• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
« Wstecz 1 … 3 4 5 6 7 … 16 Dalej »
[1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus

[1946] And his shadow dances along | Vakel & Morpheus
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#11
13.03.2024, 16:50  ✶  

Swobodnym krokiem, z jedną ręką nonszalancko w kieszeni, biorąc kolejny gryz owocu, Morpheus podążył za biednym Vakelem, którego straumatyzowała persymona. Wiatr szarpnął jego szatą i o włos nie zniszczył fryzury, ale posiadanie Potterówny za szwagierkę miało swoje bardzo pozytywne strony. Zamiast jednak złośliwego uśmieszku i pogardy, charakterystycznej dla dręczycieli, którzy zwęszą ofiarę, starszy prefekt stanął obok młodszego i zimną rękę położył delikatnie na plecach przegiętego przez barierkę Krukona. Lekki nacisk między łopatkami, delikatnie sunący w górę, ku karkowi, i w dół, jak zepsuty metronom, nieregularnie i bardzo po ludzku. Chociaż pęd ton stali, stukot kół i świst wiatru porywał wszystkie dźwięki, starszy prefekt stał tak blisko, że linia melodyczna You Won't Be Satisfied , utworu orkiestry Les Brown, popularnego nawet wśród czarownej młodzieży, nie rozmywała się z hałasem, który ich oznaczał, a kilka fałszywych nut pasowało do próby uspokojenia torsji Dolohova.

Mawiają, że gdy człowiek się rodzi, bogowie rzucają nad nim monetą, losując to, czy będzie dobry, czy zły. W to Morpheus nie wierzył, wierzył jednak, że każdy ma dwie strony swojego losu, awers i rewers, orzeł i reszka. I nie spadają jedynie przy narodzinach, ale każda sytuacja to nowy rzut. Longbottomem rządziła Arcykapłanka oraz Sprawiedliwość i teraz to ta pierwsza, miękka mistyczna siła, kierowała jego ruchami, niemalże napełnionymi poczuciem winy.

Przełknął swój kawałek owocu, ale konwulsje wymiotne gwiazdeczki Hogwartu odebrały mu apetyt, więc resztę wyrzucił na znikające pod nimi tory. Z kieszeni wyjął czystą, krochmaloną chusteczkę i zadał pytanie z wielorakich korytarzy apetytu:

— Chcesz pobyć sam, Dolohov?

Wyciągnął maglowaną, bieloną bawełnę z monogramem w narożniku w stronę młodego profety.

Dacza, która pojawiła się w głowie starszego Krukona była w rzeczywistości innym miejscem. Patrząc przez prymat Warowni, wyobraził sobie przy okazji opowieści świeżo upieczonego prefekta domek w głębi lasu, w dziewiczej puszczy, bez dróg i innego transportu niż miotła, bo pole antyteleportacyjne rozlega się na wiele mil dookoła, lodowatą, rwącą rzekę, do której należy chodzić z wiadrem, aby nagrzać wody czy coś ugotować. Spodziewał się czegoś z upodobań swojego ojca i brata, warunków spartańskich, mających uczynić z synów Godryka Longbottoma prawdziwych mężczyzn, którzy nie boją się polowania ani wchodzenia do wartkiego nurtu. Jego dzikie, wilcze nasienie.

Morpheus przywykł już, że obok kolacji z kryształowymi kieliszkami, podczas których wszyscy mieli odświętne szaty, co wieczór, jego rodzina nie stroniła od dużo bardziej proletarialnych rozrywek, jak kąpanie się w jeziorze, pomaganie przy sianokosach i ganianie na bosaka po wsi, ale zapominał o tym i porcelanowe księżniczki, jak Vakel, przypominały mu o tym w takich momentach.

—Nie odsłaniaj tak łatwo słabości.

Zabrzmiał jak swój ojciec.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#12
16.03.2024, 18:26  ✶  
Nienawidził Quidditcha. Nie dlatego, że nienawidził jego zasad, że uważał sport za coś idiotycznego (ale jakby się temu przyjrzeć, to faktycznie zasady Quidditcha były po prostu idiotyczne). Nie chodziło nawet o to, jak świetnymi sportowcami byli jego bracia i jak bardzo od nich odstawał, dostając od ojca wieczne bury za to, jakim był w porównaniu z nimi niedojdą. Chodziło o sebum. O gruczoły łojowe, o podawanie sobie brudnymi rękoma piłki, która dotykała cudzych rąk i twarzy. Obrzydzało go to tak samo, jak obrzydzały go poplamione strony książek w szkolnej bibliotece, jak talerze w Wielkiej Sali, z których jadło trzystu innych uczniów, a później (tak, sprawdził to) były myte w jednej, wielkiej misce, przez co unikał stołowania się tam kiedy tylko mógł. Czy inni mogli uważać go przez to za kogoś obłąkanego? Pewnie tak. No ale on sam przecież nigdy by się z tego powodu za obłąkanego nie wziął - to ze wszystkimi innymi był problem, bo nie potrafili go zrozumieć i żyli w swoim małym, obrzydliwym świecie - takim, w którym śliczny, filigranowy chłopiec, jakim Dolohov był, wybijał się ponad nich jeszcze bardziej, błyszczał jeszcze mocniej...

Dlatego wcale nie brakowało mu arogancji.

