Adres, który dostał od Irlandczyka, znajdował się całkiem niedaleko - góra pięć minut drogi. Był to zwykły, piętrowy budynek, przytulony do innych. Robert kojarzył, że z jednej strony znajdował się magazyn handlarza eliksirami, a z drugiej strony był chyba sklep walniętej baby bez oka, która wyłupała je sobie, by otworzyć trzecie oko. Czy skutecznie - chyba nie, skoro nadal tu była. Ale być może w tym szaleństwie była metoda, bo przychodziły do niej różne osoby i chyba jej płacili, bo w innym przypadku nie byłaby w stanie utrzymać jednoizbowej klitki. Tyle wiedział na pierwszy rzut oka, gdy jego wzrok spoczął na adresie. Pytanie brzmiało jednak inaczej: jaki miał plan? Nie wiedział bowiem, ile pokojów miał budynek Carrowa. Nie wiedział czy Irlandczyk na pewno przekazał mu właściwą informację o liczbie ludzi, którzy mieli być w środku. Działał na ślepo, bez planu, bo jak tu stworzyć plan, gdy czas naglił, przeciekał przez palce, a grunt powoli usuwał się spod nóg?
Adres, który dostał od Irlandczyka, znajdował się całkiem niedaleko - góra pięć minut drogi. Był to zwykły, piętrowy budynek, przytulony do innych. Robert kojarzył, że z jednej strony znajdował się magazyn handlarza eliksirami, a z drugiej strony był chyba sklep walniętej baby bez oka, która wyłupała je sobie, by otworzyć trzecie oko. Czy skutecznie - chyba nie, skoro nadal tu była. Ale być może w tym szaleństwie była metoda, bo przychodziły do niej różne osoby i chyba jej płacili, bo w innym przypadku nie byłaby w stanie utrzymać jednoizbowej klitki. Tyle wiedział na pierwszy rzut oka, gdy jego wzrok spoczął na adresie. Pytanie brzmiało jednak inaczej: jaki miał plan? Nie wiedział bowiem, ile pokojów miał budynek Carrowa. Nie wiedział czy Irlandczyk na pewno przekazał mu właściwą informację o liczbie ludzi, którzy mieli być w środku. Działał na ślepo, bez planu, bo jak tu stworzyć plan, gdy czas naglił, przeciekał przez palce, a grunt powoli usuwał się spod nóg?
Tylko nami.
Nie miał czasu na zaplanowanie całej tej akcji. Musiał działać teraz. Natychmiast. Musiał pozwolić sobie na odrobinę ryzyka. Improwizować, licząc na to, że jakimś cudem uda mu się dobrać do Carrowa. Stojąc przed budynkiem, którego adres podał mu Irlandczyk, musiał dokonać wyboru. Na ślepo. Na szybko. Nie powinien zbyt długo przyglądać się okolicy. Zwróciłby tym sposobem na siebie uwagę. Dla niektórych mogłoby to wydać się ciut podejrzanym zachowaniem. Nie potrzebował komplikacji.
Wkładając kartkę z zapisanym adresem na powrót do kieszeni swojego płaszcza, ruszył przed siebie. Zdecydował się wybrać sklep prowadzony przez Zwariowaną Betty. Słyszał o nim. Tak samo jak i o samej kobiecie. Jak bardzo musiała mieć nie pokolei w głowie, skoro postanowiła sobie wybić oko? Nawet nie chciał o tym myśleć. To nie było istotne. Nie miało w obecnej sytuacji żadnego znaczenia.
Zbliżając się do drzwi, postarał się dyskretnie wyciągnąć z kieszeni wahadełko. Ścisnął je w wolnej dłoni, chowając ją wewnątrz rękawa swojego płaszcza. Podejrzane? Być może. Liczył jednak na to, iż pozwoli mu to zareagować szybko. Przejść do działania ledwie znajdzie się w środku. Ledwie nastąpił odpowiedni ku temu moment.
Dzwonek zabrzęczał, a on znalazł się wewnątrz sklepu. Rozejrzał się powoli po jego wnętrzu. Nieśpiesznie. W jaki sposób wszystko się tutaj prezentowało? Na co powinien zwrócić uwagę? Ile osób miał w zasięgu wzroku? Wszystko miało znaczenie. Każdy jeden szczegół mógł teraz wpłynąć na to, w jaki sposób zdecyduje się postąpić; jakich działań się podejmie. Może i Robert Mulciber nie był przyzwyczajony do działania w terenie, ale tym czego mu nie brakowało, był zdrowy rozsądek. Potrafił zachować należytą ostrożność. Był też w stanie należycie ocenić to, kiedy należało się wycofać. Zrezygnować z tego, co do tej pory znajdywało się w planach.
Czy w tym konkretnym momencie powinien był działać?
Mulciber przekroczył próg niewielkiego sklepiku. Miał jedną izbę, podzieloną umownie na kilka sekcji. Część sklepowa znajdowała się po lewej stronie - lada, wysokie regały za nią. Stare wszystko i okropnie zakurzone. Jakieś słoiki, kadzidła, susze, wahadełka, kamienie i rozwalone książki. "Antyki", można było rzec. Po prawej stronie znajdowały się dwa fotele, a Robert mógłby przysiąc, że coś się poruszyło pod dziurawą tapicerką. Karaluchy? Pluskwy? Magiczne stworzenie, które go ugryzie w dupę, gdy tylko usiądzie? Być może. Fotele oddzielał okrągły stolik z obdrapanym lakierem. W całym pomieszczeniu śmierdziało stęchlizną, kurzem i pleśnią - te wonie mieszały się z kadzidłami i ziołami, które dni świetności miał dawno za sobą. Szyby w oknach były brudne: przecierane zapewne od święta. Betty nie miała rodziny, ale czasem ktoś litował się nad staruchą i pomagał jej uporządkować przestrzeń wokół siebie. Ale właśnie... Gdzie była ona?
- Piękny pan przyszedł po wróżby! - spróchniały głos zaszeleścił z lewej strony. Zaraz po nim rozległ się szelest ocierającego o siebie materiału, gdy Betty powoli się podnosiła. Musiała coś akurat robić za ladą, schowana, bo Robert nie zauważył jej na początku. Słoik brzęknął o słoik, gdy wariatka wyłoniła się zza kontuaru. Była niziutka, a wrażenie to potęgowała zgarbiona, wysuszona sylwetka. Betty była przeraźliwie chuda, miała pomarszczoną skórę i faktycznie nie miała jednego oka. Drugie jednak, prawe, patrzyło w kierunku Mulcibera bystro, z iskrą szaleństwa. - Pan siada, Betty podejdzie!
Kobieta poruszała się niezwykle wolno. Metodycznie, z prędkością ślimaka stawiała kolejne kroki, kierując się w stronę zapluskwionych foteli.
Tylko nami.
Głos kobiety nie był przyjemny dla ucha. Tak samo widok jej twarzy. Brak jednego oka. Niby człowiek wiedział, ale i tak na moment odciągnęło to jego uwagę od tego, co było istotne. Co stanowiło cel tej wizyty. W jakiś pokrętny sposób, dla Roberta fascynujące było to, że człowiek potrafił się na coś takiego zdecydować. Dlaczego?
Odnotowawszy sobie w domu, że po tej przygodzie będzie musiał najpewniej spalić swoje dzisiejsze ubranie, skierował się w stronę fotela. I upewnić się w tym, że nic go przypadkiem nie ugryzło w dupę lub inną część ciała. Nie protestował jednak, wyczekując odpowiedniego momentu. Nie mógł sobie pozwolić na wpadkę - nawet jeśli według Irlandczyka nie znajdywało się tu o tej porze wiele osób, to ryzyko nadal było spore. On wszak był tylko jeden. Wsparcie nadal nie nadciągnęło.
Cierpliwie czekał aż Betty się zbliży. Znajdzie w odpowiedniej odległości. Usiądzie na drugim fotelu? Tak. To również jej umożliwił. Poczucie pewnego komfortu potrafiło być przydatne. Zwłaszcza, kiedy chciało się utrzymać nad drugą osobą kontrolę.
Zdominować ją.
Przedostać się przez kolejne bariery.
Robert miał w tym całkiem sporą wprawę. Praktykował to od lat, choć rzecz jasna, nie wsposób oficjalny. Do pewnych rzeczy nie należało się przyznawać. Z pewnych umiejętności nie należało korzystać w sposób jawny. Ta się do nich zaliczała.
- Odpowiesz mi na kilka pytań, Betty. - zaczął, wyciągając wcześniej przygotowane wahadełko. Miał je całe szczęście przy sobie. Nie zapomniał, kiedy ruszał z wizytą na Nokturn. - Odpręż się. Spokojnie. Wdech i wydech. Wszystko jest w porządku. Cały czas jesteś w swoim sklepie, prawda? Bezpieczna... - starał się działać zgodnie z tym, czego nauczył się przez lata. Miał w tym wprawę. Powinien podołać. Tylko czy aby na pewno uda mu się wprowadzić kobietę w trans?
Zahipnotyzować, a następnie wyciągnąć z niej odpowiednie informacje?
Rzut na udaną hipnozę - zauroczenie na 4k.
