Jak dobrze, że Limbo nie odebrało mu nic więcej, niż wolności. Chociaż tą kochał najbardziej, to skoczyłby ze szczytu London Bridge, gdyby stracił możliwość upajania się na różne sposoby. W wieczór taki jak ten, ubóstwiał dorobek kulturowy swojej rodziny i winiarskie tradycje przywiezione przez pierwszych Lestrangów z Francji. Czy to nie wspaniała rzecz, mieć na terenie własnej posesji, winną piwniczkę z najprawdziwszymi skarbami? Właściwie to coś więcej, niż sama sztuka, bowiem wino dawało coś więcej, niż efekt wizualny, czy słuchowy. Działało przede wszystkim na doznania smakowe, nie wspominając już o wspaniałych aromatach, a co najważniejsze, świat stawał się jakiś taki bardziej przystępny, przynajmniej tak już w drugiej połowie butelki.
Potrzebował się w końcu nieco znieczulić, przynajmniej po tej emocjonalnej przejażdżce błędnym rycerzem, jaki zaserwowała mu Cynthia. Niby miało się jakoś ułożyć, coś wyklarować. Tak sądził, a raczej obstawiał, że po tych wszystkich rytuałach miłosnych, niektóre rzeczy staną się prostsze z uwagi na jaką próbę zostały wystawione. A zmieniło się tylko tyle, że dowiedział, iż nie jest jedyny w kolejce po serce panny Flint. Z jednej strony, tej rozsądniejszej dobrze się stało, że nie dowiedział się kim jest ten drugi, z drugiej miał ochotę połknąć pięść ze złości. Dla niego byłoby to o wiele łatwiejsze, pójść i wywołać piekiełko, wpakować się w kłopoty, spędzić noc w areszcie, niż zostać sam na sam ze swoimi emocjami.
Dlatego, żeby jakoś to odreagować postanowił, że pierwszy dzień lipcowy będzie idealnym do degustacji win. Dlatego już po obiedzie kazał sobie przygotować w piwniczce, bo tam przynajmniej temperatura była dla niego znośna, zastawiony stolik z krzesłami, dobrą płytę gramofonową i deskę serów, gdzie jeden śmierdział bardziej od drugiego. Był mniej więcej w połowie butelki, kiedy zaczęło mu się nudzić w oczekiwaniu na swoją towarzyszkę wieczoru. Château Pétrus o głęboko rubinowym kolorze, w bukiecie wybijają się bardziej aromaty jeżyn, fiołków, mirtu i drzewa cedrowego, a w tle odrobina tytoniu. Dzień wcześniej przyłapał nowo zatrudnionego w rezydencji, młodego skrzata z przypinką Zjednoczonych z Puddlemere. Musiał być nowy na kuchni, inaczej wiedziałby, że pod tym dachem komu jak komu, ale granatowym nie wypada kibicować. Szczególnie drażniło to Louvaina, który jako ex zawodnik Srok, nienawidził ich z natury.
Właśnie dlatego ten sam skrzat zmuszony został do trzymania większej od niego samego, drewnianej tablicy z wizerunkiem pewnego romskiego jasnowidza, zamkniętego w kilku kręgach z naniesioną na nich punktacją. - No nie trzęś że się tak, bo zaraz trafię ci w łeb, pokrako! - zrugał skrzata, podirytowany kolejnym nietrafionym rzutem noża do sera w tablicę. Ściągnął z siebie marynarkę, a nawet ciemną koszulę, która tylko krępowała mu ruchy przy zamachach nożami do celu, zostając tylko w czarnym bezrękawniku. Właściwie to nawet dobrze się teraz bawił, kiedy mógł zagrać sobie kosztem kogoś słabszego, to nawet dodawało całości pewnego uroku. Resztę skrzatów zagonił do pilnowania swoich obowiązków no i wyczekiwaniu specjalnego gościa, tak aby pannę Black od razu przyprowadziły do niego, do piwniczki.