18.05.2024, 00:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 13.09.2024, 22:44 przez Król Likaon.)
adnotacja moderatora
Rozliczono - Patrick Steward - osiągnięcie Bajarz III
Powoli trzeba się było pogodzić z myślą, że Owena Bagshota nie było w Ośrodku Windermere. Nie ukrywał się w żadnym z domków letniskowych. Nie krył po krzakach. Nie kąpał w jeziorze. Nie włóczył po Carlisle, w nadziei na przeczekanie pracowników Ministerstwa Magii. Nie było go także na wyspie – bo gdyby tam się skrył, to wysłana grupa czarodziei, na pewno dałaby już jakiś znak. A nie dała żadnego.
Owen Bagshot rozpłynął się w powietrzu razem ze swoimi nieumarłymi, których może faktycznie dostrzegł, albo tylko zmyślił w ramach dziwacznego żartu.
Słońce świeciło jasno na niebie. Tafla jeziora złociła się w jego promieniach. Lekki, ledwo wyczuwalny wiatr poruszał gałęziami w koronach drzew. Mimo braku wczasowiczów Ośrodek Windermere pachniał życiem. Pachniał młodą trawą, rosnącymi dziko mleczami i stokrotkami, dźwięczał od bzyczenia pszczół zbierających nektar. Na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, by w tym miejscu kiedykolwiek wydarzyło się coś strasznego.
A jednak się wydarzyło. Ludzie tu czasem umierali. Ludzie tu czasem popełniali zbrodnie. Ludzie tu czasem znikali. I – najpewniej – przynajmniej czasami, nie działo się tak dlatego, że powodowała nimi ludzka natura, ale maczały w tym palce jakieś inne… siły.
Pozostawało jeszcze jedno miejsce, w którym mógł się ukrywać Owen Bagshot, a które do tej pory wszyscy omijali – bo najpierw nie sprzyjała ku temu pora, w której pracownicy Ministerstwa Magii pojawili się w Ośrodku Windermere a potem miejsce to wydawało się najmniej prawdopodobnym tropem. Historyk mógł być w lesie. W tym samym lesie, którego osobliwe działanie Brenna dostrzegła jeszcze w nocy, w którym również znajdowały się ruiny z wizji Peregrinusa.
Byliście już na skraju lasu. Dosłownie przekroczyliście pierwszą linię drzew, gdy wszystko się rozpoczęło. Najpierw zza waszych pleców dobiegł was wrzask.
- Mówiłem! Mówiłem! Mówiłem!
W jakiś sposób mąż Tary Roberts, dostał się na teren Ośrodka Windermere. Isaac, najpewniej z racji na jego zawód, odwrócił się i dostrzegł go pierwszy. Mężczyzna znajdował się mniej więcej sto metrów od nich. W ręku trzymał wyciągniętą różdżkę. Wyglądał jak wariat, jak ktoś kogo desperacja miała właśnie popchnąć do popełnienia czegoś niewybaczalnego.
- Nie pozwolę, żeby ktoś jeszcze tutaj zginął! Nie pozwolę! – ryknął dziko.
- Noah, uspokój się! – zawołał do niego jeden z nadbiegających brygadzistów.
Ale Noah nie chciał się uspokoić. Przez lata mówił, że śmierć jego żony nie mogła być dziełem przypadku. Teraz, gdy tylko wiedział się o zaginięciu Bagshota, zyskał potwierdzenie którego szukał przez lata. Tara nie popełniła samobójstwa. W jakiś sposób Tara została tutaj zamordowana.
Machnął różdżką, ale gdy tylko pierwsze płomienie, które z niej wytrysnęły dotknęły krzaków, Ośrodek Windermere ożył. Słyszeli trzask rozstępującej się ziemi, gdy spod niej zaczęły się wysuwać korzenie drzew. Sięgnęły po mężczyznę, wyrzucając go najpierw górę, potem splatając się ciasno wokół jego nóg i ciskając nim o ziemię.
Sebastian, Brenna, Peregrinus, Isaac i Basilius też poczuli jak ziemia drży pod ich stopami. Leśne krzaki zgęstniały nagle. Odgrodziły Sebastiana, Brennę i Peregrinusa od Prewetta i Bagshota.
*
Las, tak pełny życia, pachnący igliwiem, ściółką leśną i grzybami stał się ciemny i ponury, broniący wstępu i wyjścia. Ale Basilius i Isaac nie mieli jak się nad tym zastanawiać, bo korzenie które zaatakowały Noaha Robertsa, ruszyły także przeciwko nim.
Dookoła nich zapanował chaos. Ośrodek Windermere ożył i pokazał swoje najgorsze oblicze. Przypominał teraz raczej wielkiego żywiołaka ziemi, niż raj, którym się wydawał przed paroma chwilami. Korzenie oplotły się wokół nóg obydwu mężczyzn i zaczęły wciągać ich pod ziemię. Ciągnęły żarłocznie - piach oblepiał im nogawki spodni, wdzierał się pod koszule i pod paznokcie, odbierał możliwości złapania tchu. I gdy wydawało się, że to już koniec, że nawet nie mieli szans na podjęcie walki, bo rozstępująca się pod naporem korzeni ziemia pochłonie ich całkowicie, spadli w dół.
Leżeli na twardej, mokrej ziemi. Byli trochę poobijani, ale niczego sobie nie połamali od upadku. Przez parę sekund jeszcze widzieli wijące się nad nimi, mniej więcej dwa i pół metra wyżej, sklepienie z korzeni ale zaraz ziemia wróciła na swoje miejsce i znaleźli się w całkowitej ciemności. Z góry dochodziły do ich uszu tylko stłumione dźwięki tego, co musiało dziać się wyżej.
@Basilius Prewett @Isaac Bagshot
Czas na odpis do 21.05, godzina 21.00