29 czerwca 1972
Robert & Vera
Drobne prośby. Wymieniane przysługi. Dostanie się na ostatnie piętro Ministerstwa Magii, nie było zadaniem prostym w realizacji. Nie było czymś, na co pozwolić mógł sobie każdy. Tyle tylko, że Robert Mulciber nie był każdym. Nie był też kimś, dla kogo okazało się to misją niemożliwą do wykonania. Wystarczyło tylko odezwać się do kilku osób. Zwrócić się do nich z prośbą o drobną pomoc. Reszta natomiast... reszta to już historia, na opowiadanie której nie będziemy tracić tutaj miejsca. Miejsca oraz czasu.
Siedząc za masywnym, sporych rozmiarów biurkiem, cierpliwie czekał. Czas nie grał roli, kiedy coś chciał. Kiedy czegoś oczekiwał. Na coś liczył. A dokładnie tak było w tym przypadku. Zajmując miejsce, które od lat należało do niej, pozwolił sobie zerknąć na znajdujące się na wyciągnięcie ręki papiery. Notatki. Był tutaj sam, więc co za tym idzie - niczym nie musiał się przejmować.
Jedynie Verą Travers, która najwyraźniej zdecydowała się udać na nieco dłuższą przerwę. Aż chciało się przekornie zapytać czy spędzała ją w równie przyjemny sposób, co zawsze? Wiedziałaby do czego nawiązywał. Wiedziałaby, co konkretnie miał na myśli. Tylko czy teraz, w tym momencie, zamierzał wracać właśnie do tego? Pozwolić sobie na to, aby popłynąć w tak odmiennym kierunku w stosunku do tego, co planowali? Choć skłamalby twierdząc, że czekając na ciemnowłosą, nawet przez chwilę nie myślał o tych starych dziejach, to jednocześnie doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że sprowadziło go tutaj coś zupełnie innego. Inna sprawa. Inny interes.
Na nim właśnie powinien był się skupić.
W końcu nie bez przyczyny na nowo się w to wszystko zaangażował.
Skrzypnięcie drzwi. (Dlaczego to zawsze musiało być skrzypnięcie drzwi? Tak ciężko było naoliwić zawiasy? Jakoś zaradzić temu problemowi?) To właśnie ono poinformowało go o tym, że ktoś wszedł do gabinetu. Sprawiło, że oderwał wzrok od tego, co trzymał w rękach. Trzymany plik dokumentów nieśpiesznie odłożył na właściwe miejsce, dbając o to, aby niczego nie pomieszać. Nie wprowadzić w tym wszystkim bałaganu. Nawet nie dlatego, że nie chciał zrobić problemu; że mu zależało; że nie chciał Very zirytować. Po prostu tak już miał. Zawsze dbał o porządek. Znaczenie miał dla niego nawet najmniejszy szczegół.
- Zamknij drzwi, zanim ktoś zdecyduje się wywołać zamieszanie. - odezwał się, na tyle cicho, żeby przypadkiem nie ściągać na ten konkretny gabinet nadmiernej uwagi. Chociaż zdecydował się na ten krok (czy w innym przypadku udałoby mu się przekonać Verę do spotkania? miał tutaj uzasadnione wątpliwości), nie chciał ściągać na nią problemów. Podobnie na tych, którzy umożliwili mu zorganizowanie tego spotkania. - Potrzebuje z Tobą porozmawiać. - poinformował ją, nie podnosząc się z fotela, nie wstając zza biurka. Było mu zbyt wygodnie. Było to zbyt naturalne. Zwłaszcza, kiedy chodziło o ich dwójkę. Przecież to zawsze wyglądało w taki sposób. Jedynie pomieszczenie było inne. Znajdywało się kawałek dalej. Nieco większe. Zajmowane teraz... cóż, przez jego następce. Nie traćmy jednak czasu na wypowiadania się na temat tego człowieka.
Tym samym więc siedział przed nią tak jak niegdyś; jak dawniej. Jedynie nieco starszy, co dało się bez trudu zauważyć. Więcej siwych włosów. Więcej zmarszczek na twarzy. Starannie ogolony, z odpowiednio ułożonymi włosami, ubrany w cienki, czarny golf, tak niepasujący do aktualnej pogody, był wciąż tym samym człowiekiem. Przynajmniej na pierwszy rzut oka.