- A weź przymknij się może - odburknął mu, ale całkiem zgrabnie przykrył narastającą w nim frustrację wynikającą z pouczenia go. - Twoje brudne łapy nie są moją słabością. - Odwrócił się od barierki, przecierając usta swoją chusteczką, bo tej, jaka została mu podana, nie potrafił już zaufać, ale... Czuł się z tym tak dziwnie, tak niezrozumiale - z jednej strony chciał jak najszybciej wyrzucić całe to zdarzenie ze swojej głowy, z drugiej kiedy tylko powrócił spojrzeniem na Morpheusa i zobaczył wilgotny kącik jego ust, musiał poszukać czegokolwiek innego, na czym mógłby zawiesić wzrok i nie miało to nic wspólnego z konwulsjami obrzydzenia ogarniającymi jego ciało - to było uczucie kompletnie nieznane, którego nie potrafił się pozbyć. Świdrowało mu żołądek i utrudniało oddychanie. Ostatecznie zdecydował się na zamknięcie oczu, na głębokie i powolne wdechy i wydechy, ale dym z komina pociągu wymieszany ze świeżym powietrzem drażniły go o wiele bardziej, niż powinny. Wszystko drażniło go o wiele bardziej, niż powinno.

- Wsadź mi palec do buzi jeszcze raz, to obiecuję ci, że go odgryzę i połknę. - Absurdalna wypowiedź została przez niego wypowiedziana tak wyraźnie i tak poważnie, jak tylko potrafił zrobić to nastolatek pewny prawdziwości tych słów - miało to więc w sobie szczyptę komedii, zwłaszcza kiedy się spojrzało na to, jakim Dolohov był chuchrem, ale wszystkie znaki na niebie i ziemi (głównie te na niebie, bardziej do niego pasowały) opowiadały historię o tym, jak bardzo w to wierzył. I nawet przemknęła mu taka myśl satysfakcji, że gdyby ten palec faktycznie połknął, absolutnie nikt by go już nigdy nie znalazł. No, chyba że by mu rozdarli brzuch i wygrzebali go spośród wszystkich kamieni szlachetnych, jakie pochłonął zamiast szkolnych posiłków.


with all due respect, which is none
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#13
18.03.2024, 19:19  ✶  

Coś obróciło się w żołądku chłopaka. Zgniotła w trzewiach. Po raz pierwszy Morpheus Longbottom poczuł na języku, obok smaku persymony, sadzy i wiatru, coś innego. Głód. Kiedy słowa, jak kropelki jadu, padały w powietrze, nie znalazła się w nim większa potrzeba, niż chęć zatopienia zębów w łabędziej szyi, jakby opanowała go nagle klątwa wampiryzmu. Włożyć dłonie pod szatę i zagłębić paznokcie w skórze, wedrzeć się pod nią, rozerwać żebra i zamknąć się między mięśniami Vakela.

— Obiecujesz? — zapytał Morpheus, ściszonym głosem, chociaż tonem podszytym arogancją porównywalną do tej, którą okazywał młodszy prefekt. Nie patrzył na Dolohova, wyciągając kolejną rzecz z pojemnych kieszeni, paczkę papierosów. Otworzył ją, wyciągnął jednego z pozostałych trzech oraz towarzyszącą im zapalniczkę. Płomyk, który co rusz gasł od pędu, potrzebował chwili, aby odpalić tytoń. Morpheus właściwie nie palił, przynajmniej jeszcze. Ot, kilka towarzyskich papierosów z braćmi, gdzieś na obrzeżach arystokratycznych spotkań towarzyskich, aby wtopić się w tłum. Nawyk mu pomagał, dym uspokajał i chociaż nie czuł jeszcze potrzeby, aby palić, lubił gorzki, ostry smak w chwilach stresu lub gdy bardzo pragnął wyciszyć magię protetycznych wizji, płynącą w jego żyłach.

Płomyk wyciągnął przyszłe rysy Longbottoma na wierzch, ostry, zgarbiony nos, jakby złamany, lekko wysunięta szczęka, ciężkie spojrzenie. Nie miał być szczególnie przystojnym mężczyzną, gdy już zgubi młodzieńczą okrągłość, raczej wizualnie interesującym. Przypominał twarze z popiersi rzymskich imperatorów, wieczne w marmurze, ze swoistą dumną miną na ustach, ściągającą kąciki w dół, z mglistością spojrzenia, pomimo dziwnego wrażenia aż nadmiernej obecności w momencie.

Zaciągnął się papierosem. Odpalił go właściwie tylko dlatego, że kusiło go za bardzo, aby spróbować wepchnąć znów palce w jamę ustną Vakela. Było w tym coś zaskakująco kuszącego, aż nie spodziewał się po sobie tak silnej reakcji, chęci ujrzenia jego zszokowania, może zasmakowałby krwi Longbottoma i znów się zrzygał. Ubawiłoby go to bardzo starszego Krukona, to ryzko. Wizja w jego głowie podszyła się jakimś tabu, w którego głębię spoglądał, nie mogąc zrozumieć, na co dokładnie patrzy. Pomysł, aby wsadzić swoje palce w usta Vakela nagle urósł do rangi sensualnego gestu, nawet jeśli urodził się z chłopięcej potrzebny udowodnienia, że się nie boi.

Bardzo długo wypuszczał z płuc dym i powietrze. Zgasił na wpół wypalonego papierosa o barierkę i włożył z powrotem do paczki. Odbił się biodrami od metalowej poręczy i bez słowa wszedł do wagonu, zostawiając drugiego chłopaka samego.


***

Minął prawie tydzień odkąd pociąg do Hogwartu dotarł do stacji w Hogsmeade. Uczniowie powoli wracali do rytmu nauki, pozostawiając za sobą beztroskę wakacji lub rygor rodzinny, wtapiając się w społeczność rówieśników. Pierwsze zadania domowe i wizje sprawdzianów zostały zapisane na pergaminie, dłonie wracały do nawyku długiego notowania kolejnych słów, wiedzy przekazywanej przez nauczycieli. W końcu również pierwsze kryształy pucharu domu zmieniały swoją ilość w wysokich tubach.

Początki były dla Morpheusa zawsze ciężkie; nawet jeśli Warownia tętniła życiem, ciągłymi gośćmi i rodziną, pociotkami i wnukami, to nie równało się to wielkości ciała studenckiego, a oni wszyscy zostali spleceni wspólnie węzłami przyszłości. Kolejne zależności, niewidoczne dla niego, wpływały na przyszłość, zrywały ją i budowały, cierpliwy czas płynął nieubłaganie, wypełniając luki opowieści setkami ludzkich hostorii, a zanim się dokonały, Longbottom widział je, na jawie, w swoich snach. Zawsze trudniej mu było zatrzymać strumień niż go wywołać.

Bezsenne noce nadchodziły.

Prefekt Krukonów opuścił cicho dormitorium swojego rocznika, minął kolejne piętra i usiadł naprzeciwko posągu Roweny Ravenclaw. Wyjął z kieszeni piżamy talię kart tarota i zaczął ją tasować. Miał długie palce, palce pianisty, mówiły ciotki. Tarocisty, poprawiała je jego matka z wiedzącym uśmiechem. Zegar wskazywał okolice trzeciej i w pokoju wspólnym nie było już nikogo, kto mógłby być świadkiem tej nocnej medytacji. Nawet ogień już ledwie płonął w kominku, a magiczne światła mętnie tylko oświetlały zmęczoną twarz młodzieńca. Karty płynęły przez jego dłonie. Nagły skurcz i jedna wypadła. Zatrzymał tasowanie i podniósł ją do światła.

Z kartonia spoglądała na niego naga Gwiazda. Symbol przetrwania, ta która przychodziła po Wieży, po tym, gdy wszystko zostaje zniszczone. Ta, która nie obawia się natury, ta która akceptuje rzeczy takimi, jakie są.

Przyłożył kartę do brzegu swoich ust, stukając nią i spoglądając w górę, na rysy twarzy patronki swojego domu, mając wrażenie, że ta naigrywa się z niego i że powinien inaczej interpretować sygnał talii, niż akceptację swojego przekleństwa widzenia.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#14
23.03.2024, 14:29  ✶  
Po korytarzu na dole krętych schodów poniósł się wesoły, nieco zbyt głośny śmiech Dolohova, wymieszany z cichym chichotem innego chłopaka, ostatecznie zwieńczony krótkim, ucinającym nie do końca legalny, wieczorny wypad na błonia... „dobranoc”. Tak miękkim, że aż dziwiło jak słowa odbiły się od ścian i poniosły się aż do kołatki strzegącej wejścia do dormitorium. Młodziutki pan prefekt musiał być w naprawdę dobrym humorze, ale nic tak nie rujnowało dobrego humoru, jak mus wspięcia się po tych cholernie wysokich, krętych schodach wieży. Rowena Ravenclaw była inteligentna, to nie ulegało jego wątpliwości, ale musiała jak każdy geniusz pomijać w swoim rozumowaniu sprawy oczywiste, tak przynajmniej sądził Dolohov - bo któż inny umieściłby pokoje moli książkowych tak wysoko, zmuszając ich do przynajmniej jednej karkołomnej wspinaczki dziennie. Był mądry, nikt mu tej myśli z głowy nie wytrąci. Był piękny, był gwiazdą tego miejsca, ale... był też koszmarną ofermą. On sobie z tymi schodami radził, ale z ledwością, a to był piąty rok jego edukacji w tym zamku i piąty rok noszenia szaty w kolorach tejże wieży.

Zastukał kołatką o drzwi, ale usłyszawszy zagadkę, nie mógł jeszcze nic z siebie wydusić, bo go tak zmogło od tego wysiłku, że musiał wpierw ułożyć dłonie na kościstych kolanach, zgarbić się i spróbować złapać tchu.

- A więc, Dolohov...? - Pogoniła go kołatka, ale on machnął jeszcze ręką, bo potrzebował jeszcze chwili. - Czy mam powtórzyć?

- Pas... pas Oriona - odburknął wreszcie, a orzełek wydał z siebie dziwny dźwięk, trochę jak cmoknięcie, ale przecież orły nie cmokały, bo nie posiadały warg. Zdezorientowany nie dodał już nic, nie przerywając ciszy, jaka pomiędzy nimi zapadła - pozwolił wejściu otworzyć się z lekkim trzaskiem, po czym wsunął się do środka i zamknął je za sobą, uważając na niepotrzebnie głośne dźwięki, zupełnie jakby przed chwilą nie zmącił spokoju korytarza swoim gromkim śmiechem.

