców?
Pokręcił głową. Marszczył przy tym dość mocno czoło.
- Nie przypominam sobie, żebym go widział ostatnio – ale też, chociaż młody Rookwood obdarzony był pamięcią absolutną, niemal zawsze celowo nie próbował obserwować otoczenia, nie wsłuchiwać się w cudze rozmowy, nie zaśmiecać sobie głowy wszystkim, co nie miałoby żadnego znaczenia. Nie szukałby wzrokiem Wellingtona tak długo, jak długo nie wiedziałby, że powinien to zrobić. – Ale jakiś tydzień temu przeczytałem napisaną przez niego skargę. Sugerował, że Shafiqowie a już szczególnie twoja grupa archeologiczna regularnie narusza wydany przez Międzynarodową Konfederację Czarodziejów Kodeks Tajności. Wyrażał głębokie ubolewanie, jakie to może mieć katastrofalne konsekwencje w Walii.
Właściwie to Ulysses miał nawet powiedzieć Cathalowi, że najprawdopodobniej odwiedzi te wykopaliska jako wysłannik Ministerstwa Magii. Szczerze wątpił, by Shafiq, Crouch czy ktokolwiek z pracujących tam rzeczywiście celowo naruszał Kodeks Tajności, ale skarga była skargą.
Pewnie powinien się ożywić na wzmiankę o zainteresowaniach Wellingtona, ale młody Rookwood pomyślał tylko o tym, że czegokolwiek Cathal by nie mówił, zdążył już jako tako prześwietlić czarodzieja. Jakby nie patrzeć, trochę im pasował do rysopisu człowieka, który mógł chcieć się zemścić. Nawet na całej ich trójce. Nie trzeba było być mistrzem empatii, by pojąć, że Fineas Wellington miał wybujałe ego, lubił uważać się za eksperta i nienawidził ośmieszenia, zwłaszcza publicznego. A tu grupa archeologiczna Shafiqa regularnie działała mu na nerwy a Leta zdążyła się z nim nawet publicznie pokłócić.
- Potrzebujesz towarzystwa? – zapytał, gdy Cathal wspomniał o złożeniu wizyty. – Ciebie się chyba nie spodziewa, ale mnie może. – Zwłaszcza, jeśli liczył na to, że napisany przez niego donos ma odnieść jakiś skutek.