Pojawił się i Esmé w całkiem dobrym nastroju, miała nadzieję, że szybko mu to nie minie. Nie do końca wiedziała, czego powinni się spodziewać po tej wyspie, na którą mieli dopłynąć. Poczuła, że serce mocniej jej załopotało, kiedy stanął tuż obok niej, nie opuszczało jej to uczucie, które objawiło się, kiedy znaleźli się w tym miejscu. Było to dziwne, a jednak całkiem przyjemne, świadomość, że jeszcze potrafi kochać, a nie tylko zatracać się w rzeczywistości, szukając jak najsilniejszych doznań, byle tylko nie myśleć o tym, co było. Całkiem niezła odmiana. - Mój najwspanialszy kaletniku, dobrze cię widzieć. - Posałała mu ciepły uśmiech, bo mimo tego, że sytuacja nie należała do tych bezpiecznych, to cieszyła się, że jest tuż obok. - Pewnie masz rację i one zdechły, nie sądzę, żeby miały więcej szczęścia od tych ryb. Może to i lepiej. - Nie poruszył jej wcale smród, czy widok śniętych zwierząt, nie zrobiło to na niej wrażenia - żadnego, bywała w zdecydowanie mniej atrakcyjnych miejscach, a i sama czasem taplała się w obrzydliwszych materiach. Taka praca.
Yaxley przeniosła wzrok na Perseusa, gdy został wywołany do odpowiedzi. Nie zdawała sobie sprawy, że został pobłogosławiony dodatkowym zmysłem. Może to w ramach rekompensaty za to, że był nie do końca sprawny? W naturze musiała pozostawać równowaga, coś mu zabrano, coś dano? Nie miała pojęcia, ale historia, którą sobie do tego dopisała wydawała jej się mieć sens. Zmrużyła oczy, co świadczyło o tym, że słucha uważnie tego, co ma do powiedzenia, próbując znaleźć w tym jakieś wskazówki. Tyle, że aury, jakoś nigdy specjalnie jej nie interesowały, może świeżo upieczony małżonek widział świat na różowo? Kto go tam wiedział. Falowanie i spadanie, czerń, żywe trupy, może miało to ze sobą coś wspólnego. Po tym krótkim wprowadzeniu Black ruszył na łódkę, miała wrażenie, że prawie wylądował w jeziorze, jednak jakimś cudem udało mu się wejść do łajby. Szkoda by było, żeby tak szybko się zamoczył, więc dobrze się stało, że jednak udało mu się tam dotrzeć w jednym kawałku.
Gerry nie obraziłaby się za wyciągniętą rękę, była nauczona tego, jak powinna zachowywać się panna z dobrego rodu, tyle, że sama jakoś nigdy specjalnie się tym nie kierowała, potrafiła jednak odwzajemnić gesty. Wbrew pozorom, jakie sprawiała.
Na jej twarzy pojawił się szyderczy uśmiech, a oczy błysnęły podejrzliwie, kiedy Prewett wspomniał o tym, że wyznaczył sobie osobę decyzyjną. - Mhm. - Mruknęła jedynie cicho, żeby nie było, że tego nie zarejestrowała, jednak nie zamierzała brać sobie do serca jego słów. Jedyną osobą decyzyjną, jaką znała była ona sama. Nie zamierzała tego kwestionować (trudno by było po tylu latach pracy w pojedynkę), szczególnie, gdy wokół mogły czaić się żywe trupy. Nie chciała zostać ich obiadem, nie dzisiaj.
Ugryzła się w język, żeby nie zapytać Victorii dlaczego więc ministerstwo nie zajęło się sprawą samo. Nie miała zamiaru się kłócić teraz o to, jak jej zdaniem było nieudolne. Autentycznie nienawidziła tej instytucji, czego zresztą nigdy nie ukrywała.
Żwawym krokiem ruszyła do łódki, bo tylko ona została na pomoście. Wskoczyła na nią jednym, zwinnym ruchem. Mogli wypłynąć wreszcie ku nieznanemu. - No tak, lepiej użyć magii, bo nie daj Merlinie jeszcze ktoś się zmęczy krótkim wiosłowaniem. - Całkiem bawiło ją to, że większość z czarodziejów wyręczała się magią w najprostszych czynnościach.

![[Obrazek: 2eLtgy5.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=2eLtgy5.png)