Pokój wspólny był niemalże pusty, dokładnie tak, jak się tego spodziewał o tej godzinie, bo nie była to pierwsza noc, podczas której nie mógł zasnąć, ale... Chyba wolałby, aby na tym spacerze nakryło go więcej twarzy, niż żeby znajdował się tutaj tylko Longbottom. W głowie zabrzęczały mu ostatnie słowa rzucone w jego kierunku: „Nie dosłyszałeś za pierwszym razem? Mogę powtórzyć to jeszcze raz, wolniej, ale gwarantuję, że to będzie bolało”, w związku z tym nie do końca wiedział, w jaki sposób miałby się z nim w ogóle przywitać. Tamten dzień wciąż żył w jego głowie - jego emocje płonęły, czyniły to wspomnienie tak samo intensywnym jak wcześniej. Czy pałał do niego niechęcią? Nie. Ale trochę się go obawiał, bo nikomu wcześniej nie udało się wywołać w nim takich reakcji, z taką łatwością, tak szybko i... Aż mu zadrżała powieka, kiedy do niego dotarło, że musiał kiedyś dostać się do tego przeklętego dormitorium, a to znaczyło, że musiał przejść tuż obok i poradzić sobie z odpowiedzią na pytanie co uczynić z sytuacją, której bardzo, ale to bardzo nie chciał przez ostatni tydzień roztrząsać.


with all due respect, which is none
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#15
26.03.2024, 15:01  ✶  

Zamkowe ściany były grube. Potężne mury nawet wewnątrz, aby utrzymać konstrukcje oraz naładowanie magiczne, a przy tym być praktycznymi w czasach, gdy mniej rozumiano funkcjonowanie świata, a co za tym idzie, nawet magiczne systemy ogrzewania wymagały tworzenia termosów i kotar w przejściach, aby zachować ciepło. Dlatego też nawet latem w kominkach płonął ogień, by zawsze napędzać magię tego miejsca i przyjemną temperaturę w pomieszczeniach, aby dało spędzać się czas wewnątrz ogromnego zamku w szatach, nie futrach i czapkach. Powodowało to również, że dźwięki rozchodziły się zupełnie inaczej po przestrzeni. Przez to prawdopodobnie Morpheus, skupiony na karcie, nie usłyszał promienistego śmiechu.

Zadarł głowę do góry, jakby stawiał wyzwanie Rowenie Ravenclaw, odsłaniając arogancko gardziel.

Morpheus przed posągiem wyglądał na pół na nawiedzonego, na pół zwyczajnie śmiesznie. Podkrążone oczy, grubymi kreskami rysowane cienie pod czarnymi oczami nadawały wrażenia, że nie ma w ogóle źrenic, ostry kontrast z białkami, srebro skóry pod blaskiem księżyca uwydatniało ostre rysy, z drugiej strony bliżej było do poranka, niż dalej, a on w jedwabnej piżamie w kolorze delikatnego błękitu; jego włosy były tak samo zaczesane do tyłu, nienaganne, jak w czasie podróży i każdego dnia nauki. Wyglądało to niemal nie na miejscu. Zabawnie właśnie.

Zamknął oczy. Odłożył kartę do talii i znów zaczął tasować. Wziął głęboki wdech i niepomny obecności drugiej osoby, która umknęła mu zupełnie w drzwiach Wieży Krukonów, skryta pośród cieni i blasków przyrządów mierniczych, mebli i posągów, zaczął szeptać na jednej nucie, nieszczególnie niskiej, w czymś, co można nazwać falsetem, gdyby miało jakąś linię melodyczną. Nie był uzdolniony muzycznie, a głos zmęczony, drżał nieco. Nie oczekiwał od siebie perfekcji w tej jednej rzeczy, modlitwie:

— Bądź pozdrowiona, wielka Ateno, złotowłosa bogini, strażniczko moja i tego, co mi drogie, błękitnooka Ateno, pani Tarczy, Gwiazdo Wojny i Korono Pokoju, Pani Doskonałości, włócznio, która zawsze trafia, pomóż nam dostrzec to, co naprawdę ważne, proszę, prowadź nasze miecze i umysły, otul mnie swym płaszczem i ochraniaj, rozprosz ciemności, zniszcz ciemne zasłony moralnego umysłu. Daj mi siłę i spokój, ognistooka Ateno, w Tobie pokładam zaufanie.

Wyjął Piątkę z dworu Buław i wtedy zorientował się, że nie jest sam. Spojrzał w bok. Na kartę i znów na sylwetkę. Osoba mówiąca dużo, melodramatyczna, energetyczna, lubiąca polemiki i dyskusje. W negatywnym aspekcie to przemoc, okrucieństwo, żądze i sprzeczne pragnienia. I wcześniejsza Gwiazda, składająca się w bardzo wyraźny obraz. Obraz osoby, która stała w przestrzeni wejścia do Pokoju Wspólnego.