Sukces!
Betty podchodziła do fotela w takim tempie, że można się było zdenerwować. Lecz przecież on nie mógł sobie na to pozwolić. Nie mógł okazać irytacji, bo jego naprędce zlepiony plan zawsze mógł się posypać. Nie mógł przewidzieć, jak zareaguje szalony człowiek, gdy okaże mu się brak szacunku. Usiadł więc i poczekał, aż Szalona Betty doczłapie się do niego i zasiądzie w fotelu naprzeciwko, przy akompaniamencie stękających sprężyn i skrzypiących kości. Wyciągnął wahadło i wprawił je leniwie w ruch, a jedyne oko kobiety na chwilę zbystrzało, zyskało ostrość widzenia. A potem zaczęło powoli poruszać się w jego rytmie, zajmując całą uwagę kobiety.
- Betty jest w swoim sklepie - potwierdziła. Miała dużo cichszy głos, bardziej rozmarzony. Nie trzaskał już jak ogień w kominku, nie był suchy jak wiór. Był... Łagodniejszy, jakby Betty powoli osuwała się w szeroko rozłożone ramiona Morfeusza. Ale nie zasypiała - była przytomna.
Tylko nami.
Cierpliwość była jedną z jego mocnych stron. Tempo z jakim poruszała się Betty, testowało ją, to prawda. Nie pozwolił sobie jednak, żeby zareagować na to w jakikolwiek sposób, który mógł kobietę sprowokować. Zaniepokoić? Zależało mu na tym, aby ta udzieliła mu kilku odpowiedzi. Rzecz jasna, o ile tylko będzie w stanie to zrobić. Jej stan pozostawiał bowiem sporo wątpliwości. Może wybrał źle? Może powinien zdecydować się na inną opcje? Zostawić wariatkę w spokoju?
Nie mógł teraz się nad tym zastanawiać. Musiał działać.
- Właśnie tak. Jesteś bezpieczna i cały czas jesteś w swoim sklepie. - kontynuował, widząc że ta zdawała się poddawać. Coraz bardziej odpływać. - To bardzo ciekawe miejsce, prawda? Interesujące. Z pewnością kryje ono jakieś sekrety, o których nikt nie powinien się dowiedzieć, nieprawdaż? - zadał pytanie, na krótką chwilę urywając. Cały czas obserwował reakcje wariatki. Starał się do nich dostosować. - Opowiedz mi o nich. - zażądał. Może polecenie było w tym przypadku nieco zbyt ogólne, ale Robert nie chciał już na samym początku poruszać kwestii, która interesowała go najbardziej. A nawet więcej. Nie chciał zaczynać od tej, która interesowała go jako jedyna. Będąc człowiekiem ostrożnym, tak też działał. Bez pośpiechu, od ogółu próbując przejść do tych szczegółów, które będą miały znaczenie. Okażą się istotne. Nie mógł popełnić błędów. Nie mógł przez swoje nieodpowiednie podejście trafić na mur, przez który byłoby mu ciężej się przebić.
- Tak - potwierdziła starucha cicho, nie ruszając się nawet o milimetr. Głowę trzymała nieruchomo, podobnie jak całe ciało. Poruszała się tylko i wyłącznie gałka oczna. Widok dość przerażający dla osób, które nigdy nie miały styczności z hipnozą. Betty zdawała się nawet nie oddychać, jakby jej organizm spowolnił tak, jak podczas snu. - W klapie pod dywanem trzymam zapasowe oczy.
Być może to nie było coś, co Robert chciał usłyszeć, ale to z pewnością był jeden z sekretów Betty, którymi ta nie chciała dzielić się z kimkolwiek.
- Piwnica jest połączona siecią korytarzy, ale wszystkie są zawalone - dodała, a usta jej drgnęły. - Betty ma tam przetwory, którymi karmi klientów. Potem do niej wracają, bo są stare, a Betty sprzedaje im leki uspokajające żołądek.
Tylko nami.
Te jedno oko, ten widok - co jakiś czas odciągało uwagę. Nie było to coś, do czego Robert się przyzwyczaił. Nie było to coś, co dało się łatwo zignorować. Może gdyby oglądał Betty codziennie. Tak od przynajmniej kilku lat. Było jednak jak było. Musiał sobie z tym drobnym problemem poradzić. Tą niedogodnością. Słysząc o zapasowych oczach, miał ochotę przekląć. Na Morrigan - naprawdę?! Wiedział jednak, że z zahipnotyzowanym należało działać ostrożnie. Zwłaszcza kiedy z tym zahipnotyzowanym z całą pewnością coś było mocno nie tak. A Betty nie bez powodu uznawana była za nokturnianą wariatkę.
- Betty potrafi przyciągnąć do siebie klientów. - pochwalił kobietę. Cały czas tym mówił tym samym tonem. Starał się niczego nie zmieniać. Wahadełkiem też nie przestawał poruszać. - To dobrze. Na Nokturnie trzeba wykazać się sprytem, prawda? Betty potrafi sobie tutaj radzić. Od tak dawna utrzymuje swój sklep, to prawdziwy powód do domu.
Starał się, powoli, przechodzić od jednego tematu do następnego. A nóż widelec natrafi na coś, co uzna za interesujące. Przydatne. Kto wie? Może uda mu się dokopać do żyły złota? Nawet jeśli była wariatką, nie należało jej przedwcześnie skreślać. Rezygnować ze sprawdzenia tego, co mogła wiedzieć.
- Z takimi sąsiadami jak tutaj, to z pewnością nie jest łatwe, prawda? - ostrożnie zadał kolejne pytanie, upewniając się, że kobieta nadal znajduje się pod wpływem magii. Hipnozy.
Na podtrzymanie hipnozy
Sukces!
Nie wyrywała się spod hipnozy, w jej głosie nie przebrzmiała nawet maleńka nutka zadowolenia. Gdy Robert zapytał o sąsiadów, starucha zmilczała. Milczała dość długo jak na fakt, że zaledwie chwilę wcześniej paplała jak najęta i pierdoliła jakieś kocopoły o starych ogórkach i dżemach w piwnicy, którymi truła swoich klientów tylko po to, by sprzedać im lek na sraczkę.
- Oni są niemili dla Betty. Nie lubię ich - powiedziała w końcu cichutko, nie odrywając oka od wahadełka. - Krzyczą na Betty, że zajmuje lokal. A to mój lokal. Ja płacę. Oni mówią, że chcą tu wyburzyć ścianę i poszerzyć magazyn. Ale ja się nie dam, to MÓJ lokal!
Poszczególne słowa były mocniej zaakcentowane. Robert musiał trafić w czuły punkt - taki, który nawet hipnoza nie była w stanie opanować. Nie znaczyło to, że kobieta się wyrwała spod uroku: znaczyło to tylko tyle, że w końcu jej reakcje mówiły mu więcej, niż puste słowa.
- Ostatnio Betty podrzuciła im smrodka. Zamknęli na tydzień. Dobrze im tak, to źli ludzie, którzy nie wierzą w dar Betty. Ja widzę, że niedługo to będzie ich koniec.
Tylko nami.
Niby nie wyrywała się spod hipnozy, ale coś mu mówiło, że powinien zachować większą ostrożność. Nie naciskać kobiety zbyt mocno? Zwłaszcza w momencie, kiedy istniało ryzyko natrafienia na kolejne, czułe punkty. Mogło to sprowadzić mu nad głowę problemy. Problemów zaś wolałby w tym momencie jednak uniknąć.
- Kto krzyczy na Betty? Kto próbuje się Betty pozbyć? Powiedz mi więcej. - mimo wszystko zaryzykował, dopytał. Mocniej ścisnąl przy tym wahadełko. Dopilnował, aby cały czas było wprawione w ruch. Aby przez cały ten czas wpływało na kobietę. Jeśli kolejna próba nie przyniosłaby żadnych efektów, odpowiednich efektów, w poszukiwaniu niezbędnych informacji, skorzystałby z czegoś innego. Może zmusił tą szaloną babę do pomocy? Albo... albo posłużył się legilimencją.
Pierwsza opcja kusiła jednak znacznie bardziej. W głowie nawet powoli tworzył się plan. Możliwe, że odrobinę szalony. Zakręcony. Idiotyczny? Na szczęście obok nie było Richarda, żeby wybić mu pewne rozwiązania z głowy. Pewne pomysły. Nikt go teraz nie ograniczał - jedynie jego własna wyobraźnia.
- Betty nie chciałaby kolejny raz podrzucić im smrodka? Betty mogłaby mi pomóc. Sama na tym skorzysta. Nikt więcej Betty nie będzie próbował zrobić krzywdy. - oczywiście, że kłamał. Tylko jakie to miało znaczenie? Będąc pod wpływem hipnozy, nie rozumiała. Nie odróżniała prawdy od kłamstwa. Nie była w stanie mu nawet odmówić, o ile tylko za tą odmową nie kryłoby się coś więcej. Silnej emocje? Obawy? Może jakieś blokady? Za chwilę się przekona, jak mają się sprawy; jak wygląda sytuacja. Na ile będzie mógł sobie pozwolić.
Sukces!
Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości