Brygadzista posłał Ambrosii dziwne spojrzenie, gdy ta podnosiła czaszkę Robertsa. Chyba nie do końca dowierzał, że tym, którzy byli na łódce jeszcze można było pomóc. W jego oczach utonęli. Ale się nie odezwał, zapewne nie mając zielonego pojęcia, co się w takich sytuacjach mówiło.
Przyroda wracała do normalności. Już nie burzyła się pod ich butami, nie atakowała ich, nie szukała sposobu by opleść korzeniami lub pnączami. Pozostawała czujna, czuli to na swoich karkach, gdy szli przez Ośrodek Windermere, gdy mijali zamknięte w czasie domki letniskowe (cudownie ocalałe przy ataku, jakby zupełnie nie przeszkadzające rozlewającej się po okolicy magii).
Loretta tkwiła w umyśle Alexandra. Słyszał jej śmiech, gdy próbował pozbyć się jej ze swojej głowy. I wtedy nawiedziło go… trudno to było nazwać wizją, prędzej przeczuciem graniczącym z pewnością, że była dokładnie tym, co kaziło to miejsce i co z jakiegoś powodu uznało, że jeśli tylko mogło zdobyć sojusznika, to z całej czwórki byłby to akurat on.
Dobrze, nie zabijaj nikogo – rzuciła dziwnie ugodowym tonem. – Wystarczy, że zniszczysz to, co znajduje się pod wzgórzem. Czy tak dużo od ciebie wymagam?
Ambrosia i Morpheus czuli, że idą w dobrym kierunku. Razem z nimi ruszył zresztą także i brygadzista, którego udało się uratować Peppie. Minęli dwójkę pracowników Ministerstwa Magii, kobieta siedziała na ziemi, miała twarz zalaną krwią, mężczyzna (ze śladami po oparzeniach na ręku) podawał jej chusteczkę. Dla nich ta historia kończyła się w tym miejscu.
Wedle wizji, którą otrzymał Longbottom, jego mogła zakończyć się niewiele dalej. Zaczęli się wspinać na wzgórek ku zagajnikowi. Tu też rosła bujna roślinność, chyba nawet bujniejsza niż przy domkach letniskowych (i może dzięki temu, miejsce to wydawało się wyjątkowo mało uczęszczane). Świadomość bycia obserwowanym nie minęła, choć nieco zmieniła swój charakter. Alexander czuł się tak, jakby był na cenzurowanym, ale poczuł również, że cokolwiek próbowało nim manipulować, nie sięgało zagajnika. Ambrosia, jakby była witana z radością. Peppa, chyba najbardziej namacalnie odczuwała zmianę: wystarczyło by dotknęła kępki mijanej trawy, kory drzewa, gałęzi lub ziemi – a czuła wyraźne drżenie, jakby coś otwierało się przed nią w oczekiwaniu.
I wtedy dostrzegli wyłom w ziemi. Znajdował się mniej więcej trzydzieści metrów od nich. Ze strony, z której nadchodzili wyglądał jak dziura w ziemi, osuwisko – ale dość dziwne, bo o szarpanych krawędziach porośniętych trawą i bluszczem, o szerokości mniej więcej dwóch metrów. Na pewno powstało podczas wcześniejszego ataku, ale z jakiegoś powodu ziemia nie zasklepiła się tutaj na powrót.
Morpheusowi wydało się, że rozpoznał to miejsce. Może nie dokładnie tak wyglądało w jego wizji – ale był więcej niż pewien, docierające w głąb rozpadliny promienie słońca oświetlały w niej jego twarz. Wystarczyło tylko podejść lub puścić przodem kogoś innego, w nadziei, że przepowiednia zmieni swój bieg.
@Alexander Mulciber @Peppa Potter @Ambrosia Mckinnon @Morpheus Longbottom