13 czerwca 1943
Posiadłość Rookwoodów - Robert & Chester
Mimo upływu kolejnych godzin, wciąż wracał do ostatnich wydarzeń, które miały miejsce w Hogwarcie. Nie spodziewał się, że to wszystko zajdzie tak daleko. Śmierć, nawet jeśli dotyczyła cholernej szlamy, nie była byle czym. Gdyby coś poszło nie tak, gdyby zostali z tym powiązani, mogłyby wiązać się z nią całkiem spore konsekwencje. Tych zaś wolałby uniknąć.
Zwłaszcza gdyby miały one nadejść ze strony ojca.
Nie był z tym wszystkim w żaden sposób powiązany. Nie miał pojęcia o tym, w jaki sposób do tego wszystkiego doszło. Podobnie jednak, jak kilku szkolnych znajomych, znalazł się w niekorzystnym położeniu. Gdyby pewne fakty ujrzały światło dzienne, mogliby zostać pociągnięci do odpowiedzialności za coś, czego żaden z nich nie zrobił.
Za czyn, który popełnił ktoś inny.
Wszystko zaś było wynikiem niczego innego jak młodzieńczej lekkomyślności.
Podobnie jak to miało miejsce w przypadku nielicznych innych uczniów, wraz z bratem opuścił szkołę wcześniej. Przed oficjalnym końcem roku szkolnego. Zamiast wracać do Londynu, udał się jednak do posiadłości Rookwoodów. Frank i Ethel, choć oburzeni tym, że w szkole nie było bezpiecznie, nie mieli czasu na zajęcie się własnymi dziećmi, za bardzo zajęci byli pracą; życiem towarzyskim, które prowadzili w stolicy. Synowie mogli poczekać. Zwłaszcza, że znaleźli się na te kilka dni pod opieką zaprzyjaźnionej rodziny.
Do Little Hangleton dotarli późnym wieczorem. Zjedli kolacje, a następnie udali się do przygotowanych przez skrzaty pokojów. Zmęczeni długim dniem, powinni byli szybko zasnąć. W przypadku Roberta okazało się to jednak znacznie trudniejsze niż mogło się wydawać.
Zanim opuścił pokój, wraz z naskrobanym listem udając się na poszukiwania swojej sowy, wielokrotnie przewracał się w łóżku z jednego boku na drugi, starając się uspokoić myśli. Tych zaś przez jego głowę przelatywało naprawdę wiele. Nie pozwalały mu oddać się w objęcia Morfeusza. Uparcie dręczyły.
Wywoływały niepokój.
Wreszcie przekonały do tego, aby podnieść się. Chwycić piórko. Pergamin. Naskrobać krótki list.
To właśnie z tym listem w ręku, opuścił pokój.
Posiadłość pogrążona była w ciemnościach. Dokoła panowała cisza. Nic szczególnie zaskakującego, gdy pod uwagę wziąć godzinę. Można było względnie bezpiecznie założyć, że domownicy znajdywali się w łóżkach. Dobre wychowanie, a takie bądź co bądź Mulciber odebrał, nakazywało nie przeszkadzać. Nie hałasować. I to też starał się robić, zbliżając się z wolna do pomieszczenia, w którym znajdywały się sowy.
- Lumos - wypowiedział słowa zaklęcia, po którym rozświetlił się czubek jego różdżki. Dał na tyle światła, żeby można było poruszać się znacznie pewniej. Ożywił też dwie pierwsze sowy, które głośno zatrzepotały skrzydłami, wydając przy tym charakterystyczne odgłosy. - Ciii! - spróbował je z miejsca uciszyć. - Spokojnie.
Następnie rozejrzał się w poszukiwaniu właściwej klatki.
I jego mieszkanki o stosunkowo ciemnym upierzeniu.
- Tu jesteś. - słowa wypowiedziane zostały po cichu. Z pewną ulgą. Poszło szybko. Bez większych problemów.
Przynajmniej tak mogło mu się wydawać w tamtej chwili.
Zanim usłyszał kroki informujące o obecności kogoś jeszcze.