Pewnych przyzwyczajeń, nawyków, nie dało się tak po prostu wyzbyć. Zwłaszcza, kiedy towarzyszyły człowiekowi przez wiele lat. W przypadku Roberta były one, prawie że integralną częścią jego osoby. Albo przynajmniej takie można było odnieść wrażenie. Tak jakby bez tego wszystkiego… Mulciber miał nie istnieć. Ewentualnie okazać się kimś całkiem obcym.
Zamknięty w tym pokoju, rzeczywiście czuł się niczym zwierzę w klatce. Nie lubił tracić kontroli. Szczerze tego uczucia nienawidził. Ta sytuacja była więc dla niego szalenie wręcz trudna. Czy w ogóle był sobie w stanie z tym poradzić? Jakoś ten stan rzeczy zaakceptować? Te położenie, w którym aktualnie obydwaj się znajdywali. Tą zależność od pierdolonego domowego skrzata i kompletnie im obcego człowieka. Takiego, o którym wiedzieli jedno wielkie nic. Znali jedynie nazwisko.
Balfour. Czy mogło im cokolwiek powiedzieć? Szkockie. To na pewno. Tylko co poza tym? Co więcej? Nie wyglądało na to, żeby miał to być jakiś Black. Lestrange. Rookwood. Ta rodzina zdawała się stanowić zagadkę. A oni dwaj – Robert i Rodolphus – nie mieli możliwości odszukania odpowiedzi na wszystkie te pytania, które musiały się pojawić w głowie. Byli zmuszeni do tego, żeby czekać.
A przecież to na niego, na Roberta, zazwyczaj czekali ludzie.
Aż wreszcie skończy. Aż znajdzie czas. Aż poświęci im odrobinę swojej uwagi.
- Poradzę sobie Lestrange. – mało brakował a by tutaj warknął. Do czego to doszło, żeby dzieciak miał go ratować z opresji? Był aż tak bezradny? Nie zamierzał na coś takiego pozwolić. Bo przecież potrafił o siebie zadbać. Radził z tym sobie dotąd całkiem nieźle. Nie był kimś, kogo trzeba było wydostać z bagna, bo sam nie był w stanie tego zrobić. A przynajmniej tak uważał. Tak siebie postrzegał. – Nie potrzebuje pierdolonej opiekunki.
Zdecydowanie nie był sobą. Nie tylko to krążenie po pokoju, ale i kolejne elementy zdawały się przestawać pasować do obrazka. Takie słownictwo? Jeszcze chwilę temu było całkowicie nie do zaakceptowania. A teraz opuszczało jego usta. Z wolna docierało do jego pustego najwyraźniej łba, że nic tutaj nie wymyśli. Choćby zaczął tańczyć i jednocześnie pisał wiersz, ich sytuacja się magicznie nie zmieni. Zwłaszcza, że od magii byli odcięci.
Wrócił na łóżko. Usiadł. Westchnął ciężko.
- Słyszałeś kiedyś to nazwisko? Balfour? – zadał pytanie, być może orientując się, że właśnie to powinni teraz zrobić. Porozmawiać. Omówić wszystko, co omówić mogli. Może stworzyć jakiś plan?
rzuć kostką na WOŚ, przy sukcesie dam Ci jakieś info.