16.05.2024, 16:52 ✶
Do jadalni Peregrinus wszedł, mając nadzieję, że — na przekór próbującemu go przejrzeć Vakelowi — niczego po nim nie widać. Unosiło się wokół niego jednak widmo wcześniejszego incydentu: starta na łokciu skóra, lekko zaczerwienione nadgarstki, włosy rozwichrzone, ale nie w ten zwykły mu sposób, ten od przysypiania w wolnej chwili na biurku.
Już samo wstępne omiecenie Vakela spojrzeniem dosadnie dało Trelawneyowi do zrozumienia, że ten dopiero wstał. Nie na co dzień widywał Dolohova w szlafroku i po raz kolejny — a zdarzało się to ostatnio coraz częściej — poczuł, że wszedł z buciorami w jego prywatną strefę. Najpierw wtykanie nosa w jego sprawy rodzinno-uczuciowe, teraz nachodzenie go niemalże w piernatach. Wróżbitę dopadła nagle myśl, czy to naprawdę była aż tak pilna sprawa.
— Twoje pierwsze poranne spotkanie odwołane — zaczął od najmniej ważnej informacji, żeby jakoś nadgryźć temat.
Nie miał czasu układać sobie wcześniej w głowie, co dokładnie będzie mówił, żeby wyjść jak najmniej kompromitująco, więc ociągał się nieco z przejściem do meritum.
— A to dlatego, że umówiony gość przyszedł wcześniej, przed chwilą. I cię obrabował. — Złożył ręce za plecami, żeby ukryć nerwowe przebieranie palcami, które mogło zrujnować fasadę niedbałości. — Nie zabrał wiele. Nie była to najbardziej spektakularna kradzież na świecie. Ale prawdopodobnie zdołał wynieść kilka notatek z twojej szuflady.
Zdrowy rozsądek i godność jedynie powstrzymały go przed tym, aby swojego sprawozdania nie zakończył cisnącym się na usta: „Przepraszam”.
Nie rozumiał, dlaczego nie mógł się pozbyć przeświadczenia, że zawiódł. W umowie nie było wzmianki o tym, że miałby odpierać siłowe ataki na gabinet Dolohova. Mimo to czuł się odpowiedzialny za to, żeby niezależnie od okoliczności — tych, na które ma wpływ, ale i tych, na które go nie ma — w Prawach Czasu wszystko zawsze funkcjonowało bez zakłóceń. I oto ten święty porządek, którego Peregrinus był strażnikiem, został owego ranka zburzony. I to na jego oczach, wbrew niemu i mimo niego.
Już samo wstępne omiecenie Vakela spojrzeniem dosadnie dało Trelawneyowi do zrozumienia, że ten dopiero wstał. Nie na co dzień widywał Dolohova w szlafroku i po raz kolejny — a zdarzało się to ostatnio coraz częściej — poczuł, że wszedł z buciorami w jego prywatną strefę. Najpierw wtykanie nosa w jego sprawy rodzinno-uczuciowe, teraz nachodzenie go niemalże w piernatach. Wróżbitę dopadła nagle myśl, czy to naprawdę była aż tak pilna sprawa.
— Twoje pierwsze poranne spotkanie odwołane — zaczął od najmniej ważnej informacji, żeby jakoś nadgryźć temat.
Nie miał czasu układać sobie wcześniej w głowie, co dokładnie będzie mówił, żeby wyjść jak najmniej kompromitująco, więc ociągał się nieco z przejściem do meritum.
— A to dlatego, że umówiony gość przyszedł wcześniej, przed chwilą. I cię obrabował. — Złożył ręce za plecami, żeby ukryć nerwowe przebieranie palcami, które mogło zrujnować fasadę niedbałości. — Nie zabrał wiele. Nie była to najbardziej spektakularna kradzież na świecie. Ale prawdopodobnie zdołał wynieść kilka notatek z twojej szuflady.
Zdrowy rozsądek i godność jedynie powstrzymały go przed tym, aby swojego sprawozdania nie zakończył cisnącym się na usta: „Przepraszam”.
Nie rozumiał, dlaczego nie mógł się pozbyć przeświadczenia, że zawiódł. W umowie nie było wzmianki o tym, że miałby odpierać siłowe ataki na gabinet Dolohova. Mimo to czuł się odpowiedzialny za to, żeby niezależnie od okoliczności — tych, na które ma wpływ, ale i tych, na które go nie ma — w Prawach Czasu wszystko zawsze funkcjonowało bez zakłóceń. I oto ten święty porządek, którego Peregrinus był strażnikiem, został owego ranka zburzony. I to na jego oczach, wbrew niemu i mimo niego.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie