Jego uśmiech wywołał u niej delikatny rodzaj obawy, ale była zbyt zmęczona, aby się nad tym zastanawiać, aby myśleć, co on ma głowie i dlaczego tak na nią patrzy. Wolała nie zastanawiać się nad tym i nie okazywać mu tego strachu. Nie wiedziała, czy go to nie pobudzi do zrobienia jej krzywdy. Wtedy w łazience zdawał się czerpać przyjemność z jej strachu, ale jego uśmiech też nie musiał oznaczać nic złego, prawda? Mógł nie umieć się uśmiechać ładnie.
Avelina nie była pewna, czy chciała go poznawać bardziej. Wiedziała na pewno, że ją intrygował, ale do tego nikomu się nie przyzna. Miał w sobie coś, co ją przyciągało, a za co się beształa każdej nocy. Dlatego tak uparcie próbowała go do siebie zniechęcić, dlatego z nim rywalizowała, dlatego mu dokuczała, uprzykrzała każdy dzień, gdy tylko pojawiał się na horyzoncie, aby każdy widział, że ona wcale nie lubi Rookwooda, aby każdy wiedział, że oni są wrogami i nie mają wobec siebie żadnych pozytywnych uczuć.
Inaczej było, gdy zapadł zmrok, gdy noc otulała jej dormitorium, a przed oczami pojawiał się jej obraz tego chłopaka. Nie rozumiała swoich emocji, ale też nie chciała ich rozumieć.
Inaczej było, gdy spotykali się we dwoje – samotnie. Bez jego znajomych, bez jej koleżanek, bez oczu obcych ludzi, bez oczu duchów, które zaczęłyby szeptać. Wszystko się zmieniało, a oni zapominali o walce, którą toczyli za dnia. Obawiała się tego najbardziej na świecie.
Gdy usłyszała rozbawienie w jego głosie lekko odetchnęła, ale nie zatrzymywała się tylko drobnymi krokami zmierzała do swojego pokoju wspólnego, a potem dormitorium. Szła wolno, ponieważ nie chciała za szybko rozstawać się z nim.
– Nie można mieć wszystkiego. – odpowiedziała mu na jego oczekiwania. Avelina nie miała zamiaru ułatwiać mu życia, nie chciała mu dawać swojej duszy na dłoni. Musiał o to się dobrze postarać.
Po plecach przeszedł jej dreszcz, ale nie wiedziała, czy bała się tego, że będzie ją prześladować, czy może właśnie przeciwnie – chciała tego? Zignorowała nazwanie jej po nazwisku, ponieważ zdawała sobie sprawę, że sama tak do niego mówiła. Lubiła jednak, gdy zwracał się do niej po imieniu. Ona nie potrafiła – bała się, że jak zacznie nazywać go Augustus to za szybko się do niego przywiąże, a tego nie chciała.
Zerknęła na niego, a na jej ustach pojawił się delikatny uśmiech, który objął też jej oczy przez co zrobiły się węższe i mniejsze. Rzadko się tak uśmiechała, a w jego towarzystwie chyba się jeszcze nie zdarzyło. Również go stuknęła, aby nie być mu dłużną.
– Czy to groźba? – zapytała unosząc zaczepnie brew. Starała się, aby jej twarz jednak pozostawała w cieniu, aby nie widział, że nadal ją zawstydza. Nie miała żadnego doświadczenia w rozmowach z chłopakami i nadal krępowała ją ich obecność, a zwłaszcza, gdy byli starsi.
– Nie rumienie się – zaprzeczyła głupio, bo Rookwood miał oczy i widział je dokładnie. – Mącisz, bo… – zaczęła, ale nie wiedziała, co chciała mu powiedzieć, więc przerwała i ciężko westchnęła. – Nie ważne. Dlaczego chcesz wiedzieć, co o tobie myślę? – zapytała odbijając pałeczkę. Nie chciała być jedyną, która odpowiada na pytania.