• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Ulica Pokątna v
« Wstecz 1 … 4 5 6 7 8 9 Dalej »
[16.07.1972] My Final Symphony | Sauriel & Victoria

[16.07.1972] My Final Symphony | Sauriel & Victoria
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#1
20.12.2023, 17:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2024, 22:06 przez Król Likaon.)  
adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Somethin' wrong with me,
Can't you fucking see?

Otarł dłonią kącik obolałych warg. Powinny być spuchnięte, powinna polecieć krew na dolnym rozcięciu. Powinien krwawić z łuku brwiowego, a siniak zdobić jego ciało to tu to tam. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Ledwo zarysowania na skórze świadczyły o tym, że cokolwiek mogło się wydarzyć. No body - no crime. Nie ma śladów przemocy, więc żadnej przemocy nie mogło być. Poprawił marynarkę na ramiona. Właściwie była tak samo wygodna jak skórzana kurtka - po prostu w nieco inny sposób. Jeden mankament, na który już narzekał - zdecydowanie łatwiej było powiedzieć "te spodnie takie były" - przetarte i przedarte - przy dżinsie, a nie przy tych ładnych, prasowanych porteczkach do kompletu, które nosiły wszystkie te szanujące się paniczyska. Ale do noszenia porteczek prasowanych w kant jeszcze trochę mu brakowało. To jest - brakowało tych niektórych chwil, w których by je założył. Pomijając nawet to, jak łatwo było je zadrzeć, to ciągle były wymiętolone i wyglądały przez to tragicznie.

Poprawił kwiatka pod pachą i zapukał do drzwi domu, który od niedawna (albo dawna?) miał być domem Victorii. Tym, w którym się układała, do którego się przenosiła i w którym chciała zamieszkać. Na teraz, na potem, na zawsze - jej sprawa. Mieszkanie było wygodne - łatwy dostęp do całego czarodziejskiego świata, brak tracenia czasu na kominki czy na inne dojazdy. Bo na pewno nie "doloty". Z jej lękiem wysokości na pewno nie. Ale Victoria chyba była przyzwyczajona do tego "wiejskiego życia". No i tutaj nie miała ogrodu. Czy ona w ogóle mogła żyć i mieszkać bez ogrodu? Może. Chyba. Nie wiem?

Zapukał.

Wyciągnął kartkę z wewnętrznej kieszeni i rozłożył ją, żeby upewnić się, że to dokładnie ta notatka, którą chciał dostarczyć. I kiedy tylko drzwi się otworzyły wystawił ją przed siebie... nie. Wróć. Najpierw się odezwał. Tak, dokładnie tak to było.

- Przyniosłem odpowiedź na list. - I wtedy pokazał karteczkę. Karteczkę z napisem "ok". Oczywiście była to ta sama karteczka, na której Victoria napisała swój list. On po prostu napisał swoją odpowiedź na drugiej stronie. Wręczył tę karteczkę w progu Victorii nie pytając, czy ją chce czy nie. No jak mogłaby nie przyjąć? Przecież to była odpowiedź na jej zapytanie! Listy trzeba przyjmować. A potem sobie wszedł do środka, niekoniecznie czekając na zaproszenie. - Przyniosłem ci kwiatka do domu. Moja psiapsi nazywa ją "pisanką". Czy jakoś tak. - Dobrze, to była właściwie dopiero sadzonka. Przynajmniej ta laska, którą zatrudnił do zrobienia sadzonki twierdziła, że to sadzonka i że z tego coś wyrośnie. Wyciągnął teraz drugą rzecz do rąk Victorii. - Podobno owoce są śmiertelnie trujące. Nie wiem, nie jadłem. I nie karmiłem nimi nikogo. - Dodał, bo to wcale nie było oczywiste w jego wypadku. Szczególnie, że zamierzał to zrobić i przekonać się, jak te owocki działają.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#2
20.12.2023, 19:33  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 20.12.2023, 20:00 przez Victoria Lestrange.)  

Chciała wykorzystać ten czas i w końcu coś poukładać w tym mieszkaniu. Krótki remont był szybciutki, dwa popołudnia i po sprawie, a ona nadal znosiła swoje rzeczy. Oznajmiła swojej matce, że wyjeżdża na kilka dni, ale była świadoma, że długo tej farsy ze znikającymi z pokoju rzeczami nie uciągnie. Nie, żeby Isabella tam w ogóle zaglądała… ale może skrzatka coś chlapnie, albo Olivka? Te ciche dni pomiędzy nią, a matką, były tu na korzyść, tak samo jak wielkość domu rodzinnego, ale wiedziała, że czas się kończy i że to może być ostatnia szansa. Miała nadzieję, że matka nie będzie kazała jej zostać w domu… bo nie wiedziała, czy będzie potrafiła się w ogóle postawić.

Ciche pukanie do drzwi zastało ją, kiedy akurat w salonie na parterze, przyciemnionym ciężkimi i ciemnymi zasłonami, ustawiała na wysokim, ciemnym stoliku stojącym pod ścianą jedną z doniczek – rzecz jasna nie pustą, bo bardzo śmiało wystawała z niej łodyga rośliny, jakiegoś sukulenta. Victoria właśnie obracała donicę, przesuwała o milimetry, by znajdowała się idealnie po środku i by roślina też wyginała się pod odpowiednim kątem do środka pokoju. To pukanie… było absolutnie niespodziewane i Lestrange zamarła i wstrzymała na moment oddech. Na Matkę, kto czegoś chciał? Prawie nikt nie wiedział, do kogo należy to mieszkanie, ani tym bardziej że można ją tutaj zastać. Ostatecznie wyprostowała się i podeszła do drzwi, a gdy je otwarła – jej niezrozumienie było jednoznaczne.

Sauriel był ostatnim gościem, jakiego się tutaj spodziewała i jednocześnie jedynym, którego w ogóle mogła oczekiwać. Z jej znajomych i bliskich tylko on tutaj był, i to nawet nie na chwilę, bo w maju spędził z nią tutaj kilka dni i zwyczajnie znał to mieszkanie – a jednak zaskoczył Victorię. Dzisiaj nie prezentowała się w kolejnej sukience, tylko w czarnych spodniach opinających jej nogi i równie ciemnej koszuli, którą miała wpuszczoną w spodnie, choć na tyle prześwitującej, że dość wyzywająco było widać jej stanik. Zdumienie było zaś określone zmarszczeniem brwi.

Ani me, ani be, ani dzień dobry, ani spierdalaj. Po prostu „przyniosłem odpowiedź na list” – to sprawiło, że te zmarszczone brwi i wzrok skierowały się w wystawioną jej przed nos dłoń i jej własny kawałek pergaminu, który rano równiutko zapisała nim posłała go do Sauriela. I nie spodziewała się na pewno, ze tego wieczora zobaczy tę kartkę przed oczyma. Uniosła dłoń i delikatnie odebrała ją od mężczyzny, by przeczytać to wielce mówiące i jakże kłamliwe „ok”, a w tym czasie czarnowłosy zdążył się sam zaprosić do środka.

– Psiapsi? – powtórzyła za nim. To on miał jakieś przyjaciółki? Cały czas słyszała tylko o Fergusie… ewentualnie o Norze. Nagle okazało się też, że przyjaźni się ze Stanleyem… Ale o innych jakoś nie słyszała, więc trochę z wątpliwością spojrzała na Sauriela, a już zwłaszcza wtedy, gdy powiedział, że przyniósł jej kwiatka (tyle widziała… znaczy widziała doniczkę z ziemią…) o wdzięcznej nazwie „pisanka”. – Pisanka? – to też powtórzyła, zupełnie bezmyślnie, kiedy tak patrzyła na Sauriela, szukając w nim oznak… oznak czegokolwiek chyba. Bo… przyszedł tutaj do niej, nie wiedząc nawet, czy ją tutaj zastanie, w tym samym liście, który jej właśnie oddał, napisała mu, że się jeszcze nie przeprowadziła, ponadto przyszedł do niej z k w i a t k i e m. – Nie ma takiej rośliny jak pisanka – tylko tyle jej mózg zdołał wyprodukować na to przecięcie jej rutyny i całkowite wywrócenie tego spokojnego wieczora. Potem zamrugała, odetchnęła i jakoś rozpogodziła to czoło. – Ale dziękuję – powiedziała i spojrzała na doniczkę i ziemię. Cokolwiek tam było, było malutkie i ledwo wystawało znad ziemi. Uśmiechnęła się delikatnie. Kochała rośliny i kwiaty i Sauriel doskonale to wiedział, a teraz ruchem wytrawnego gracza czarodziejskich szachów, postanowił to wykorzystać. – Coś się stało? – zapytała w końcu, skoro pofatygował się tutaj osobiście, zamiast odesłać jej tę wiadomość z „ok”. – Chcesz się… czegoś napić?

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#3
22.12.2023, 23:44  ✶  

Rozejrzał się po korytarzu, zaglądając do wnętrza - ani myślał się tutaj zatrzymywać. Przynajmniej nie na zbyt długo. Namierzył ją spojrzeniem, spojrzał na jej cycki prezentujące się pod koszulką, przechylił głowę.

- Aha. "Psiapsi". - Uniósł palce, żeby zrobić ten charakterystyczny znak cudzysłowu i podniósł wzrok na jej twarz. Czasami jej ubranie rzucało się w oczy - z różnych względów. Czasem dlatego, że mu się wyjątkowo podobało, a czasem dlatego, że było faktycznie inne od tego, co nosiła codziennie. To mu się podobało. Chociaż komentarz na temat tego, czy modę zgapiała od pobliskiego burdelu na Nokturnie zatańczył mu na ustach, ale tego nie powiedział. W zasadzie to wolność, Tomku, w twoim domku. Tym nie mniej ewidentnie nie wstydziła mu się w czymś takim pokazywać. Jemu - albo komukolwiek, kto by zapukał i komukolwiek by otworzyła. Wstyd. Dziwne, przenikliwe uczucie, którego nie znajdował w niej w tym momencie. Albo go po prostu nie widział. Od jakiegoś czasu przenikanie emocji wychodziło mu różnorako. Skupiał swoje myśli i wzrok, ale to nie było to, co kiedyś. Zapłatą za spokój miały być pewne rzeczy, które artyści uznaliby za cenne... właśnie, artyści. To pewnie dlatego gitara leżała tak smętnie w kącie przez większość tego czasu. - Pisanka, psianka, psinka, czy inny chuj. Pisanka. - Machnął lekko ręką i zrobił jeszcze krok w kierunku salonu. - Mogę? - Zapytał, żeby nie wyjść na kompletnego gbura. Hej, miał jakieś minimum kultury! Tak i teraz odrobine dystansu względem Victorii. Wolał utrzymywać bezpieczną przestrzeń po tych wszystkich wyznaniach, jakie się przelały między nimi. Nie ufał temu. Nie ufał jej uczuciom. Nie ufał jej gestom. Jej chęciom. A już zupełnie nie ufał temu, czego mogłaby od niego chcieć. A jednocześnie ufał jej własnym życiem, bo czy inaczej by do niego przychodził? Do aurorki, po tym, co jej powiedział? - Mogę ją zapytać o nazwę poprawną, bo wiesz, mi wypadają jakoś te kwiatki z głowy... - Wiedza na temat roślin może nie była dla niego nieprzyswajalna, ale stanowiła jakiś dziwaczny stosik dokumentów, który był przez niego regularnie wrzucany do niszczarki. I to nie tak świadomie, to się działo jakoś z automatu! Zajmowało miejsce na... wszystkie te inne POTRZEBNE rzeczy! I niepotrzebne również.

- Nie. Czemu miało się coś stać. - Ni to pytanie, ni to stwierdzenie, kiedy wszedł do wnętrza i jeszcze przetrzepał kołnierzyk, na którym zakrzepło trochę krwi. Na czerni niekoniecznie było cokolwiek widać. Złoty kolor! Znaczy... czarny kolor. Ale złoty! - Napisałaś wiadomość to przyszedłem odpowiedzieć. I zobaczyć, jak się urządziłaś. - W nowo-starym mieszkanku. W którym... chyba miało być jej dobrze? A że w gości niby się nie przychodzi z pustymi rękami czy coś... tak mawiali. I to tak przy okazji tej wysokiej kultury osobistej. - Nie. Dzięki.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#4
23.12.2023, 01:26  ✶  

Czasami lubiła ubrać się bardziej wyzywająco, ale w domu rodzinnym raczej by się tak nie pokazała. Teraz jednak była u siebie i absolutnie nikogo się tu nie spodziewała, więc wykorzystała okazję, by ponosić coś, co cholernie jej się podobało, a czego nie miała okazji zbyt często włożyć. Wstyd… Nie zdążyła się zawstydzić, bo zapomniała co ma na sobie i była zbyt zdziwiona tym, że ktokolwiek tutaj przyszedł. Ale… może pora była przestać patrzyć na pozory i po prostu robić to, co jej się podobało, co chciała. W najgorszym wypadku za trzy miesiące się to wszystko skończy i nikt już o tym gadać i tak nie będzie. Zauważyła za to gdzie gapi się Sauriel i aż spuściła wzrok, by za tym podążyć, szybko jednak uniosła spojrzenie z powrotem. Gdyby to był ktoś inny… Ale był to Sauriel – wstyd był więc mniejszy i to nie dlatego, że był wampirem, to zupełnie nie miało z tym nic wspólnego. Zarumieniła się bardzo delikatnie, ale nie próbowała się ukryć za doniczką, ani nic takiego. Czemu miałaby się wstydzić przed nim? Choć gdyby powiedział coś o burdelu, to najpewniej zaliczyłby kolejny strzał z liścia.

– Psianka. Jest taka roślina – powiedziała cicho na te wyliczenia wszystkie i jedno trafne, bo miało cokolwiek wspólnego z florą, ale czy to co jej przyniósł to było właśnie to? Nie wiedziała. – Tak, oczywiście. Wchodź – no nie no, przecież nie będą stać w korytarzu… i się na siebie patrzeć. Czuła ten dystans, pewnego rodzaju chłód. Sama miała mętlik w głowie i nie wiedziała co ma myśleć o tym wszystkim. Sama była pewna tego co czuła – i w maju i teraz. Pamiętała jak zachowywał się Sauriel, jak próbował trzymać dystans, a jednak czasami się łamał i ją przytulał i trzymał za rękę. I pamiętała jak to się nasiliło po tym, gdy złamali tę więź. Wydawało jej się więc, że cokolwiek czuł on – nie miało to nic wspólnego ze zmuszeniem i rytuałem, że to było od niego. I że… najwyraźniej się wystraszył. Wystraszył… może wielu rzeczy. Chociaż chyba nie było się czego bać? Chyba, że wystraszył się o nią – godne pochwały, naprawdę. Nie rozumiała nadal jego kolejnych ruchów, tego, że pokazał jej Mroczny Znak, tego, że próbował się zabić. Nie wiedziała, czemu próbował to zrobić – i bała się zapytać, bo nie chciała rozdrapywać jakichś jego ran… Ale może powinna. Może uznał, że nie jest jej godny? Taka szmata jak on, Śmierciożerca. Nie obchodziło ją to. Powinno, ale nie obchodziło. Natomiast… czuła jego dystans i niepotrzebnie nie chciała go łamać, chciała, by czuł się przy niej swobodnie, tak jak zawsze, że nie jest do czegokolwiek zmuszony, bo nigdy tego dla niego nie chciała; nie chciała go spłoszyć, chociaż sam się tutaj pakował – i wyglądał jakby był w lepszym nastroju niż dotychczas.

I miał rozcięte usta.

– Możesz zapytać. O ile zapamiętasz – tak, wiedziała, że mu takie rzeczy wypadają. I nie była na niego zła, to było nawet w pewien sposób słodkie, że słuchał, słuchał… a potem i tak nie pamiętał. – Napisałam ci w tej wiadomości dosłownie, że jeszcze się nie przeprowadziłam – więc co tutaj chciał oglądać? Znaczy oglądać mógł, oczywiście, część rzeczy miała wypakowane, część w różnych pudłach i innych torbach porozwalane w różnych miejscach (porozwalane, znaczy i tak było równio ułożone, bo by chyba pierdolca dostała inaczej, ale po prostu nie było wypakowane i poukładane w docelowym miejscu). – Więc możesz sobie pooglądać jak się wypakowuję co najwyżej – uśmiechnęła się blado, ale sama przeszła do salonu – tego samego, w którym w kwietniu na kanapie przespał Sauriel, gdy zgarnęła go rannego i naćpanego z ulicy. Teraz wyglądało tu inaczej, meble nie były przysłonięte żadnym materiałem, były zresztą wymienione i ciemne, nie było czuć takiej pustki, a i wiele różnych rozstawionych roślin (w tym też większych, a nie tylko małe kwiatuszki), robiły taką przytulną i spokojną atmosferę. Victoria podeszła do wolnego regału, by tam położyć otrzymaną od Sauriela donicę z… czymś i mężczyzna mógł zauważyć, jak Victoria wkłada palec do ziemi, by się upewnić, czy jest jakkolwiek wilgotna, czy niespecjalnie. Zaraz go wyciągnęła i wytrzepała dłonie. – Pytałam, bo zamiast wysłać odpowiedź, to wręczyłeś mi ją do rąk, jest jednym słowem i masz rozcięte usta – odwróciła się od regału, doniczki i roślinki, by z tej odległości spojrzeć na Sauriela i palcem pomachała na wysokości swoich ust by zaimitować to rozcięcie, które miał on. Lubiła go w skórze, z kolczykami, pierścionkami… ale podobał jej się też w koszulach i marynarce – zresztą sama mu to powiedziała, że jej się tak podoba. I najwyraźniej… naprawdę zaczął tak chodzić. – I przyszedłeś tu w ciemno, bo równie dobrze mogło mnie tu nie być – skoro napisała mu, że jeszcze się nie przeniosła, a z rana wyjeżdża na dwa dni.

Chciała mu tak dużo powiedzieć… ale nawet nie wiedziała, czy powinna. Czy on chciał ją słuchać. Chciała go złapać za rękę, chciała się przytulić, potrzebowała tego, było jej źle, ale nic takiego nie zrobiła. Chciała go zapytać o wiele rzeczy, zrozumieć, chciała go przeprosić, a po prostu stała i na niego patrzyła. Nie chciał nic do picia. To co chciał? Cieszyła się, że przyszedł, że o niej myślał i pamiętał – naprawdę. Ale nie miała pojęcia jak ma się zachować, skoro była na to kompletnie nieprzygotowana i wzięta z zaskoczenia. Nie miała na to żadnego planu.

