Swobodnym krokiem, z jedną ręką nonszalancko w kieszeni, biorąc kolejny gryz owocu, Morpheus podążył za biednym Vakelem, którego straumatyzowała persymona. Wiatr szarpnął jego szatą i o włos nie zniszczył fryzury, ale posiadanie Potterówny za szwagierkę miało swoje bardzo pozytywne strony. Zamiast jednak złośliwego uśmieszku i pogardy, charakterystycznej dla dręczycieli, którzy zwęszą ofiarę, starszy prefekt stanął obok młodszego i zimną rękę położył delikatnie na plecach przegiętego przez barierkę Krukona. Lekki nacisk między łopatkami, delikatnie sunący w górę, ku karkowi, i w dół, jak zepsuty metronom, nieregularnie i bardzo po ludzku. Chociaż pęd ton stali, stukot kół i świst wiatru porywał wszystkie dźwięki, starszy prefekt stał tak blisko, że linia melodyczna You Won't Be Satisfied , utworu orkiestry Les Brown, popularnego nawet wśród czarownej młodzieży, nie rozmywała się z hałasem, który ich oznaczał, a kilka fałszywych nut pasowało do próby uspokojenia torsji Dolohova.
Mawiają, że gdy człowiek się rodzi, bogowie rzucają nad nim monetą, losując to, czy będzie dobry, czy zły. W to Morpheus nie wierzył, wierzył jednak, że każdy ma dwie strony swojego losu, awers i rewers, orzeł i reszka. I nie spadają jedynie przy narodzinach, ale każda sytuacja to nowy rzut. Longbottomem rządziła Arcykapłanka oraz Sprawiedliwość i teraz to ta pierwsza, miękka mistyczna siła, kierowała jego ruchami, niemalże napełnionymi poczuciem winy.
Przełknął swój kawałek owocu, ale konwulsje wymiotne gwiazdeczki Hogwartu odebrały mu apetyt, więc resztę wyrzucił na znikające pod nimi tory. Z kieszeni wyjął czystą, krochmaloną chusteczkę i zadał pytanie z wielorakich korytarzy apetytu:
— Chcesz pobyć sam, Dolohov?
Wyciągnął maglowaną, bieloną bawełnę z monogramem w narożniku w stronę młodego profety.
Dacza, która pojawiła się w głowie starszego Krukona była w rzeczywistości innym miejscem. Patrząc przez prymat Warowni, wyobraził sobie przy okazji opowieści świeżo upieczonego prefekta domek w głębi lasu, w dziewiczej puszczy, bez dróg i innego transportu niż miotła, bo pole antyteleportacyjne rozlega się na wiele mil dookoła, lodowatą, rwącą rzekę, do której należy chodzić z wiadrem, aby nagrzać wody czy coś ugotować. Spodziewał się czegoś z upodobań swojego ojca i brata, warunków spartańskich, mających uczynić z synów Godryka Longbottoma prawdziwych mężczyzn, którzy nie boją się polowania ani wchodzenia do wartkiego nurtu. Jego dzikie, wilcze nasienie.
Morpheus przywykł już, że obok kolacji z kryształowymi kieliszkami, podczas których wszyscy mieli odświętne szaty, co wieczór, jego rodzina nie stroniła od dużo bardziej proletarialnych rozrywek, jak kąpanie się w jeziorze, pomaganie przy sianokosach i ganianie na bosaka po wsi, ale zapominał o tym i porcelanowe księżniczki, jak Vakel, przypominały mu o tym w takich momentach.
—Nie odsłaniaj tak łatwo słabości.
Zabrzmiał jak swój ojciec.