Dellian nigdy nie sądził, że będzie mu dane zamieszkanie samemu, bez ojca, bez rodziny, ale w końcu się na to zdecydował i wraz ze swoim najlepszym przyjacielem właśnie kierowali swoje kroki do kolejnego z rzędu mieszkania, aby je obejrzeć, sprawdzić, czy właściciel nie będzie chujem i czy cena będzie odpowiednia. Czuł gdzieś głęboko w serduszku, że chciałby się już poddać, że już miał dosyć oglądania pomieszczeń, których i tak nie zobaczy. Leo sprawdzał, czy nigdzie nie było grzyba, Bell, czy okna będą szczelne, aby zimą było im ciepło, a sam niewidomy prowodyr tego przedsięwzięcia sprawdzał, czy będzie mu się dobrze poruszać po otoczeniu, czy nie będzie ciągle haczył o jakieś drzazgi, czy też inne wystające i nieprzyjemne elementy.
– Mam już dosyć. Które to już? Piąte? – zapytał trzymając w dłoni różdżkę wyciągniętą przed siebie, aby skutecznie omijać przechodniów. – Najgorsze były te, w których poprzedni najemcy palili fajki. Nienawidzę tego smrodu – marudził, co było do niego niepodobne. – Jak teraz się nie uda robimy przerwę i idziemy coś zjeść. Głodny się robię – mruknął.
Głowę miał lekko spuszczoną a loki niesfornie latały po jego czole w rytm kroków podrywane do tańca przez wiatr. Już dawno powinien udać się do fryzjera, ale jakoś nigdy mu się do tego nie śpieszyło. Nie miał dziewczyny, nie miał partnera i już dawno zwątpił w to, że kogokolwiek znajdzie. Miał być na wieki samotnikiem, bo tak było wygodnie. Tak naprawdę to nie potrafił się do nikogo na dłużej przywiązać, bo bał się, że będzie ciężarem. Maskował to śmiechem i energiczną aurą, którą starał się wokół siebie budować.