• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 8 9 10 11 12 … 16 Dalej »
[ Listopad 1970] Nastał czas ciemności | Esmé x Cynthia

[ Listopad 1970] Nastał czas ciemności | Esmé x Cynthia
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#1
09.10.2023, 20:37  ✶  
Listopad 1970 roku był wyjątkowo ciemny. Szare chmury zwisały nad Londynem, uwalniając co chwilę duże krople chłodnego deszczu, które uparcie chciały dotrzeć do skóry przechodniów. Kolorowe parasolki próbowały walczyć z mgłą i wszechobecnym niezadowoleniem, ale na tle czarnych, nie było już ich tak wiele. Chłodny wiatr kołysał drzewami, z których opadały ostatnie liście, a poza chodnikami, pełno było błota. To nie był dobry miesiąc, zarówno dla świata, jak i dla samej Cynthii. Ojciec znalazł jej odpowiedniego kandydata i miała rozpocząć życie w Stanach po ślubie, a więc dlatego właśnie spędzała każdą chwilę w pracy lub na planowaniu, jak do tego nie dopuścić. Nie chciała męża, była młoda i ambitna, chciała się uczyć, poznać sekrety ludzkiego ciała i nauczyć się czytać ze zwłok tak zgrabnie, jak robił to William lub Lycoris. To, że doskonale wspominała naukę w Nowym Orleanie, zarówno oficjalną, jak i tą po zachodzie słońca, nie oznaczał, że chciała tam mieszkać. Westchnęła ciężko, przesuwając smukłą dłonią po pasku od przewieszonej przez ramię torebki, wpatrując się w chłodną szybę jednej z kawiarenek. Czekała na kawę i jakąś przekąskę w ramach obiadu, potem zamierzała wrócić do prosektorium. Ubrana była w karmelowy, jesienny płaszcz na dwa rzędy guzików i skromną, elegancką sukienkę, do której jak zwykle, dobrała obcasy. Funkcjonowanie w świecie zdominowanym przez mężczyzn nie było proste, ale zdawać się mogło, że Cyna odnalazła swoją drogę, udając nieco głupszą i bardziej niezdarną, niewinną dziewczynę, niż była w rzeczywistości. Tak było prościej. Ojciec zawsze powtarzał, że była zbyt ambitna, zbyt niezależna, jak na pannę z dobrego domu. A ostatnie co chciała, to sprawiać mu problemów, wystarczały mu te od Castiela, jej brata bliźniaka. Odwróciła głowę, czując, jak jasne włosy przesuwając się leniwie do przodu, spływając po ramieniu i omiotła błękitnymi oczami ladę oraz pracujących za nią czarodziejów, wzdychając bezgłośnie. Rozumiała, że mieli klientów, ale czekała już dobre kilkanaście minut. Mimowolnie zerknęła też bardziej na prawo, dostrzegając nagłówek Proroka Codziennego, którego widziała już rano na jednym z biurek współpracowników. Widniała na nim całkiem przystojna twarz mężczyzny, o ciemnych i w jakiś sposób złowieszczych oczach, które komponowały się z pewnym siebie uśmiechem, który ruchoma fotografia oddawała. Przesunęła spojrzeniem po literkach, starając się je odczytać - chciał zmienić świat, powrócić do konserwatywnych dni i przede wszystkim pozbyć się zdrajców krwi oraz mugolskich, którzy zdaniem Voldemorta, byli gorszego sortu istotami. Czy on w ogóle nazywał ich ludźmi?
- Kto z Państwa zamawiał czarną bez cukru?
Głos kobiety odbił się echem w jej uszach, przymknęła na chwilę oczy i odwróciła się przodem do lady, obdarzając ją spojrzeniem. Maźnięte delikatną szminką usta wygięły się w wyuczonym, delikatnym uśmiechu.
- Ja zamawiałam. - odpowiedziała spokojnie i grzecznie, tyle że nie tylko jej głos rozniósł się echem, zlewając właściwie z drugim głosem, jawnie należącym do mężczyzny. I znów obróciła głowę, posyłając jegomościowi nieco zaskoczone spojrzenie. Nie mogli odnotować na kubeczku, kto zamówił kawę pierwszy? Krople nadal dudniły o szybę, niebo ciemniało i wszystko zapowiadało zbliżającą sie burze.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#2
13.10.2023, 01:37  ✶  

Parszywa pogoda. A jednak Esmé uważał ją za jedną ze swoich ulubionych. W dni takie jak ten mógł rozsmakować się w swojej melancholii, w życiu przeszłością i wielokrotnym pytaniu samego siebie "a co gdyby?". Był w tym jakiś urok. Ta szaruga romantyzowała coś, co w piękny, słoneczny dzień było niczym kula u nogi. Ten smutek, który w dziwaczny sposób był całkiem przyjemny. Taki... na miejscu. Jakby ten rodzaj pogody stworzony był dla tego rodzaju ludzi.

Ponownie zaczynało padać, gdy już wychodził ze swojej pracowni. Zarzucił na ramiona cienki płaszczyk o barwie kawy z mlekiem, przewiesił przez szyję ciemnobrązowy, również cienki szalik i... wyszedł. Bez parasola. Pozwalając sobie trochę zmoknąć. Deszcz co chwilę wzmagał się i ustępował, zaś sam rzemieślnik sprytnie przechadzał się uliczkami tak, by przez większość czasu być osłoniętym w ten lub inny sposób. Wcale nie był bardzo przemoczony, gdy ze stukotem swoich skórzanych, brązowych, krótkich kowbojek wszedł do kawiarenki, by zaraz zająć miejsce przy ladzie. Przeczesał palcami włosy, które częściowo mokre pozlepiały się, niesfornie opadając to na boki, to na czoło. Wciąż jednak w głównej mierze były suche. Esmé, zanim jeszcze złożył zamówienie, to zaczął szukać czegoś po kieszeniach - nie znalazł tego w płaszczu, a dopiero w kieszonce białej koszuli, którą miał na sobie. Papierośnica. Czarna i skórzana. Zaraz zaczął sprawdzać po spodniach - ciemnych, idealnie skrojonych i eleganckich. Mimo tego, że leżały jak ulał, to mężczyzna nosił pasek - z tej samej skóry co buty, z prostokątną, prostą klamrą o dwóch barwach - szczotkowanej stali i oksydowanej stali.

W końcu czarodziej wyciągnął z kieszeni mugolską zapalniczkę - starą, ale zadbaną i odpowiednio odrestaurowaną. Była w barwie mosiądzu. Położył ją na papierośnicy i rozejrzał się po lokalu. Mógł tu palić? Zazwyczaj w kawiarniach właściciele nie mieli z tym problemu, ale czasem nie życzyli sobie, by palić im tuż pod nosem - gdy zasiadało się pod ladą. Esmé nieszczególnie przeszkadzało wkurzenie baristy, ale nie chciał zostać wyproszony. Nie tak szybko.

Po złożonym zamówieniu oparł łokieć o ladę, zacisnął pięść i podparł na niej policzek, spoglądając za szybę lokalu wprost na ulice. Czy na coś patrzył? Nie, nieszczególnie. Widok mokrej ulicy i śpieszących przechodniów stanowił jedynie tło... wcale nie do rozmyślań. Do wyłączenia się. Do pozwolenia umysłowi na ciszę. Na zupełny brak myślenia, a jedynie chłonięcie szumu, niewyraźnych rozmów, stukotu filiżanek i deszczu o szybę.

Wtem padło pytanie. Głośne i wyraźne, które natychmiast wyrwało czarodzieja ze swoistej nirwany. Odpowiedział odruchowo, nieświadomie. "Ja zamawiałem". Ale ktoś wręcz zharmonizował swój głos z jego. Przeniósł swe spojrzenie w kierunku... nieznajomej? Natychmiast Esmé odniósł wrażenie, że skądś zna tę kobietę. Dosłownie tak, jakby widział ją niedawno. Gdzieś... przypadkiem? Nie, nie mogło być to przypadkiem. Rowle miał słabość do jasnowłosych kobiet i zapadały mu w pamięć. Zatem... dlaczego ją kojarzył? Była to zagadka do rozwikłania.

Od razu połapał się w sytuacji - była jedna kawa, a ich dwójka. Prosta pomyłka ze strony stojącej za ladą kobiety. Okazywało się, że nie tylko on lubił po prostu smak kawy, jeżeli miał już ją pić. Na ogół nie przepadał za nią, wolał herbatę, lecz w dni takie jak ten lubił napić się dobrej kawy. Bo ogólnie lubił dobrą, naprawdę dobrą kawę, chociaż sporadycznie. I wtedy liczył się jej smak - niezakłócony mlekiem czy cukrem.

- Ja zamawiałem. - powiedział jeszcze raz do kobiety, ale trzeźwiej, łagodniej. - Dokładniej to dwie. Jedną dla siebie, a drugą dla tej prześlicznej pani. - powiedział miłym tonem, a następnie spojrzał na jasnowłosą, uśmiechając się do niej czarująco. - Zatem poproszę o jeszcze jedną kawę. Czarną i bez cukru. - dodał na koniec, wracając wzrokiem do kobiety, po czym... zabrał papierośnicę i bezczelnie podszedł do nieznajomej, by usiąść tuż obok niej - kładąc swoje manatki przed sobą. Czy było to niestosowne? Zdecydowanie. W końcu... kto normalny w tak bezczelny sposób dosiada się, jakby naprawdę miał prawo wchodzić z butami w czyjąś przestrzeń? Nikt normalny. Esmé. Ten nonszalancki typ, który nie dbał o normy społeczne, a dbał o swoje własne zainteresowania. W tym momencie był zainteresowany skąd kojarzył tę kobietę. Bo skądś ją kojarzył.
- Może skusisz się na jakieś ciasto? - zapytał, posyłając jej krótkie, wydawałoby się wesołe spojrzenie. Wydawałoby się, bo właściwie nie uśmiechał się. Ot, było to jedynie takie... wrażenie. - Podobno mają tutaj dobry sernik. - dodał, zaglądając za ladę, jakby chciał znaleźć ów wspomniane ciasto. Na razie po prostu zagadywał. Sprawdzał reakcję i to, co będzie musiał zrobić, żeby rozwikłać zagadkę skąd znał tę kobietę.
Czarodziej
“It was hotter than rage, and sharper than fear, and cut deeper than helplessness, all because I couldn’t get to you.”
wiek
sława
—
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Koroner
Mieniące się srebrem, długie pasma włosów opadają Cynthii prosto na ramiona i ciągną się za połowę pleców, spod wachlarza czarnych rzęs spoglądają jasnoniebieskie, chłodne tęczówki. Jest średniego wzrostu o dość drobnej, smukłej budowie ciała. Wydaje się krucha i delikatna, głównie przez bladość skóry, jakby pozbawiona siły fizycznej. Doskonale dostosowuje sposób mówienia oraz gesty pod towarzystwo, w którym aktualnie przebywa, sprawnie manipuluje za pomocą wyglądu. Jest niewinnie śliczna, a jednocześnie przeraźliwie kojarzy się z zimą.

Cynthia Flint
#3
13.10.2023, 23:05  ✶  
Deszcz istotnie wprowadzał w stan nostalgiczny. Wielkie krople spływające po zimnych szybach czy cegłach Londyńskich budynków — zarówno tych z magicznej dzielnicy, jak i zapewne mugoslkiej, przywodziły na myśl niewykorzystane szanse. Nie było chyba człowieka, który byłby w stanie żyć bez zadawania sobie pytania: co by było, gdyby? Nawet jej się to zdarzało, chociaż bardzo rzadko. Nie lubiła trwonić czasu na coś, na co już nie miała wpływu, bo przecież nie mogła cofnąć się w czasie i bez żadnych innych konsekwencji zmienić raz podjętej decyzji. Młoda Czarownica była też na zbyt dumna.
Jak na złość, nawet deszczowy, ale listopad umykał jej pomiędzy palcami. Miała coraz mniej czasu na obmyślenie sensownego planu, jak zmienić swoje przeznaczenie. Nie było łatwo być kobietą w świecie rządzonym przez mężczyzn, gdzie dziedzictwo i możliwości były uwarunkowane płcią, a kobiety stanowiły jedynie kartę przetargową, aby nawiązać sojusz lub też kontrakty z innym, potężnym rodem. Spoglądając na tak mało spotykane, kolorowe parasolki, szukała inspiracji, chociaż była bardzo brutalnie świadoma otaczającej ją rzeczywistości. Zgiełk kawiarni bardzo wybiórczo docierał jej uszu, aromat kawy i sprzedawanych tu wypieków trafiał w nozdrza bardzo wyraźnie. Pobudzał ją, wybijał odrobinę z rytmu, chociaż rozbrzmiewające dookoła rozmowy i salwy śmiechu pozostawały dla jasnowłosej niewidoczne. Zwilżyła wargi, magiczna pomadka trzymała się doskonale pomimo wykonanego gestu, na tyle, że pojedyncze pasmo włosów chciało się do niej przykleić, ale odgarnęła je nienachalnie dłonią. Nie skupiała się zupełnie na znajdującym się obok człowieku, siedzących przy stoliku młodych kobietach, czy też niewielkim dzwoneczku, który rozbrzmiewał, gdy ktoś wchodził do kawiarni. Jedyne co to Cynthia miała nieodparte wrażenie, że panuje dookoła aura pełna pośpiechu, a po stołach walały się filiżanki z niedopitą kawą lub nagryzione w pośpiechu, obłędnie cynamonowe bułeczki.
Słyszała, że kawa łączy i jednoczy ludzi, ale nigdy nie spotkało jej to tak dosłownie. Odwróciła głowę do źródła drugiego z głosów, który potwierdzał zamówienie, a błękitne tęczówki przyjrzały się z ciekawością napotkanej twarzy, ostatecznie przystając bezpośrednio na oczach. Miała nieodparte wrażenie, że już go gdzieś widziała, ale nie była w stanie skojarzyć czasów, czy też miejsca. Przez biuro koronera, gdzie zaczęła niedawno pracę, przewijało się mnóstwo ludzi, bo należało przecież do siedziby aurorów. Upomniała się w myślach, a kąciki ust drgnęły jej w subtelnie, pozornie naturalnym uśmiechu, chociaż w rzeczywistości był to gest precyzyjnie wyuczony, podobnie, jak wiele innych w jej przypadku. Otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale mężczyzna ubiegł ją, odpowiadając kelnerce I przy okazji zbił też nieco z tropu samą blondynkę. Zamówił kolejną kawę, obdarzając ją przy okazji komplementem, na co pokręciła delikatnie głową. Wciąż na niego patrzyła, siedząc wygodnie na wyższym stołeczku, tkwiącym przy prostej drewnianej ladzie, która znajdowała się z kolei zaraz przy oknie. Płaszcz miała rozpięty, nogę założoną na nogę i chociaż pierwotnie sądziła, że weźmie kawę i pójdzie, to jegomość miał chyba inne plany. - To najsprytniejsze wmanewrowanie kobiety we wspólną kawę, jestem pod wrażeniem. I samego gustu do tego naparu, również. - powiedziała w końcu, odkładając tkwiącą na kolanach torebkę na bok, aby wygodniej usiąść i subtelnie obrócił krzesełko w jego kierunku. Nie mogła sobie teraz tak po prostu wyjść, byłoby to skrajnie niekulturalne, nawet jeśli on jawił się, jako jednostka nonszalancka i dość bezczelna. Palcami przesunęła włosy za ucho, przesuwając spojrzeniem na powrót po jego licu. Skąd ona go znała?
- Mamy kawę, niech będzie i ciasto. Skoro polecasz sernik, zaryzykuję, ale ja poleciłabym Ci cynamonową bułeczkę, jeśli jeszcze takowej nie jadłeś. - odpowiedziała, zsuwając się na chwilę z krzesełka, aby stanąć. Zsunęła z ramion swój płaszcz i podeszła do ściany, przewieszając go na wieszaku, a potem wróciła na miejsce, uznając, że wnętrze było zbyt ciepłe, aby siedzieć dalej w okryciu. Wygładziła dłońmi materiał ciemnogranatowej, prostej sukienki z długim rękawem i ponownie, obróciła głowę w jego stronę. Chciała zapytać wprost, czy gdzieś się już nie widzieli, ale byłoby to szalenie nietaktowne, bo w wykonaniu panny, wyglądałoby to niczym słaby sposób na podryw. Dziewczyna przysunęła sie nieco bliżej, układając dłonie na kolanach, przez chwilę wyprostowała głowę i spojrzała za okno, śledząc jedną ze spływających kropel deszczu. Nigdy nie była mistrzynią rozmówek, ale skoro kupił jej kawę, a do tego miała to okropne przeświadczenie.. Znów obdarzyła go spojrzeniem, lustrując bezczelnie, jakby szukała w nim jakiegoś punktu zaczepienia. Nie była na tyle próżna, aby odnieść się do jego ubrania, a o inteligencji i zainteresowaniach wiele nie wiedziała. Postanowiła wiec wybrać, co sprawiało wrażenie prawdziwego. - Wyglądasz, jakbyś lubił deszcz.
Widmo
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
178cm, ciemne

Esmé Rowle
#4
03.11.2023, 05:28  ✶  

Oh, Esmé doskonale wiedział, że czasu nie cofnie, a raz podjęte decyzje niosły ze sobą konsekwencje na całe życie. A jednak lubił myśleć "a gdyby?", bo niczego nie żałował. Nie miał powodu. Arogancko uważał, że w swoim życiu popełnił bardzo mało błędów, za które płacił. Tak naprawdę jego codzienna egzystencja była dręczona przez decyzje niepodjęte przez niego. A czasami nawet niepodjęte przez kogokolwiek. "A gdyby" było wizją świata, w którym Los nie wcielał się w rolę rodzica, który nienawidził swego dziecka, a jednak nie miał na tyle odwagi, by zrobić z nim porządek raz na zawsze. Scenariusze, o których Rowle myślał, były zatem swoistymi marzeniami - tym jak jego życie mogło się potoczyć. Podobno w marzeniach nie było granic, bo te z definicji były niemal nieosiągalne lub zupełnie nieosiągalne. Dlatego Esmé marzył o tym, że jego życie mogło potoczyć się inaczej. I że wtedy byłby znacznie wspanialszym człowiekiem, niż teraz. Że problemem był Los, a nie on sam.

Gwałtowne komplementowanie nieznajomej osoby należało do posunięć ryzykownych, ale niezwykle nadużywanych przez samego Czarodzieja. Uważał to za sposób, który był jak otwieranie drzwi kopnięciem i gdyby został zapytany czy to poleca, to natychmiast odparłby "nie". Obłaskawianie innych miłymi dla ucha epitetami wymagało ogromnej zręczności w dziedzinie poruszania się w gąszczu gestów, emocji i słów, gdyż na ogół było to niczym uniesienie miecza nad głowę. Nadchodziło potężne uderzenie, ale jednocześnie było się zupełnie odsłoniętym. Komplement od nieznajomego budził podejrzenia - czego chciał? Coś kombinuje? Oprócz podstawowych pytań zaraz pojawiało się przekonanie o nieszczerości - bo skąd miałby wiedzieć, skoro się nie znają? I dlaczego miałby to wszystko oznajmiać, gdyby nie miał w tym jakiegoś ukrytego celu? Niedługo później ustawiał się cały szereg innych myśli, które działały na niekorzyść Esmé - bo skoro nie znał, to musiał komplementować głównie urodę lub styl, a to wskazywało na bycie płytkim. Albo na posiadanie... pewnych planów. Zatem należało wiedzieć kiedy można sobie pozwolić na takie bezpośrednie komplementy. I tutaj zwyczajnie pojawiało się doświadczenie - świadomość tego, kiedy zysk przekraczał ryzyko. Albo kiedy sytuacja była na tyle specyficzna, że ryzyko było znikome.

Z tych wszystkich powodów nie spodziewał się, że zostanie doceniony... za właśnie jego spryt, ociupinę charyzmy i kokieterię. I za gust, ale to odsunął na bok. Zadowolony uśmiechnął się, zdecydowanie dumny z siebie, lecz bardziej był to grymas satysfakcji. Tak, te nieco przymrużone oczy wskazywały właśnie na satysfakcję.

- Miło mi to słyszeć po stokroć, bo nie uwierzę, że jestem pierwszym, który próbował Panią wmanewrować we wspólną kawę. - niby to on komplementował, ale tak naprawdę to on poczuł się skomplementowany. Jego chwyt był... prosty, oczywisty, bez odpowiedniej mocy, bo kobieta zakładała, że Esmé musiał być nieszczery. Albo zwyczajnie nie wkładał serca w to, co mówił. Dla niego nawet lepiej, że tak uważała, bo "prześliczna" było jednym z wielu określeń, jakie cisnęły mu się na usta, gdy na nią patrzył. Tak po prostu, była bardzo ładna, a w dodatku w jego typie, więc zatem i pociągająca. Koniec końców odbił piłeczkę i znów postanowił skomplementować nieznajomą, ale tym razem znacznie bardziej subtelnie - sugerując jej popularność wśród mężczyzn, którzy zmuszeni desperacją o jej uwagę zadecydowali, że "wmanewrowanie jej", to ich jedyna szansa. Esmé w tym momencie nie różnił się wiele od nich, ale jego intencje były zupełnie inne - chciał po prostu wybadać skąd ją zna. A co dalej? Cóż, im bliższa byłaby to relacja, tym lepiej.
- Chciałbym jeszcze zamówić kawałek sernika dla pani, a dla mnie cynamonową bułeczkę. - odezwał się, gdy barista położyła przed nim kawę, akurat wtedy, gdy jasnowłosa również poleciła jeden z wypieków tej kawiarenki. - Dziękuję. - mruknął jeszcze, gdy kobieta kiwnęła głową i zajęła się realizacją zamówienia. Sam Rowle przeniósł wtedy wzrok na nieznajomą, która zaczęła zdejmować płaszczyk. Przez myśl przeszło mu, że może powinien wstać i jej pomóc go zdjąć, a później odwiesić, ale... bez przesady. Maniery... znał, chociaż za nimi nie przepadał. Uważał, że są dobrym narzędziem, ale istniał na nie czas i miejsce. Teraz wydawało mu się, że lepszym ruchem jest przyglądnięcie się kobiecie. Robił to, a jak myślicie, bezczelnie. Proszę jednak nie wyobrażać sobie, że pożerał ją wzrokiem, miał dziwny uśmieszek na ustach czy cokolwiek w tym rodzaju, nie, nie. Zwyczajnie patrzył dosyć beznamiętnym wzrokiem, podążając za nią nawet, gdy ruszyła do wieszaka. Wtedy pozwolił sobie przesunąć oczyma po jej zgrabnych nogach wyszczególnionych poprzez obcasy, na moment niczym totalny szczeniak pogapił się na tyłek, by wrócić do jej twarzy, gdy już wracała. Robił to poniekąd z czystej, męskiej natury, a poniekąd dlatego, że szukał w niej jakiegoś bodźca... nie, szukał w sobie jakiegoś bodźca, który ona mogłaby wywołać, a który pozwoliłby mu przypomnieć sobie dlaczego ma to dziwaczne wrażenie, jakby ją znał. Ale zupełnie jej nie pamiętał. Jakby... przyśniła mu się.

I on postanowił zrzucić z siebie płaszczyk. Nie podnosił się nawet, zsunął go z ramion, na przedramieniu zgiął w pół i położył na siedzisku obok. Na razie nie kontynuował rozmowy. Pozwolił trochę sytuacji... wybrzmieć, aż zapadnie ta specyficzna cisza. To właśnie ona najlepiej wskazywała jak czuła się druga osoba. Była doskonałym testem, chociaż tak mało osób było tego świadomym. Bo milczeć z nieznajomym można było z wielu powodów - jedni robili to z zawstydzenia, inni z braku zainteresowania, a jeszcze inni z braku pomysłu. Powodów było oczywiście jeszcze więcej. Tak samo dało się wymieniać dlaczego ludzie zagadywali nieznajomych. Te zachowania, według Esmé, sporo mówiły o człowieku.

Zaraz pojawiły się i wypieki - dla niej i dla niego. Czarodziej najpierw postanowił uraczyć się drobnymi łyczkami gorzkiej kawy, by wydobyć prawdziwą słodycz cynamonowej bułeczki. Ale nim zdążył ją chwycić w dłoń, to usłyszał dosyć intrygujące stwierdzenie na swój temat. Spojrzał na kobietę wzrokiem, który wyrażał minimalne zaskoczenie, ale szybko to "spięcie" zeszło z Czarodzieja. Uśmiechnął się delikatnie, udając że zupełnie nie zrozumiał co tak naprawdę miała nieznajoma na myśli.

- Albo jakbym nie lubił parasolów. - zepchnął to spostrzeżenie na tory zwykłego zwrócenia uwagi, że wyszedł z domu bez parasola, pozwalając sobie nieco zmoknąć. Pomijając zupełnie to, że jeszcze kilka chwil temu melancholijnie wpatrywał się w mokre ulice i rozsmakowywał w tym klimacie. - Lubię. - mruknął, w sprzeczności do słów sprzed sekundy. Przeniósł też spojrzenie na bułeczkę, którą chwycił i ugryzł raz. Rzeczywiście była obłędnie cynamonowa. I naprawdę, naprawdę słodziutka. Oblizał usta z lukru, który do nich się na moment przykleił, by zaraz ugryźć jeszcze raz, ponawiając oblizanie. Było to bardziej jak natręctwo, bo za każdym razem czuł, że musi te usta oblizać. Że coś się do nich przykleiło, że są nienaturalnie lepkie od słodkości, którą zajada. Ale bułeczka nie była istotna, istotniejsze było to, że nieco sabotował samego siebie. Jeżeli chciał wyłapać skąd ją zna, to odsuwanie "poznawania siebie" w imię przyziemnych rzeczy, jak niechęć do parasolek, tylko mu szkodziła. Dlatego postanowił przyznać się, że tak, lubi deszcz. - Aż tak to po mnie widać? - zapytał, chociaż wcale nie brzmiał na zaciekawionego. Wydawało się, że doskonale zna odpowiedź na to pytanie. - Ty za to wyglądasz, jakbyś go nienawidziła. - to, że ludzie nie lubili deszczu było czymś zupełnie naturalnym, ale tu zostało użyte określenie "nienawiść". Skąd tak mocno nacechowane słowo? Esmé sam niezbyt wiedział, ale odnosił wrażenie, że rozmawia z kobietą, która nie ma czasu na deszcz. Której deszcz tylko przeszkadza, ale nie jest tak po prostu jedynie dyskomfortem. Że widzi w nim coś więcej, niżeli upierdliwą pogodę. Tak zgadywał po jej słowach, po jej gestach, ale też po jej kroku. Jednak głównie zgadywał. Nie bał się mylić, bo niezależnie czy miałby rację, czy nie - dowiadywał się o niej czegoś więcej. Oh, a przecież mógłby po prostu się przedstawić, a kobieta najpewniej odwzajemniłaby ten gest. Jasne, mógłby. Ale najpierw chciał dać sobie szansę zgadnąć, przypomnieć po prostu, nim pokonany uzna, że wyjawienie imienia i nazwiska to jedyny sposób.
- Właśnie. - odezwał się, jakby na coś wpadł. Odstawił bułeczkę na talerzyk, a filiżankę kawy na podstawek, nim obrócił się ciałem do jasnowłosej. - Skoro już zostałaś wmanewrowana, to może skusisz się na małą zabawę? - mogło zabrzmieć podejrzanie, a Esmé dodatkowo przechylił głowę nieco na bok, uśmiechając się nieznacznie. - Zabawę w poznawanie, bez obaw. - dodał, chwytając dłonią na ślepo zapalniczkę, którą przerzucił zaraz do drugiej ręki. - Mało rzeczy definiuje ludzi tak bardzo, jak to, czego nienawidzą. - kontynuował, a jego uśmieszek poszerzył się. - Powiedz mi... czego nienawidzisz? - prawa ręka otworzyła papierośnicę, z której wyciągnął pojedynczego papierosa. Wetknął go w usta, ale jeszcze nie rozpalił. Zamknął skórzany sejf jego nałogu i... wyciągnął szluga z ust. - Ja zacznę. Nienawidzę nudy. - słowo "nienawiść" grało tutaj pierwsze skrzypce, bo nie lubić nudy to nic nowego, ale nienawidzić? Żeby bawić się w tę zabawę wraz z Esmé należało doskonale rozumieć jak poważnym określeniem była nienawiść. I Rowle właśnie o to chodziło. O to skrajne uczucie. Skoro było "skrajne", to wyznaczało pewne granice. I o te granice właśnie chodziło - to dzięki nim dało się określić naturę drugiego człowieka.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Cynthia Flint (1211), Esmé Rowle (2215)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa