Dom Roberta
Robert wrócił do domu późnym rankiem. Miał kilka zobowiązań, z których musiał się wywiązać - obowiązków, od których nie mógł i nie chciał uciec. Beltane było tuż tuż, a przygotowania do niego zajmowały mu przestrzeń w głowie bardziej, niż cokolwiek innego. Żona, przedłużanie rodu, nawet praca wydawały się blednąć przy tym przedsięwzięciu.
Lecz tuż po przekroczeniu progu domu uderzyło go jakieś dziwne przeczucie. Coś było nie tak. Henrietty nie było, ale to nie było to - mieli przecież żyć obok siebie, nie ze sobą. Mieli być małżeństwem na pokaz, przecież nic do tej kobiety nie czuł. Powinna wypełniać małżeńskie obowiązki i nie wtrącać się w jego sprawy - w zamian on nie wtrącał się w jej. Nie, to nie było to.
Dzwoneczki w jego głowie biły jednak na alarm. Dom wydawał się wypełniony ściskającą gardło pustką. Przeczucie, że coś się stało, nie dawało mu spokoju. Rozejrzał się - wszystko było na swoim miejscu. Szafki, szuflady, idealnie dosunięte krzesła. Każdy element w pomieszczeniu miał swoje miejsce i znajdował się tam, gdzie być powinien. Jednak coś tu nie grało. Przeszedł do gabinetu, swojego azylu, strefy zakazanej dla każdego poza nim samym, chyba że łaskawie pozwolił innym do niego wejść. Tu również wszystko było na swoim miejsce. Poza jednym - niedokładnie domkniętą szufladą, w której trzymał korespondencję i część odręcznych notatek, dotyczących w głównej mierze finansów sklepu oraz domowych.
On nie pozwalał sobie na niedokładność. A może jednak? Zmęczenie ostatnio dawało się Mulciberowi we znaki. Może faktycznie jej nie domknął? Kilka kroków, jeden ruch ręką i już wiedział, że to nie to. Koperta, którą był pewny, że ukrył między kartami grubej księgi, była otwarta i spoczywała na samym wierzchu tak samo otwartych listów.
Apisie,
ulotki trafiły do metra przy Walworth na Landgdale przy Perial Park.
Equus