10 czerwca 1971
Pierwsze ataki śmierciożerców
Robert & Chester
Przez te wszystkie lata zdołał już przywyknąć do tego uczucia. Teleportacja nie była dla niego najprzyjemniejszym przeżyciem, ale nie zamierzał z niej rezygnować. Dawała zbyt wiele możliwości; zbyt wiele rzeczy ułatwiała. Również tym razem nie protestował, kiedy to tym sposobem postanowili dostać się we właściwe miejsce.
- Jeszcze chwila. - poinformował swojego towarzysza lekko zachrypniętym głosem. Oparty o drzewo, pochylony, starał się dojść do siebie. Nie ułatwiał tego jednak widok pozostałości po wcześniej zjedzonym posiłku oraz nieszczególnie przyjemny zapach. Zajęło mu to kilka chwil. Widok zaś niewątpliwie był jednym z tych godnych zapamiętania.
Całe szczęście, że teleportowali się w bezpieczne miejsce. Dzięki temu Mulciber nie musiał się bardziej śpieszyć.
- Ostrzegałem, że tak to się może skończyć. - dodał w kilka minut później. Nie były to z jego strony żadne przeprosiny. Nie uważał ich za potrzebne. Zdążył się do tej pory wyprostować, poprawić czarną szatę. Nie miał na sobie codziennego ubrania. A przynajmniej nie znajdywało się ono na widoku. Dla bezpieczeństwa należało zadbać o to, żeby tożsamość ich dwójki była chroniona. - Możemy iść.
Z pewną zazdrością spojrzał na papierosa, którego auror w międzyczasie zdążył wypalić. Sam również chętnie by skorzystał z takiej możliwości. Wielka szkoda, że jego organizm wolał w tym czasie zwrócić ostatni posiłek. Albo może jeszcze wcześniejszy? Mało istotne. Zwłaszcza w tym momencie. Wiedząc, że nie było czasu na przyjemności, skierował się w stronę ścieżki prowadzącej do jednorodzinnego domu, znajdującego się na obrzeżach Londynu. Albo może już na przedmieściach? Cholera jedna wie jak to określić.
- Jest kilka zaklęć ochronnych, ale nie wydają się zbyt skomplikowane. - poinformował towarzysza, kiedy w chwilę później znaleźli się bliżej budynku. Czyżby ich cel faktycznie się tutaj znajdywał? Jeśli tak było, mężczyzna zapewne był słabszym czarodziejem niż wszyscy uważali. Do tego znacznie głupszym. - Z częścią z nich poradziłby sobie uczeń Hogwartu. Może nawet pierwszoroczniak. - Prychnął. Trochę to wszystko przerysował, ale wiadomym było co miał na myśli. - Mam się tym zająć czy chcesz rozwiązać to... w inny sposób? - Wolał się upewnić zanim przejdzie do działania.
Czekając na odpowiedź, ścisnął w dłoni różdżkę, dotąd skrywającą się wewnątrz kieszeni. Nie potrzebował wiele, żeby przejść do działania. Pomimo wcześniejszego zajścia, był gotowy zająć się tym, czym zająć się będzie musiał. Zdążył już nawet zaplanować w jaki sposób zajmie się zaklęciami zabezpieczającymi nieruchomość oraz chroniącymi jej mieszkańców - mieszkańców, którzy powinni spodziewać się tego, że prędzej czy później zjawi się u ich drzwi ktoś chcący wyrównać rachunki. Tego, co zrobił Jonathan Avery nie można było tak po prostu puścić w niepamięć.