– Jeżeli to faktycznie psianka, to trochę mi tu ożywi wnętrze kolorem – rzuciła i z dłońmi za plecami oparła się o regał, leciutko uśmiechając się do wampira.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#5
29.12.2023, 00:09  ✶  

Och, och, ależ oczywiście, że nie było się czego wstydzić! Chociaż już z serii pytań czemu przed nim to znalazłoby się parę odpowiedzi. Chociażby to, że nago przed sobą jak dotąd nie paradowali. A najbardziej obnażoną ją widział, kiedy była ranna, umierająca i taplająca się we własnej krwi jakby właśnie chciała zażyć w niej kąpieli. W końcu była ponoć taka wampirzyca, która we krwi się kąpała regularnie. Joseph o niej wspominał - z dość krytyczną miną. Jego zdaniem - nie pożyła długo. Kwestia jednak wstydu była bardzo mętna i pląsała się w pozorach zrozumienia ich relacji. W tych dziwnych rozmowach, pewnych gestach, przecież czułych, w spojrzeniach. W słowach. Komplementach, które przekazywane były z obu stron wręcz nieśmiało. Czasami zaś chyba nader dosadnie. Skąpił jej tych czułych słów, jakimi potrafił zabawiać inne damy. Z prostej przyczyny - z nią to nie była zabawa. Nie chciał, żeby wpadała w pułapkę, gdzie większości panien powiedziałby dawno: spierdalaj. Jej po prostu nie chciał tego mówić. Z drugiej strony nie chciał, żeby robiła sobie jakieś fałszywe nadzieje. Więc? Jak to rozegrać? Na razie gra toczyła się o jakąś dziwną stawkę. Nie trudno było zauważyć, że Victoria zachowywała się inaczej. Bo jak mogłaby się zachowywać TAK SAMO po tym wszystkim? On też zachowywał się inaczej. Bo było inaczej. Bardziej leniwie, bardziej wolno, bardziej nijako. Tak, racja, mógłby chyba tak całymi dniami leżeć, ale to nie tak, że zakopywał się w jaskini i nie wychodził. To nie tak, że się do tego wielce zmuszał. Miał nadal swój cel, a wręcz pojawił się teraz jasny jak łuna z płonącego Rzymu za czasów Nerona. A ona? Miała swój cel? Parszywa walka z przeciwnościami losu, jak on? Tylko swoimi własnymi? Znając ją pewnie znowu wymyśliła sobie misję ratowania świata. Czyjegoś świata. Najpewniej, niestety, jego.

- Taa jakaś pisanka niepospolita czy inne gówno... - Machnął lekko ręką, chuj w tą nazwę. Ale skoro mówiła, że może zapytać to zapyta. O ile, no właśnie, zapamięta. Zrobił sobie notatkę, taką mentalną, żeby jednak zapamiętać. Żeby się nie zapomnieć. Może pierdoła, ale skoro chciała wiedzieć - a lubiła kwiatki - to warto było to maleńkie życzenie spełnić. Chciał je spełnić. Przecież go nic to nie kosztowało no i... - Mówiłem, żeby nie jeść owoców? - Przystanął na momencik, odwracając się dla pewności do Victorii. Ruszył dalej. W kierunku salonu, bo przecież drogę już znał. Przynajmniej raz mu wystarczył, żeby ta "plątanina korytarzy" przestała być dla niego wielkim sekretem. - Pomóc ci? Coś ciężkiego do wypakowania czy coś. - Skoro już tu był... podobno jak chcesz się u kogoś zatrzymać - albo z kimś zatrzymać - to zawsze znajdziesz dobry pretekst do tego, żeby zostać. I coś porobić dalej. Pretekst jak pretekst, Sauriel niekoniecznie jakiegoś potrzebował. Ale też nie chciał zostawać na zbyt długo. Stwierdził natomiast, że odwiedzenie jej wcale nie będzie najgorszym pomysłem, jaki miał. A miał ich całkiem sporo. Tych głupich pomysłów.

- Zazwyczaj nie chce mi się pisać wiadomości. - I niespecjalni się przy nich starał. Chociaż jak chciał to potrafił, jeszcze jak! Raz jej wysłał wiadomość, która w ogóle nie miała słów. A mówiła więcej, niż wyraziłoby słów dziesięć! Czy tam, jak to mawiają w jednej reklamie - więcej niż tysiąc słów! - To nic. - Nadmienił apropo tych rozciętych ust. - Mała sprzeczka. - Albo duże mordobicie jak na to, że większość jego sprzeczek kończyła się jednak w pierwszych paru sekundach zabawy. - Jakby cię tu nie było to by cię nie było. I poszedłbym dalej. - Spojrzał na nią, odrywając wzrok od pudeł i pudełek, które już zostały tu przyniesione i jeszcze nie zostały rozpakowane. A ona oparła się właśnie o regał i... nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Jak się zachowywać, co mówić, czego nie mówić. A on tego problemu był zwyczajnie nieświadomy.

- Brakuje ci tu kolorów? - Jakby to była najbardziej istotna rzecz, jakiej mogłoby tutaj brakować. JEJ brakować. Kolory. Kolory... życia. Tak. Zdecydowanie przydałoby jej się trochę barw w tym smutnym jak pizda świecie.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#6
29.12.2023, 13:52  ✶  

Nie paradowali przed sobą nago, ale byłoby to prostsze przed nim, niż przed kimkolwiek innym – nawet jeśli ich relacja była samą definicją „to skomplikowane”. Nawet jeśli najwyżej co widział to ją w koszuli nocnej… ewentualnie jej nagie plecy, gdy prosiła go, by posmarował jej ranę ciągnącą się na skos pleców, bo nie była w stanie wtedy sama tego zrobić – a ona co najwyżej widziała jego ranny brzuch. Ale to nie o to chodziło; intymność ich relacji kręciła się na innym poziomie – bo chodziło o zrozumienie duszy, a Victoria rozumiała bardzo wiele. Może nawet zbyt wiele, a wszystko przez chichot losu i zupełnie nieplanowaną wycieczkę do Limbo. Ono dało jej zrozumienie, dało jej odpowiednią perspektywę na Sauriela, na to kim był i co się z nim działo (i dlatego tak bardzo chciała mu pomóc zachować człowieczeństwo, nim nie zrobił tego ostatniego kroku ponad przepaść). Limbo dało jej też… bardzo mało czasu, by mogła zrobić wszystko, co zrobić chciała. Nagle okazywało się, że pół roku to prawie nic, a trzy miesiące – że to mrugnięcie. Płaciła cenę, o której nikt wcześniej jej nie poinformował, ale łusek przysłaniających wzrok już na oczach przynajmniej nie miała. I może właśnie dlatego, że wiedziała, jak bardzo jej życie przecieka przez palce, jak mało mogła mieć czasu, tym bardziej potrzebowała tych czułych słów. Bo miała wrażenie, że się rozpada. Coś, co nie powinno być żadnym zdziwieniem, trafiło ją prosto w trzewia i wydarło oddech z płuc; dusiła się, choć może nie było to widoczne. Naprawdę potrzebowała tych dwóch dni… tych krótkich wakacji z dala od wszystkiego. Oczywiście, że była to ucieczka. Świat mało ją w tej chwili obchodził, bo nic dla niej nie zrobił, mógł sobie spłonąć. Nie chciała jedynie, by Sauriel zrobił ten ostatni i nieodwracalny krok, więc tak, chciała uratować jego świat – i tylko jego. Może też swój, ale nie miała pojęcia jak, ani czy wystarczy jej czasu na cokolwiek.

– Zabawne, że mówisz o gównie – miała łagodny charakter dla tych, którzy byli jej bliscy, ale ludzie czasami zapominali, że Victoria też potrafiła pyskować, albo powiedzieć coś bardziej dowcipnie i błyskotliwie, ironicznie. Z tym gównem to rozbawiło ją to, jak wspaniałym nawozem było dla roślin. I była świadoma, że ten żart rozbawiłby pewnie tylko ją. – Mówiłeś, że są śmiertelnie trujące, nie żeby ich nie jeść – odparła spokojnie, patrząc na jego plecy. – Ale dziękuję. Jak uznam, że już nic nie ma sensu, to skorzystam z nich, zamiast otwierać sobie żyły – to też był żart, bo nie zamierzała się tak po prostu poddać, jednak nie dało się zaprzeczyć, że ostatnie miesiące i wydarzenia, i rewelacje ciążyły jej trochę za bardzo, przestawała chyba też dostrzegać dla siebie jakąkolwiek nadzieję. Trzy miesiące to cholernie mało czasu i jak w Limbo ten cholerny pierścionek przypominał jej, żeby się nie poddawała, bo ma przed sobą życie, tak teraz… co jej właściwie zostało.

Prawda była taka, że nigdy w całym swoim życiu nie czuła się tak samotna, jak przez ostatnie dziesięć dni, odkąd usłyszała „diagnozę”, a kolejnego dnia na powrót była niezaręczoną, wolną kobietą – i zwyczajnie nie wiedziała, jak jedno i drugie ma przekazać ludziom. Brak pierścionka był wystarczająco wymowny, ale to, co działo się w jej głowie i sercu, to była prawdziwa masakra i gdyby była mniej zdyscyplinowana, to kto wie, jakby to się skończyło. Może właśnie otwarciem sobie żył. Teraz miała jeszcze śmiertelnie trującą roślinę (chociaż otruć to się mogła i bez tego, była przecież wyszkolona w tworzeniu wszelkich eliksirów).

– Jak bardzo chcesz, to możesz wypakować któreś z tych pudeł – bo wcale nie musiał tego robić. Spakowała się sama, to i rozpakować się mogła sama – magia była tutaj sprzymierzeńcem. Nie spieszyła się z tym, bo spokojnie układała sobie różne rzeczy w mieszkaniu, szukając dla nich odpowiednich miejsc na różnych półkach. Teraz były to rośliny, ale w pudłach było dużo innych przedmiotów.

– Nie jestem twoją matką, żebyś mi tu ściemniał – odnośnie małej sprzeczki. Miała w nich doświadczenie, a jednym z nich była ta prawie zagojona szrama na prawym policzku. Za kilka dni pewnie nie będzie już po niej śladu. – Po małej sprzeczce można być trochę złym, a nie mieć rozwalone usta – i na pewno bolało. Przy twarzy zawsze bolało – co z tego, że na nim wszystko goiło się jak na psie. Odwróciła się, otworzyła szafkę i kucnęła, wyciągając jeden flakonik, po czym rzuciła nim do Sauriela. – Łap – to był odruch bezwarunkowy, że łapało się coś, co do nas leciało, a wiedziała, że Rookwood ma naprawdę dobry refleks. Nie była to rzecz jasna żadna petarda ani nic takiego, ledwie eliksir wiggenowy.

– Celowo wybrałam wszystko w neutralnych i stonowanych barwach – nie była to najistotniejsza rzecz na świecie, ale wyglądało to tak, jakby oboje potrzebowali czegokolwiek, by się tego złapać, i rozmawiać… normalnie. – Nie brakuje mi kolorów. Ale na pewno ich nie zaszkodzi.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#7
29.12.2023, 23:17  ✶  

Nie był osobą, która gotowa była komukolwiek mówić: nie, nie możesz tam jechać. Nie, nie jedź tam. Nie wolno ci. Gdyby to był jego pracownik, gdyby miał, wielkimi słowy, FIRMĘ - wtedy mógłby mówić o tym, że wydaje polecenia. Ku temu, żeby, ach, no dobrze funkcjonowała ta firma, żeby... żeby tam cokolwiek. GDYBY. Bo żadnym mecenasem czy innym prezesem być nie zamierzał, a kmiotom z Nokturna to co najwyżej mógł mówić, jakich drzwi mają popilnować, albo żeby sprawdzili, czy ich nie ma na drugim końcu tunelu. Czyli z dala od niego. Gdziekolwiek i dokądkolwiek Victoria pojechać chciała i zamierzała to była tylko i wyłącznie jej sprawa. Czy była w domu czy nie również nie stanowiło już jego interesu. To, czy była bezpieczna - o, to już trochę coś innego. Powiedzielibyśmy: no dobra, ale jeśli spodziewasz się, że jest w domu, a jej nie ma, to czy nie myślisz, że coś jej grozi? To nie było zero-jedynkowe. Jej często coś groziło - z głupiego faktu wykonywanego zawodu. Umęczyli się przez dwa miesiące dzieląc te tragedie poczucia niebezpieczeństwa, więc wiedzieli, jak to jest. Jego to wkurwiało niesamowicie. Ona prawie nic nie mówiła. Jak sama potem wypunktowała - nie skarżyła się. Dopóki nie poczuła tej dziwnej zazdrości. Zazdrość, ach, jakie frustrujące uczucie... denerwujące. Szczególnie, kiedy ktoś był zazdrosny o CIEBIE. Ograniczenia, bo ktoś źle się czuje, bo trzeba na niego uważać... Coś za coś, hmm? W końcu on też był zazdrosny. W końcu on też się źle czuł, kiedy działy się niektóre rzeczy. W końcu na niego też trzeba było uważać - i to do potęgi entej. Miał sporo czasu, żeby niektóre rzeczy przemyśleć. Wnioski? Niekoniecznie musiały zadowalać, niekoniecznie musiały smucić. Utrzymanie dystansu było mądre. Z mądrości jednak nie słynął, bo i niekoniecznie z niej słynąć się starał. Wręcz przeciwnie - podjął w swoim życiu dużo durnych decyzji. Ale nie podjął jeszcze decyzji, która narażałaby jego bliskich.

- Czemu zabawne? - Niczego zabawnego w tym nie widział. Co najwyżej to, że on do toalety nie chodził. - Dobry pomysł. Przetestuje ją na kimś to powiem, czy warto. Bo nie potrafili mi powiedzieć, jak długo zajmuje zejście z tego świata po tym pierdolniku. - Przesunął palcem w powietrzu, jakby chciał pokazać tę roślinę w rogu pokoju. Miała już w tym wyobrażenie tego, że roślina kwitła, więc nic tylko zbierać owoce. A potem - zdychać. Skoro jednak się podobała Victorii i wiedziała, z czym ma do czynienia - to bardzo dobrze. Podobno lubiła ciemne i wilgotne przestrzenie, tyle zapamiętał. I tyle wziął na logikę, inaczej już by zdechła w tym ich wspaniałym lokalu. Nie potraktował tej wypowiedzi poważnie. Ona traktowała jego? Martwiła się? Był wręcz ciekaw jej reakcji. Nie mówił tego, żeby ciekawość zaspokoić - słowa padły i dopiero po nich ta ciekawość przyszła. A wraz z nią zastanowienie nad tym, co ona w zasadzie miała teraz w głowie. Na jej miejscu... Pewnie zastanawiałby się, czy druga osoba powtórzy swój wspaniały wyskok. Warto było o tym rozmawiać? Co miałby powiedzieć? Że ma wyjebane? Że mu nie zależy? Że raczej już niczego nie odpierdoli, bo jest jak jest - i udało się? Co się udało?

Kiedy tak popatrzył na te pudła to już nie był przekonany, że na pewno chce je rozpakowywać. No ale skoro się zaoferował... ruszył dupę (trochę niechętnie) i otworzył je, spoglądając do środka.

- To zależy od standardów. U mnie to jest mała sprzeczka. - Szczególni w podziemiach Nokturna, bo na powierzchni... w zasadzie mieli porównanie do Wiwerny - tam też to była mała sprzeczka. Wyprostował się - i złapał. Tak, to był odruch. Dopiero po złapaniu spojrzał, co w zasadzie trzymał w dłoniach. - Dzięki. - I wypił. Odłożył flakonik na stół i wrócił do wyciągania pierdół. - Kurwa, coś ty tu nabrała... - Wyciągnął jakieś podejrzane, ciężkie tałatajstwo zawinięte w koce.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#8
30.12.2023, 00:10  ✶  

A ona chciałaby usłyszeć jego zdanie. Jego zainteresowanie tematem. Życzenie, by dobrze się bawiła, zapytanie dokąd w ogóle jedzie i czemu. Gdyby nie chciała, to nie pisnęłaby ani słowem. Gdyby nie chciała go w swoim życiu, to odcięłaby się bardzo skutecznie – a wtedy pocztą dostałby swoje książki, które nadal u niej leżały i pierścionek, z którym nie miała pojęcia co zrobić. Wtedy wiedziałby, że to definitywny koniec znajomości, którą koncertowo spierdolił i że nie ma nikogo, kto by się o niego martwił. A ona martwiła się nadal. Jeśli chciał to sprawdzić, przychodząc tutaj poobijany po jakimś mordobiciu, to chyba właśnie miał swoją odpowiedź – że ona nadal dostrzegała te szczegóły, nadal się martwiła i nadal na swój sposób troszczyła. A mogła go stąd wypierdolić i wydać. Miała wrażenie, że w swojej relacji cofnęli się do początku – to wielkiego dystansu, szarpania się ze znajomością, do której ona musiała mieć cierpliwość, by jakkolwiek się do niego przebić, a jedyną różnicą było, że jej nie obrażał i ona też nie rzucała fochem stulecia, po którym nie rozmawiali półtora miesiąca. I może i mogłaby przejść przez to jeszcze raz, może i mogłaby próbować go oswajać od nowa… tylko że nie miała na to czasu. Nie, że nie chciała mu tego czasu dać; to świat nie dawał jej czasu. A gdyby miała wybór, to sto razy bardziej wolałaby ciągle odczuwać tę więź i jej ciągnięcie, niż… to, co czuła teraz – a Sauriel wcale nie czuł najgorszych rzeczy. Nie czuł, jak umierała, będąc w limbo. Nie czuł, jak umierała na statku. I nie czuł, kiedy spowiły ją ognie smoczego płomienia. Za to ona czuła, jak ojciec go torturował – nie wiedziała, ze to ojciec, ale czuła to wszystko. I widziała go po tym, biednego, wyciągającego do niej ręce, wpatrzonego w nią jak w jakiś święty obrazek.

A teraz… Był obrót o sto osiemdziesiąt stopni. I oczywiście, że się zastanawiała, czy tego nie powtórzy. W innym wypadku nie napisałaby do Stanleya, by miał na Sauriela oko. Oczywiście, że się bała. Oczywiście, że się martwiła. I co będzie, gdy jej zabraknie?

Może naprawdę powinni usiąść i porozmawiać. Powiedzieć, co im grało w duszy, powiedzieć co się dzieje. Victoria z jednej strony bała się poruszać temat, a z drugiej bała się, że nie wystarczy jej czasu.

– Bo rośliny najlepiej rosną nawożone. A co jest wspaniałym nawozem? Gówno – i powiedziała to takim tonem, jakby właśnie sprzedawała mu jakąś tajemnicę. Może i była to tajemnica: tajemnica jej zjebanego poczucia humoru. – Pewnie i tak szybciej by było, jakbym sobie uwarzyła jakąś truciznę – odpowiedziała równie spokojnie jak przed chwilą, zupełnie jakby rozmawiali teraz o pogodzie, a nie o umieraniu. – Ale byłoby to sto razy mniej widowiskowe – i już miała otworzyć buzię, by opowiedzieć mu o tym, co się dzieje z człowiekiem potraktowanym cyjankiem, ale sobie darowała.

– Więc co jest dużą sprzeczką? – i jakie były te standardy? Widziała go w akcji i jak na ironię akceptowała to od samego początku. To, że lubił się bić. To, że miał w sobie tę agresję. Tak długo, jak nie wyładowywał jej na niej albo na bliskich jej osobach – to było okej. Kiedy dobrał się do jednego z pudeł, po chwili wahania podeszła do niego, by mu pomóc. Znaczy… To on chciał pomóc, ale czemu miał robić wszystko sam? Skoro już tu był i mogli spędzić trochę czasu razem, to… nie musieli się przecież kryć po dwóch różnych końcach pokoju. Albo domu. – To są obrazy i zdjęcia – powiedziała cicho, widząc, co wyciągnął. I kiedy trzymał to w rękach, to delikatnie odwinęła koc. Był to pejzaż; widok na góry i małą chatkę. A kiedy stała obok, to miała wrażenie, że aż zakręciło jej się w głowie. – Ładnie pachniesz – powiedziała cicho, nie patrząc jednak na niego a na obraz.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#9
30.12.2023, 15:53  ✶  

Człowiek przygarniał kota i chciał, żeby ten kot u niego zamieszkał. Dbał o niego, karmił, wyczesywał futro. Jeździł do weterynarza i kładł ściereczkę na parapecie okna. Kot jak to kot - najpierw nie chciał zaufać, bo przecież tyle rąk już go wabiło, a potem skazywało na cierpienie, że nie mógł podejść bez żadnej refleksji. Podchodził powoli. Zbliżał się coraz bardziej, oswajał z widokiem, z zapachem. Dopiero przekonany o tym, że ta ręka go nie złapie pozwalał się dotknąć. Na moment, na chwilę. Nie można było go brać na ręce i przytulać, oj nie. Ten proces zajmował bardzo dużo czasu. W końcu jednak się udawało. Była w tym satysfakcja. Myślałeś sobie: ten kot ufa tylko mi. Nikomu innemu nie pozwoli się zabrać i u nikogo innego nie będzie tak ufnie przysypiał. Za innymi będzie wodził wzrokiem czujnym, pilnym, ale za tobą przymruży oczy i nawet je zamknie. Pozwoli sobie na to, żebyś mu z pola widzenia zniknął. Zje z twojej ręki i wypije wodę, którą mu dasz. Ale potem zdarzało się coś niespodziewanego. Jakiś element nawalał, psuł się i kot przestawał przychodzić. Nie chciał już głaskania. Nie chciał spać na tym przygotowanym ręczniku. Co się stało? Coś huknęło, coś grzmotnęło. Jakiś strach, potencjalnie niechciana ofiara, ale stała się. Odrobina emocji i już wszystko wywróciło się do góry nogami. Kot się zjeżył, prychnął. Zabawę można było zaczynać od nowa. Żal zalewał serce, bo nie było tego czasu, żeby od nowa się bawić. A przecież chciało się zostawić ten skrawek domu temu bezdomnemu kociakowi, który nosił na sobie ślady niesprawiedliwego życia. Nie, czasu nie było. Tylko jak to wytłumaczyć zwierzęciu? Najpewniej - szybko. Wprost. Z nadzieją na to, że na to zareaguje... jakoś. Tylko jaka reakcja by nas satysfakcjonowała? Żal? Czy może właśnie brak reakcji jakiejkolwiek?

- Ludzkie gówno też? - Tak, no faktycznie, coś tam słyszał, że nawozy to się robią z tego... z krowiego gówna? A może to jakaś mistyfikacja? Natomiast wyobrazić sobie potrafił, że ktoś wyjmuje kupę z klozetu i wrzuca do doniczki. Śmierdziałoby strasznie, aż teraz głębiej wciągnął powietrze do nosa, żeby zobaczyć, czy coś tutaj czasem nie śmierdzi. Ale nie śmierdziało. Wręcz przeciwnie - ładnie pachniało. Więc to chyba nie był sekret kwiatków Victorii. - Właśnie. - Uśmiechnął się lekko. - Karzesz komuś zjeść owoc i czekasz. - Tak, to też widział. Krzesło w pustej sali na samym środku i ten biedny człowieczek, który wie, że kurwa czeka go coś okropnego. I wie, że to, co dostaje do ręki wcale nie jest słodziutkim jabłuszkiem. Urocze. Eliksiry nie robiły takiego wrażenia, chociaż na pewno były jakieś wyjątkowo paskudne, które powodowały prawdziwe spustoszenie i to widoczne na zewnątrz.

- Duża sprzeczka to taka, kiedy jestem wkurwiony. - Zaczynam mieć z tym problem. Większość śmierci już mnie nie bawi. To było takie... banalnie normalne. Tak jak to, co stało się dzisiaj. Gdzie ten zryw emocji, gdzie ta radość? Czemu wkroczyła w to jałowość i nie można było oddać się zrywowi czerwieni, który zalewał oczy? Musiał to znaleźć na nowo. Odnaleźć pośród popiołów. - I... lubisz takie widoczki? - Sielskie, wiejskie. Przekrzywił głowę patrząc na ten obraz, który na nim osobiście nie robił wrażenia. Poza tym, że jasne, ktoś musiał mieć talent, żeby go stworzyć. - Jebani artyści mają smykałkę do tych pędzelków, nie? - Rzucił oczywistością krążącą mu po głowie. Dopóki nie wypowiedziała następnego zdania. Spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, powąchał swoją śmierdzącą fajkami koszulę. - Tak? Masz dziwny gust. - Ale powiedział to z cieniem uśmiechu na ustach. - Będziesz to wieszać sama? Bo ja powieszę pewnie krzywo. Ale dam z siebie wszystko.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#10
30.12.2023, 17:26  ✶  

