wieczór 27 grudnia 1960
Robert & Richard
Wtorek. Ten cholerny wtorek, mający miejsce pod koniec grudnia 1960 roku, był jednym z najcięższych dni w jego dotychczasowym życiu. Nie był na to przygotowany. Na tę wiadomość, którą otrzymali wczesnym rankiem. Na wizytę brygadzistów. Na przesłuchania, mające na celu ustalenie ostatnich wydarzeń. Ostatnich godzin życia kobiety, która przez nieco ponad 10 lat, była jego żoną.
To nie powinno było się wydarzyć. Zwłaszcza, że sam nie wykonał choćby jednego ruchu. Nie zrobił niczego, co miałoby wpłynąć na jej sytuacje. Zdrowie. Życie. Nie potrafił usunąć Grace Mulciber. Ostatecznie się jej pozbyć. Nie był w stanie zgasić tej słabej iskierki, która wciąż tliła się w jej oczach - aż do wczoraj. Świadomość wiążącego się z tym ryzyka, skutecznie go powstrzymywała.
A jednak nie było jej tu.
Zarówno w tej kamienicy - ich rodzinnym domu - jak i pośród żywych.
Pytanie tylko w jaki sposób do tego doszło? Czy on sam zostanie z tym wszystkim powiązany? Czy istniało takie ryzyko?
Czekał. Wypatrywał momentu, kiedy będzie mógł porozmawiać z nim na osobności. Bez ojca, który z pewnością musiałby dodać do tego wszystkiego swoje trzy knuty. Nie były mu one teraz potrzebne. Nie był mu teraz potrzebny ten człowiek. Jedynie brat, co do którego był więcej niż pewny, że może z nim o wszystkim porozmawiać. W sposób otwarty. Bez zatajania niewygodnych faktów.
Kiedy wreszcie nadarzyła się ku temu okazja, dał mu dyskretnie do zrozumienia, żeby spotkał się z nim w bibliotece. Nie mieli w tym przypadku wielu opcji. Wszystkie pokoje znajdywały się blisko siebie. Poza tym, to właśnie w nich poszukiwaliby ich w pierwszej kolejności. Zwłaszcza w godzinach wieczornych. W otoczeniu książek, zdawali się być bezpieczniejsi. Ukryci pomiędzy regałami, mogli pozwolić sobie na chwilę szczerości.
Choć oczywiście dla bezpieczeństwa warto było posłużyć się kilkoma zaklęciami zabezpieczającymi. Wyciszającymi.
Poderwał się z fotela, kiedy wreszcie Richard do niego dołączył.
- Nareszcie. - odezwał się, po czym machnął różdżką raz, następnie drugi. Posłużył się sprawdzonymi zaklęciami. Upewnił, że wszystko się udało. - Musimy porozmawiać, Rick. Mam... pewne kłopoty.
Poinformował go o czymś, co z całą pewnością musiało być zaskakujące. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy Richard zdążył już pewne elementy ze sobą połączyć. Odpowiednio poukładać. I co za tym idzie - doskonale zdawał sobie sprawę, że cała ta depresja nie była normalna. Brat miał w tym wszystkim spory udział. Co za tym idzie, należało w pewnym momencie dokończyć dzieła, albo... albo udać się na darmową wycieczkę do samego Azkabanu.