Słodkie. Takie słodkie, kochane i urocze. Czy ona zdawała sobie naprawdę sprawę, jakie to było kurwa miłe? Jakie ludzko miłe? Sauriel nie był pewien, czym była przyjaźń. Mówił, że ma przyjaciół - Fergusa na przykład. Ale na ich ostatnim spotkaniu wręcz mu wyrzucił, że Fergus był zawsze tak zajęty sobą, że nie widział, co się dookoła dzieje. No i co? Mylił się? Teraz zniknął, bo wyjechał... gdzieś tam. Bez słowa. I okej, w sumie nie miał do niego żalu jako takiego. Odwdzięczył się za to, jak sam Sauriel zniknął. A z drugiej strony było mu szkoda. Bo chyba miał maleńką nadzieję, że ten kontakt, który był dla niego ważny, uda się odnowić. Victoria się pojawiła i jakoś tak... łatwiej było mu zdecydować o powrocie do ludzi. Ale to pojawienie się Fergusa, zupełnie przypadkowe, przypieczętowała ten melanż.
- Znudzi ci się powtarzanie mi tego kiedyś? Tego zaraz obok przekonywania mnie, że wcale nie jestem takim śmieciem? - Uśmiechnął się i to z sympatią. Nawet jeśli się tutaj spiął, bo temat wcale nie był prosty, nawet jeśli przeszedł po nim opór i zapieranie się to mimo wszystko to zeszło. Jak fala, co uderzy raz o kruche skały, zabierze je ze sobą. Jest potem cięższa, bardziej mętna. Ale już spokojniejsza. Sauriel był na tyle teraz "sobą", albo po prostu - na tyle otwarty, że jego uśmiech nie był ani wymuszony ani ciężki. Nosił w sobie jarzmo tego spięcia, oczywiście, że tak, ale był w pełni autentyczny. Bo to czuł - sympatię. To ciepło to musiało być to. I chyba wdzięczność? Chyba to? Ciekawe, czy tak samo by śpiewała, jakby wiedziała? Nie był pewien, o jakiej osobie mówi. On miał w głowie kilka. Tak, Czarny Pan należał do takiego woreczka, w którym siedzieli wytypowani przez niego jegomoście. Ale nie pytał. Nie chciał tego wiedzieć. Bo niestety się domyślał i nie podobało mu się to, jak blisko był tej osoby, która dla niej była stracona. A był... zbyt blisko. Dzieliła go tylko jedna osoba. To w jego domu gościł. To on był jednym z pierwszych, którzy stali przy jego boku. Chcianie? Oczywiście, że nie. Gdyby nie ten popierdoleniec nie byłoby tylu śmierci, cierpienia, jego własne życie byłoby lepsze. No i... w czym niby czarodzieje "czystej krwi" byli lepsi? Sauriel szukał odpowiedzi na to pytanie przez całe swoje życie, pojony tym poglądem przez ojca. I tylko przekonywał się, że nie są lepsi. Są gorsi.
- Próbuję. Zacząłem próbować... no dobra, nie zacząłem, ale myślałem, żeby zacząć. - Dał za wygraną, no niech jej będzie! Nie był szczery z tym próbowaniem, ale próbował to on się przemóc, żeby spróbować, o! Tak najlepiej by to było ująć i tak brzmiało to zgodnie z prawdą. Ale już się nie bawił w takie dziwaczne okrążanie tematu. Sam nie lubił, kiedy ludzie krążyli i nie potrafili się wysłowić. A przynajmniej zazwyczaj go to wkurwiało. - Leczy się. To nie problem. - Chociaż wtedy to było przerażające. Myśl, że możesz stać się zabawką w rękach jakiegoś nekromanty, bo ktoś chciał coś osiągnąć. Ktoś! Własny ojciec. Natomiast do niczego nie doszło. Sauriel był "safe and sound". Niemalże. - Cukier? Woah. - Dobra, tu go bardzo zaskoczyła. I bardzo zaciekawiła. - Woah! - Powtórzył, mając drugą rundę zdziwienia, kiedy do niego dotarło. Wręcz widać było, jak jego mózg ruszył galopem do przodu i właśnie przewijały się setki kartek, żeby wpisać odpowiednie równanie, którego brakowało tam od wieków! Uzupełniona kolekcja, brawo! W końcu na szczęście opadł z powrotem, ale ciągle zaintrygowany. - No i co? To nie jest głupie, tylko ciekawe. - Jak kwiatki. Kwiatki były kurwa ciekawe! Jak one, jebańce, robiły cukier... - Jeśli ogórki mają kwiatki, zanim staną się ogórkami to czy ogórki też mają cukier? - Ja pierdole kurwa mać exe... no to zmieniało cały przemysł ogórkowy... No dobra, może przemysł nie, ale cały świat Sauriela się zmienił. Żaden kwiatek już nie będzie taki sam.
- Jak byliśmy w tym nawiedzonym domu... też myślałem, żeby nie chować się przed słońcem. Ale nie mogłem cię zostawić. Jakbyś wróciła sama do domu. - Przymknął oczy w uśmiechu.![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.