Ostatnie, co chciała zrobić, to go skrzywdzić – czynem, słowem, obojętnie. Nie chciała tego robić. A jeśli zrobiła, to zupełnie niechcąco, nieświadomie, bo tak mało jej mówił, tak mało rozumiała i wszystko musiała sobie składać i układać w głowie sama. Nie współpracował, był trudnym przypadkiem i rozumiała dlaczego tak jest. Akceptowała to i już dawno powiedziała sobie, że chciałaby mu pomóc, nawet jeśli on tego nie ułatwiał. Tylko, że gdy masz dwadzieścia siedem lat to nie myślisz o tym, że za chwilę umrzesz. Nawet, jeśli była aurorem, to po prostu o tym nie myślała, o swoim końcu. Ale od maja… zaczęła. Nienachalnie, ale te myśli gdzieś tam się kłębiły. W lipcu uderzyły z mocą, bo nie były tylko jakąś tam niewinną myślą. Czas jej się kurczył, kończył i nie było w tym żadnej sprawiedliwości. Chciała wiedzieć, co zrobiła źle. Bo wiedziała, że coś… Tylko nie miała pojęcia co, a jej jedyny trop, podsunięty przez Laurenta, został przez Rookwooda zaprzeczony, więc…? Czuła, że to taka niedokończona sprawa, czy jeśli umrze to to sprawi, że zamiast odejść, zostanie tu na wieczne umęczenie? Tego nie chciała dla siebie jeszcze bardziej. Może coś z tego oswajania dzikiego i skrzywdzonego kota faktycznie w tym było… Te wszystkie ruchy, które zawsze do niego robiła, były jak wyciągnięcie ręki, by mógł ją powąchać, jak obietnica, że nigdy nie zrobi mu krzywdy. A on, jak to kot, wsunął się do jej serca niepostrzeżenie i już tam został.

– Nie wiem. A chcesz przeprowadzić eksperyment? – czemu akurat pomyślał o ludzkiej kupie? Zresztą najgorsze było to, że oboje właśnie mieli przed oczami tę samą wizję kibelka i doniczki. W tym domu jednak nic takiego się nie działo, Victoria nie była żadnym barbarzyńcą i o swoje rośliny dbała w inny sposób, znacznie bardziej przyjemny. – Nie wiem czy miałabym tyle cierpliwości – przyznała. Zresztą jeśli już ktoś miał umierać, to wolałaby, by było to szybko i by się zbytnio nie męczył. Były znacznie lepsze sposoby niż sprawdzanie czy i jak bardzo trujące były owoce psianki. Nie była tak nieskalana zepsuciem, by wierzyć, że świat można zbawić, że ludzie nie będą umierać. A niektórzy nawet, według niej, na to zasługiwali. Voldemort na przykład. – Z tym czekaniem też jest problem. Może się za dużo wydarzyć. Może przyjść ktoś z antidotum na przykład. Albo może komuś innemu zdążyć jeszcze coś zrobić – było to po prostu bardzo niepraktyczne.

– Aha – sądziła do tej pory, że Sauriela zdenerwować było bardzo łatwo. – To nie zdenerwowałeś się? Że masz rozcięte usta? – czy robił to bardziej dla sportu? – O co w ogóle poszło? – normalna rozmowa… A przynajmniej chciała, by była to normalna rozmowa, skoro już Sauriel wylazł z domu, przyszedł tu z własnej woli i chciał z nią gadać. Nawet jeśli temat był bardzo… niekonwencjonalny. – Lubię. Uspokajają mnie – wpatrywała się w ten obraz przez moment, wyobrażając sobie siebie w górach. Lubiła góry. Lubiła lasy. Lubiła chyba wszystko, co związane było z ziemią. – Mhm, nie wszyscy. Ale mam tam kilka takich ładniejszych obrazów – wskazała ruchem głowy na pudło, którym zajmował się Sauriel, a potem zamarła na chwilę. Masz dziwny gust. Czy miała? A o gustach się przypadkiem nie dyskutowało? Tak przynajmniej mówili niektórzy. Może nie powinna mu powiedzieć tych kilku słów, może się zagalopowała… Mrugnęła i spróbowała się uśmiechnąć. – Tak? Dopiero teraz się zorientowałeś? – nawet nie wiedziała, w którym momencie zapach tytoniu jej się tak spodobał. Niekoniecznie dym palonych papierosów, ale po prostu tytoniu… Choć dym, który osiadał na ubraniach… ten mieszał się z czym innym, nie potrafiła powiedzieć, po prostu jej się podobało. Tak jak podobał jej się on i przecież wiedział o tym od dawna. Więc… dopiero dzisiaj zorientował się, że najwyraźniej miała dziwny gust? – Jak będzie krzywo i będzie mi przeszkadzać, to najwyżej poprawię – mruknęła. A pewnie będzie jej przeszkadzać, była jebaną pedantką i miała pierdolca na punkcie krzywo poukładanych rzeczy. Wyciągnęła gwoździe i młotek z innego pudełka, oczywiście, że była przygotowana i wskazała mu ścianę, na której chciała mieć ten obraz. Bo tek akurat chciała w salonie, tak. Jakaś drabinka na pewno też się znalazła, w końcu dopiero się tutaj wprowadzała.

– Krzywo, bardziej w lewo – już słyszała siebie mówiącą zaraz, że „a teraz trochę w prawo”, wyobraźnia podpowiadała jej też odpowiedź, „zamknij się, kobieto, albo sama rób” – jakie to typowe, nie? Patrzyła na wieszany i poprawiany obraz, na plecy Sauriela, uśmiechała się do siebie, zupełnie bez sensu. To było miłe. Milsze niż się spodziewała, że będzie. Powinna mu powiedzieć? Powinna, wiedziała to podskórnie, tak jak podskórnie wiedziała, że to Limbo wysysa z niej życie. Ale kiedy powinna? Który moment będzie dobry? Dzisiaj? Za trzy dni?

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek:
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Sauriel Rookwood (6437), Victoria Lestrange (8541)


Strony (3): 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa