21-22 grudnia 1970r.
Niemagiczny Londyn / Kamienica Mulciberów
Kolejny rok z rzędu, Richard pojawił się ze swoimi dziećmi na święta przesilenia zimowego - Yule. Robił to wyjątkowo dla dzieciaków. Dbając o ich kontakty z bliższą i dalszą rodziną, a także z kuzynostwem. Po śmierci żony, nie zamykał kontaktów z rodziną Malfoy, nie ograniczając kontaktu dzieciaków z tamtejszymi dziadkami. Musiał dzieli czas kompromisem pomiędzy swoją a tamtejszą rodziną. Czy to mu odpowiadało, czy też nie. Pewne sytuacje wymagały poświęcenia, dla dobra kontaktów.
Zgodnie z ustaleniami, na obiedzie był z dzieciakami u Malfoyów. W domu brata, pojawił się na kolację i na noc, oraz kolejne dni. Przynajmniej do końca roku, jeżeli pozwalał mu grafik w pracy i nie było problemu z wzięciem dłuższego wolnego. Zdarzały się jednak przypadkowe dni w ostatnich latach, że musiał na te kilka wrócić do siebie. Lecz dzieci, zostawił w Londynie, pod nadzorem brata. Kompromisowa wymiana, za to, że Robert podrzucał niejednokrotnie swoją córkę na wakacje.
W tym roku udało się wziąć dłuższe wolne z pracy i móc spędzić ten czas z bratem. Mieli okazję, aby omówić sytuację w tutejszym kraju, jaka niespodziewanie ”wybuchła” u końca jesieni. Niepokojące okazały się dochodzić wieści o licznych atakach w kraju, na wyspie. Ogłaszający się mianem Czarnego Pana czarnoksiężnik, wystosował swoje postulaty. Interesująca sprawa. Niewiele wiedział na temat tego, poza wyczytanymi informacjami dużych nagłówków brukowców i prasy codziennej.
Wracając do święta Yule, jak kiedyś ich rodzina była liczniejsza, tak teraz było ich mniej. Od śmierci ojca minęły trzy lata. Tuż przed nim obaj zdążyli zostać wdowcami. Nim skończyli Hogwart, odeszła matka. Te miejsca zastępowały ich dzieci. Brakowało jedynie obecności ich sióstr. Żaden z nich jednak nie planował ich ściągać i zapraszać. Miały swoje życie. Swoje sprawy.
Po spożyciu uroczyście przygotowanej kolacji. Wspólnych rozmowach, wymianie zdań w salonie. Spędzenia czasu z dziećmi, które o dość późnej porze udały się do swoich pokoi na odpowiednich piętrach. Richard z Robertem zostali w salonie sami. Godzina była już dość późna. Blisko granicy końca jednego dnia a początkiem kolejnego.
Młodszy z bliźniaków zapalił papierosa, któregoś z kolei tego dnia. Nie liczył. Już dawno można było zauważyć, jak wpadł w nałóg. Jeszcze jak żył ojciec. Paczka papierosów powoli się kończyła. Położył ją powrotem na ławę, gdyby brat chciał się poczęstować. Spojrzał w kierunku komody, na której leżał Prorok Codzienny. Najpewniej dzisiejszy. Podszedł do niej i sięgnął po gazetę. Pisano o kolejnych atakach. O dziwnych symbolach węża i czaszki na niebie.
- Ostatnio nie macie nudno w tym kraju.Skomentował pół żartem, pół serio. Trzymając w dłoniach gazetę. Zaś papierosa między dwoma palcami wskazującym i środkowym lewej dłoni, uważając, aby gazety nie podpalić.