— Mam nadzieję, że wycieczka była warta potencjalnego zawieszenia w obowiązkach — odezwał się głośniej, z chrypką.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#16
06.04.2024, 10:11  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 06.04.2024, 10:11 przez Eutierria.)  
Dolohov nic sobie nie robił z tego, że złamał szkolny regulamin, bo szczerze wierzył we własną niekaralność. Choćby i w jakiś sposób został na tym przyłapany przez kogoś, kto faktycznie chciał zrobić z tym coś więcej, nie miał żadnych podstaw aby sądzić, iż nie uda mu się z tego wyłgać lub odpracować tego w inny sposób niż nudny szlaban, chociaż i to wydawało się być małą karą, bo mimo ekstrawertycznej natury nakazującej mu przebywać w tłumie, wciąż potrafił się wyciszyć i skupić na nauce. Powód tego był zabójczo prosty - z cichymi, mądrymi ludźmi przebywało mu się najlepiej. Dawali mu przestrzeń do wylewania charakterystycznych dla siebie, irytujących potoków słów. Dzielili się z nim spostrzeżeniami, dawali dobre, rzetelne uwagi napędzające jego dalsze rozważania. Inni uczniowie byli ciekawymi obiektami badań, zabawkami, sposobami na zabicie czasu. Lubił widzieć jak silną stanowił dla nich inspirację, ale... To nie było to. Przepis na jego życie, to w którym się nimi otaczał, był najzwyczajniej w świecie receptą na doskwierającą mu samotność. Przez ostatnich pięć lat w Hogwarcie zdobył wielu przyjaciół, ale przyjacielem nazywali go oni. Najprawdziwszą i najszczerszą więź emocjonalną Dolohov utworzył z pająkiem wiszącym nad jego łóżkiem w Dormitorium. Pierwszego dnia chciał go zabić, ale nie mógł go znaleźć. A później nadał mu imię Patrick i nawet kiedy wrócił, nie potrafił zdzielić go trzymaną w dłoni ciżemką, bo przecież nie zabijałby pająka tylko Patricka, a to brzmiało już jakoś... Dziwniej. Gdyby tylko odnalazł w sobie tyle empatii do ludzi, to może zamiast wegetarianinem zostałby dobrym człowiekiem?

Zmrużył oczy, kiedy Longbottom oddał się modlitwie. Nie był w stanie zrozumieć zwracania się w ten sposób do legend i domniemanych innych bytów, ale wiedział o tendencji do wierzenia w rzeczy nadprzyrodzone, jakby miały nad nimi jakąś władzę. To był najbardziej podatny grunt na jego durne gry. Tym się jednak różnił od wyimaginowanych twórców i opiekunów świata, że istniał. Był tu, oddychał, podejmował decyzje i posiadał w sobie tak wiele energii, aby mieć realny wpływ na otaczającą go rzeczywistość.

- Jeszcze kilka sekund temu wątpiłem, ale Atena powiedziała mi, że było warto - odparł z drwiną, lekko zawiedziony faktem, iż nie udało mu się przejść tędy bez zwracania na siebie jego uwagi. Nie był na to gotowy. Czuł to w nogach, kiedy tylko postawił kilka kroków do przodu. Były wiotkie. Czuł to w rękach, mrowiących go bez żadnego konkretnego konkretnego powodu. Na skórze policzków, piekącą go teraz, jakby szczypał go mróz. Nie rozumiał, dlaczego właściwie reagował na niego w ten sposób? To jakiś czar, złośliwe zaklęcie? Magia, przez którą kilka dni temu nie mógł zasnąć nawet po wypiciu eliksiru. Przygryzł wargę, odwracając na moment wzrok. - Znam lepszych bogów, jeżeli lubisz modlić się nad kartami tarota - rzucił nagle, chociaż wcześniej sprawiał wrażenie, jakby miał minąć Morpheusa i iść spać. Tak, miał na myśli siebie. Stanął w bezruchu, w połowie drogi do schodów prowadzących na górę. Posąg Roweny zdawał się patrzeć na niego z jakąś ukrytą pogardą za to, że nie potrafił się powstrzymać, a przecież miał być jednym z tych najmądrzejszych.

@Morpheus Longbottom


with all due respect, which is none
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#17
08.04.2024, 21:54  ✶  

Miękkie spojrzenie utkwił w sylwetce trwającej w mroku schodów, w tym, co było widać w mdłym świetle. Patrzył na kolumnę szyi oraz wiotkość sylwetki, która pozbawiona otoczenia gromady towarzyskiego dworu, wydawała mu się krucha jak trzcina, uginając się na wietrze, jednakże nie dość silna, aby przetrzymać nawałnicę. Trochę jak róża pienna, którą należy otulać sianem przed pierwszymi przymrozkami, jak puchową kołdrą, aby zasnęła na czas zimy i ponownie zakwitła.

Marzyło mu się postawić Vakela przed propozycją wymiany. On nie zgłosi niczego, zatrzyma dla siebie wycieczkę Dolohova, a tamten przedstawi mu bogów, do których lepiej się modlić.

Kwiecie i drzewka owijano w trosce, a on... Myślał o udrapowanych jedwabnych szalach na nagich ramionach w kolorach indygo i błękitu, haftowanych perłami i szlachetnymi kamieniami, o przebraniu go za bystrą Szeherezadę, która opowiadała bajki przez tysiąc i jedną noc, aby uniknąć dekapitacji. Poczuł się niesamowicie brudny z powodu swoich myśli, jakby nieznana lepkość wypełniła głowę, wzbudzając gorąc w trzewiach oraz odrazę do samego siebie. Nie mógł przestać myśleć o zaróżowionych policzkach Vakela, o słodkim pąsie oraz towarzyszącej mu pasji. Ta groźba nadal kołatała się w głowie.

— Opowiedz mi o swoich bogach w takim razie.

Wyciągnął się na podłodze, przewracając się na brzuch i podpierając brodę na dłoniach, aby głową wskazać dwuosobową kanapę, skierowaną w stronę posągu oraz Longbottoma. Mebel na kształt szezlongu wyglądał podobnie do tronów sułtanów Imperium Osmańskiego, a on u stóp, chciał słuchać opowieści. Nie zastanawiał się nad treścią, którą może go obdarzyć, nie wyprzedzając słów, ani swoimi pobudkami, aby zarządać opowieści.

Skupiał się na tym, aby nie myśleć o tym, jak bardzo jest głodny w sposób, jakiego nigdy jeszcze nie znał. Wizje popełnienia tabu. Nie mógł jednak dać młodszemu czarodziejowi żadnej słabości ani wystawić się, jak kaczka na ustawionym polowaniu, wypuszczona w powietrze tylko po to, aby ją zestrzelić.

Problem leżał w tym, że nieprzespane noce rozmazywały rozsądek.

Karty rozsypały się po podłodze, gdy szturchnął je nogą, brak snu uczynił go bardziej roztrzepanym, niż był zwykle, przyprawił też rzeczywistość o pewnego rodzaju odrealnienie. Talia rozłożyła się na posadzce, zatrzymując przy dywaniku, jedna karta, jak dzięki urokom, była odwrócona, pośród wielu, wielu jednakowych koszulek rewersów. Trójka mieczy. Serce przebite ostrzami, niczym z chrześcijańskiej ikonografii maryjnej. Nie zwrócił na nie uwagi, cały czas trzymając uwagę na gwieździe tego wieczoru i wielu myśli Longbottoma.

Chciał odczuwać wyższość, nawet w pozycji uległości, widział jednak siebie jako coś obrzydliwego. Zapewne Dolohov puściłby kolejnego pawia, słysząc myśli, mając przed oczami wyobrażenia, jakie samoistnie wpływały do nastoletniej głowy.

Uśmiechał się, w ten irytujący sposób, świetlisty, niemal natchniony jakąś mocą z innego świata, trochę w uśmiechu kogoś, kto zna datę końca świata, a trochę w uśmiechu kogoś, kto nie spał zbyt długo i rzeczywistość nie miała żadnego znaczenia. Chciał opowieści.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#18
24.04.2024, 21:25  ✶  
Dolohov nie czuł się w tym momencie trzciną. Nie czuł się niczym delikatnym, jeżeli kiedykolwiek miał przetrwać jakąś nawałnicę, to właśnie dzisiaj - teraz, w tym momencie, w którym widząc spojrzenie Morpheusa znalazł w sobie energię na to, aby jego mina pozostała niewzruszoną, a chuderlawe ręce nie zadrżały mu mimo coraz silniejszego napięcia, jakie go nawiedzało. Chyba się w tym wszystkim zgubił. Nie... nie chyba, tylko na pewno. Mimowolnie przypomniał sobie dzień pierwszej nauki wróżenia z dłoni, kiedy Kassandra ujęła jego zaczerwieniony nadgarstek i odwróciła go, a później uśmiechnęła się z lekką drwiną. Wypucowana, mięciutka skóra Vasilija kryła sekret, jakim by się nikt na jego miejscu nie podzielił - widmo nieszczęścia zapisane w czymś tak idiotycznym jak linie jakie miał na niej od urodzenia. Trochę wcześnie na taką myśl, co? Że tą nawałnicą niszczącą mu życie miał być ktoś, kogo poznał w wieku piętnastu lat. Dlatego starał się tak tego nie postrzegać. To była co prawda zupełna nowość, tak. Nigdy wcześniej się tak nie czuł, nikt go nigdy tak łatwo nie wyprowadził z równowagi, to prawda. Ale to jeszcze przecież nie musiało oznaczać, że ta znajomość odbije na nim piętno na resztę życia. Nie mógł istnieć człowiek, od którego nie zdoła się uwolnić, a jeżeli nawet ktoś spróbuje się tak do niego przykleić - powinien być gotowy na udźwignięcie ciężaru jego jestestwa.

- Ha - rzucił, niemal piskliwym głosem, stawiając do przodu duży, pewny krok ja na tak niskiego jeszcze dzieciaka. Czarna szata zatrzepotała wraz z tym, jak wykonał ruch. - Znasz już aż jednego. - Oczywiście, że był trochę obłąkany, mówiąc tak o sobie... Nikt normalny nie miewał jego fantazji o posiadaniu władzy. Być popularnym, bogatym - na to wpadali wszyscy mający wyobraźnię - ale być królem, nosić na barkach ciężar podejmowania decyzji za innych, móc skazać ich na zapomnienie jednym gestem - to już były te czeluści, do których zapędzało się o wiele mniej śmiałków. A on? On już dawno przekroczył tę granicę. On już był popularny i bogaty. Urodził się w dobrej rodzinie z tradycjami, miał na wyciągnięcie ręki tak wiele rzeczy, o których innym się nie śniło - ale zawsze chciał więcej. Mógł urodzić się jako Widzący, ale i tak uwielbiał być ślepy na to co już posiadał - zawsze chciał więcej - władzy, możliwości, prawa decydowania o sobie.

Ta potrzeba prowadziła go momentami w objęcia okrucieństwa. To lubił pomijać w myśleniu o sobie. Wolał skupić się na przykład na zdolności do podejmowania ryzyka. Bez podejmowania się go nie można było liczyć na gwałtowny sukces, prawda? Ale to było gdybanie piętnastolatka. Piętnastolatka, który niezależnie od popełnionych błędów miał opaść na miękką poduszkę finansową swojego ojca. Nie było czegoś, czego nie miał w garści - czas jedynie płynął nieubłagane, ale jeśliś ktoś miał wygryźć Slughornom sekret podróży w czasie, to kto by to był jak nie on. Nikt.

Czy to okrucieństwo przez niego przemawiało, czy ryzykanctwo, kiedy idąc w kierunku tej sofy, chciał przejść mu po plecach?

- Twój nowy bóg - już nie jego - to chodząca pokusa, żeby odkryć jego sekrety. - Dlaczego tak bardzo chciał, żeby zrobił to właśnie on? To wiedziały już pewnie tylko gwiazdy. - Wiesz, jakie to uczucie myśleć o nim? - Ostatecznie przeszedł nad nim, na moment zasłaniając usta, kiedy robił krok do przodu. Jego but zahaczył o jedną z kart, wyginając jej róg. - Jest jak stanie na błoniach nocną porą - taką jak ta, w którą wyszedł na przekór szkolnemu regulaminowi - kiedy mgła i pełnia księżyca sprawiają, że wszystko wokół staje się niebieskie. - Twarze, oczy, drzewa, woda. Mury zamku.


with all due respect, which is none
ceaseless watcher
Vigilo, opperior, Audio.
wiek
43
sława
IV
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny
Średniego wzrostu czarodziej (176cm), ubrany w modne szaty, szpakowate loki sięgają mu za ucho, a na twarzy nosi dość długi zarost, broda jest w wielu miejscach siwa. Ma ciemne, niemal czarne oczy. Emanuje od niego bardzo niespokojna energia.

Morpheus Longbottom
#19
02.05.2024, 21:59  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.11.2024, 01:11 przez Morpheus Longbottom.)  

Wziął głęboki wdech, który zaszeleścił. W chwili napięcia i dumnych słów Vakela, Morpheus zwątpił w swoich bogów. Bo co, jeśli gwiazda z bożej łaski, szkolny celebryta spojrzy na niego i ujrzy, że uczucia wobec niego nie są negatywne. Co, jeżeli otworzy jakieś drzwi w jego wnętrzu, których nie będzie mógł już zamknąć? Co się wtedy wydarzy? Nie ufał jemu. Nie ufał sobie, co odczuwał jako największą zdradę. Zagryzał wnętrze policzka.

— Nie wciśniesz mi kitu, że cię znam. Ani że nadajesz się na boga. Nie ma miejsca na chwałę dla proroków.

Dlatego on zamierzał skończyć swoje życie szybko, zanim wypowie jakąś przepowiednię, która sprawi, że niczym Kasandra będzie oglądał śmierć i zagładę swojego domu, upadek murów Warowni. Dogłębnie wierzył, w sposób dramatyczny dla tego okresu w życiu, że takie jest jego przeznaczenie i musi od niego uciec. Nie chciał tylko robić przykrości swojej matce.

Nawet jeśli skóra Morpheusa Longbottoma zawsze lśniła słonecznymi półtonami, a ciepła ciemność spojrzenia bardzo często zmieniała się w zapraszającą czekoladę, jego kolorem był błękit żył pod skórą, widocznych na nadgarstkach i tworzących zwycięskie V pomiędzy palcem serdecznym oraz wskazującym. Przecież w jego żyłach płynęła błękitna krew. Nawet jeśli energia jego portretu urodzeniowego była pełna ognia i męskich aspektów, a on sam wzywał w swoich modlitwach Atenę najczęściej, chociaż karty jego życiowej ścieżki to Kapłanka i Sprawiedliwość,  a on sam żył faktami i danymi, to jego dusza utożsamiała się najbardziej z wodą.

Coś niesamowicie sprzecznego działo się w te kilka chwil w umyśle Morpheusa. Dwa różne prądy ścierały się wewnątrz oceanu jego myśli, a nad nimi, nad kotłującymi się, spienionymi bałwanami toczyła się burza. Należało się tego spodziewać po Longbottomie, chociaż bardzo starał się, aby jego emocje nie eskalowały. Burza hormonów organizmu, który nie umiał zinterpretować różnych sygnałów, pomieszana z niepewnością, nowymi odczuciami i pytaniami na temat własnej tożsamości.

Dlatego właśnie stalowy gniew burzowych chmur zabrzmiał łamiącymi się w pół falami sztormu, gdy usłyszał dźwięk. Właściwie nie słyszał, co mówił Vasilij, a ten jedne dźwięk. Gniecionego kartonika.

Chciałby, aby sytuacja potoczyła się tak, jak chciał. Wstałyby stoicko z kartą między dwoma palcami, oparłby się o podłokietnik, zwisając nad młodszym czarodziejem i kazałby mu z uśmiechem przepraszać. Tak byłoby, gdyby nie oceaniczna furia jego wadliwych genów. Koniec końców był również synem swojego ojca.

Dlatego w interwale gdy Dolohov siadał, on wstał do kucków. Gdyby był sprawny, jak swoi bracia, złapałby go za kostkę jedną ręką, a drugą za kolano i nacisnąłby w obie strony, aby sprowadzić gwiazdę socjomatryczną z jasnego firmamentu wprost na podłogę. To również się nie wydarzyło.

W innej rzeczywistości zebrał karty, przyjrzał się tej zagiętej i uciekł do swojego Dormitorium, aby krzyczeć w poduszkę, budząc przy tym Anthony'ego. W tej wersji wydarzeń był bardziej synem swojej matki, kobiety łączącej dary wieszczenia i chłodnego umysłu naukowca z nutą romantycznej egzaltacji.

W tej wersji Morpheus bezpośrednio złapał Vakela za przód magicznej szaty. Nie spojrzał na to, jaką kartę uszkodził Krukon, ignorując wróżbę, jaka jasno rysowała się na podłodze Pokoju Wspólnego. Karty nie mógłby być bardziej bezpośrednie. Zamiast tego uniósł drugą rękę z zaciśniętą pięścią, z furią pokoleń Longbottomów, z ciężkim spojrzeniem. W ostatnim momencie jednak otworzył dłoń, aby uderzyć płasko, zamiast wybijać zęby przyszłemu profecie narodów.

Emocje, które nim targały, gdy stał pośród rozrzuconych kart i porzuconych słów, znów zbyt blisko Vakela, sprawiały, że wyglądał głupio.



And when I call you come home
A bird  in your teeth
the end is here
god (self-diagnosed)
If we swallow all the friends we have,
who will be there to blame
for things we've done

when the worlds collapse?
wiek
41
sława
VII
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
celebryta, widzący, twórca
Celebryta; Jedno z najbardziej znanych nazwisk Londynu. Nosi się w drogich ubraniach w gwieździste wzory, a jego ulubiony kolor to niebieski (najczęściej w ciemnych tonach, przeszywany złotą lub srebrną, błyszczącą nicią). Jest bardzo wysoki, ma ponad 180 centymetrów wzrostu i jest przy tym bardzo chudy, wręcz wychudzony. Zawsze przepięknie pachnie - nie wychodzi z domu bez spryskania się drogimi, męskimi pachnidłami. Czaruje słowem - wie jak mówić, aby docierać do ludzi.

Vakel Dolohov
#20
07.05.2024, 18:41  ✶  
Dolohov czuł tę scenę. Nie chciał, aby wisząca nad nią, ciemnoniebieska aura zniknęła - chciał w niej utonąć, chociaż rzadko miewał takie pragnienia, a... kiedy chodziło o innych ludzi? Chyba nigdy. Upadł, coś go ugryzło i opuchlizna przysłoniła resztki poczytalności - w jego marzeniu mogliby pobawić się tą rozmową jak w improwizowanym teatrze, zobaczyć gdzie zaniesie ich ryzyko, którego się podjął. To był jego księżyc - jego mały, magiczny ogród na księżycu, pełen kwiatów, które Morpheus zechciał zrujnować. Zerwać je, rozdeptać, potraktować jakimś ogniem piekielnym płynącym z tego, że najwyraźniej pomylił się wobec niego - nie był nikim, kogo powinien obdarzyć tak głęboką uwagą.

Nie chodziło tylko o to, że próbując otworzyć bramę do głowy Morpheusa nie mógł poczuć się jak jego władca. Już idąc nad nim, czuł się jak pan na swoich włościach, nawet jeżeli stojąc w przedsionku tak złożonego i ciekawego umysłu nie powinien odważyć się na nic ponad niepewne spekulacje.

Chodziło o traumy. Traumy, których nie zdołał przed nim ukryć.

Jak reagują ludzie, których uderzasz niespodziewanie w twarz? Płaczem? Krzykiem? Chaosem? Chęcią oddania ci ze zdwojoną siłą, żebyś poczuł, jak to jest? Po Dolohovie można było spodziewać się wielu rzeczy - bo był delikatny, bo to ciało nie miało żadnych szans w starciu z kimś, kto parał się pracą fizyczną w choćby najmniejszym stopniu, jednocześnie miał bardzo dominujący charakter. Można więc pomyśleć z zachwytem - walczyłby. Niestety w tej ruinie tej pięknej sceny, żaden był z niego wojownik, momentalnie stał się niewiastą w opałach - żałośnie wręcz drobny, wychudzony, o dziewczęcych oczach przykrytych woalką ciemnych, wilgotnych rzęs. Piękny, ale na pewno nie piękny w takim znaczeniu, jakiego chciałoby się użyć wobec mężczyzny. Jego ojciec, ten co go uderzył w ten sposób nie raz i nie dwa, nie zważając na takie drobnostki jak to czy trzymając rękę w określony sposób, zada mu przy takim wylewie frustracji mniej bólu, nazwałby go po prostu zniewieściałym. Z takiej odległości, trzymając go za fraki, zmuszając go do zmierzenia z ciosem, przed jakim nie był w stanie się obronić, można było podziwiać jak człowiek mający się za kogoś lepszego w każdym calu, nawet nie próbuje się odsunąć. Przyjął ten cios z całą jego mocą, zaciskając jedynie oczy. Bo kiedy jego ojciec decydował, że pora zaprowadzić go pod pręgierz, mówienie mu nie po prostu nie działało, a zasłanianie się ręką powodowało, że powtarzał to kilka razy mocniej.

Dla niego to był absolutny koniec tej znajomości. Uderzone miejsce zrobiło się czerwone, ale on ani nie płakał, ani nie wyglądał na kogoś, kto Morpheusowi odda. Wyglądał na zwyczajnie zawiedzionego.

- Niech twoją karą za to skurwysyństwo będzie to, że nigdy nie dowiesz się tego, o czym bym ci opowiedział. - Mówił spokojnie, powstrzymując się przed napluciem mu w twarz. To byłoby fantastyczne, gdyby to zrobił. Gdyby potrafił domknąć w ten sposób tę historię, dać sobie przynajmniej tę jedną, drobną rzecz. Niestety nie był do tego zdolnym. Jak skończony tchórz, potrafił jedynie odejść w ciszy, nie dając sobie choćby uszczknąć sekundy triumfu. Gdzieś po drodze szepnął do siebie, że to się w nim kiedyś zmieni, ale mylił się - najwyraźniej niektórym zapisano w gwiazdach zwycięstwa jedynie w potyczkach słownych.


with all due respect, which is none
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Anthony Shafiq (472), Morpheus Longbottom (13230), Vakel Dolohov (14131)


Strony (7): « Wstecz 1 2 3 4 5 … 7 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa