• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Szkocja [8.08.1972] Sun hell | Victoria & Sauriel

[8.08.1972] Sun hell | Victoria & Sauriel
Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#11
08.08.2024, 22:31  ✶  

Więc mieli tutaj eliksir na słońce, ale nie wiedzieli, ile może trwać. Nie wiedzieli nawet, czy da się go stworzyć zmieniając skład. Wiele rzeczy było niewiadomych. Wiadome było zaś, że to było możliwe. Że mogli, że mieli szansę, zasmakować życia na nowych zasadach - oni, wampiry. Albo on, przypadkowy wybraniec Victorii Lestrange, tylko dlatego, że ta miała chwile nadmiarowego czasu, problemy z bezsennością, które marnowała na udanych i nieudanych próbach tworzenia eliksirów i miała do niego tę słabość, która nakazywała się jej za nim uganiać. Nie było niczego gorszego, kiedy ktoś za tobą latał bez wzajemności i przestawał być już nawet przyjacielem, stawał się komarem koło ucha. Tylko że Sauriel nie chciał się pozbywać Victorii. Nie było tam braku wzajemności, nawet jeśli to uczucie nie rezonowało tak samo, było zmienne, wiło się sinusoidą, bo logika nie pozwalała na pozwalanie sobie na uczucia, które były poza obrębami jego dłoni.

Poza zasięgiem jego dłoni było jednak też słońce, a jednak - oto jest. Właśnie tutaj, na tym słońcu. Ciesząc się jego ciepłem i przekleństwem zarazem, kiedy instynkt spychał każdą komórkę jego ciała. Kiedy wszystko w nim samym nakazywało mu odpuścić, schować się w bezpiecznym miejscu, jakim był cień. A najlepiej wrócić do domu, gdzie żadne promienie nie zasłaniały. Głęboka ciemność, którą przecinają tylko świecie.

Życie też nie było poza zasięgiem jego dłoni. Mimo zimna płynęło w Victorii - a było tak samo zimne? I pulsowało w jej głowie złożoną propozycją. Kim stałby się, gdyby znów był człowiekiem? Tą samą osobą? Byłby ciągle sobą? Co powiedzieliby ci, którzy chcieli mu wbić nóż pod żebra?

Rozchylił powieki, spoglądając na błyski natury. Nigdy nie był wielbicielem ogródków i lasów, ale nie dało się ukryć - powietrze tutaj bolałoby go w płuca po takim czasie przebywania na Ścieżkach, gdyby tylko musiał oddychać. Teraz zaś było ukojeniem zmysłów, które doświadczały tylko gówna tego podziemnego świata. Chciał powiedzieć, że czuł się dobrze, ale im dłużej tu stał tym czuł się gorzej. Nie dlatego, że samo doznanie nie było wspaniałe. Było. Tylko kiedy spływał z niego pierwszy szok to docierały bodźce, które już nie były takie przyjemne. Tym mocniej szarpał się z nim instynkt. Tym bardziej przeszkadzało i osłabiało go to wszystko, co zebrało się po łyknięciu eliksiru. Zrobił niepewny krok w tył, drugi. I z powrotem znalazł się w cieniu. Czuł wręcz, jak wszystkie włoski na jego ciele się elektryzowały, własny organizm sprzeciwiał się takiemu traktowaniu. Głupi, głupi instynkt. Przecież nie wystawiał się na zagrożenie, w którym naprawdę mógłby spłonąć. No przecież, że nie.

Nie bardzo miał odpowiedź na to proste pytanie. Spojrzał na Victorię i przechylił głowę, jakby już miał zacząć mówić, ale zdanie nigdy nie opuściło jego ust. Warto rezygnować z życia? Poświęcić się nocy, żeby już nigdy nie zobaczyć słońca? Ci, którzy dobrowolnie się tego wyrzekali nie wiedzieli, co mówią. Robiła się z tego jakaś bzdura. Albo po prostu dobrowolnie zapominali. Pozwalali sobie na to, bo tęsknota inaczej by zabijała. Tak wyłączali kolejne prawdziwe uczucia, wyłączali sumienie i stawali się jedynie zimnymi trupami.

- Ciepło. - Powiedział w końcu z dźwiękiem szacunku zaklętym w tym słowie. Wybrzmiało to nawet na jego zaciśniętym gardle. - Przepraszam. Wiem, że nie czujesz teraz ciepła. - Ale o wiele lepiej je pamiętała niż on sam. - Ciepło światła jest - kąciki ust mu drgnęły w uśmiechu - wyjątkowe.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#12
09.08.2024, 01:53  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.08.2024, 22:04 przez Victoria Lestrange.)  

Nie była osobą, która podda się bez walki. Skoro jedna wersja eliksiru działała, to kim by była, by nie spróbować zrobić lepszej? To i tak był cud, że ta podziałała od razu, a Sauriel nie zaczął płonąć. Ale to dawało nadzieję, prawda? Dla Victorii był to tylko jeszcze jeden dowód na to, że granice były tylko tam, gdzie się je widziało, ale zawsze można je było przesunąć, zmienić. Ograniczała nas tylko własna wyobraźnia. Więc może dla niej też była szansa, by to odkręcić? Nie umrzeć. Skoro nawet wampir mógł wyjść na słońce… Skoro można było zwrócić wampirowi życie. Była uparta – bardzo. Na co dzień może nie było to tak widoczne, zakryte piękną fasadą jej chłodu i spokoju, zdystansowania. Ale bliskie jej osoby musiały to widzieć i wiedzieć: ten błysk w oku, który mówił, że Victoria i tak zrobi po swojemu. Pójdzie po swojemu – jak ten kot. Miała dosyć, że ludzie mówili jej, co ma robić, jak żyć, że podejmowali za nią decyzje, nie pytając się nawet o zdanie. Nigdy jednak nie chciała być tą namolną muchą, ani komarem, który nie pozwala ci spać. Robiła to dla Sauriela z powodu swojego uczucia, lecz nie po to, by mu coś pokazać, albo go do czegoś zmusić. Chciała mu pomóc, bo chciała dla  niego jak najlepiej, ale robiła to też dla siebie – żeby się sprawdzić, nauczyć nowych rzeczy i udowodnić samej sobie, że jest do tego zdolna. Choć może jednak rzeczywiście chciała mu coś pokazać: że nie ma rzeczy niemożliwych… i nie warto się przed wszystkim wzbraniać.

Czy rzeczywiście to powietrze bolałoby go w płuca? Może… Jako to oczyszczenie, że nie oddychasz już pyłem, ziemią i syfem ścieżek. Nie musiał jednak trzymać dłoni na klatce piersiowej, by ukoić ten ból, chociaż mówił, że bolało go wszystko. Ale było naprawdę tak źle? Victorii zdawało się, że Sauriel stoi w tym słońcu i nie dowierza, że jego ciało też nie dowierza, że jego zmysły nie dowierzają. Cud i niespodzianka – od lat nie móc wyjść nigdzie w słoneczny dzień, poczuć światła, ciepła, spojrzeć w błękitne niebo, poczuć pod palcami trawę i rozłożone do światła kwiaty, posłuchać tych ptaków, które w nocy śpią… Te wszystkie rzeczy, których nie mógł normalnie doświadczać, bo mu je zabrano. Czy byłby tą samą osobą, gdyby mógł znowu oddychać? Pewnie nie, pewnie zaszłaby w nim zmiana – bo musiałby się dostosować do świata przeżywanego w pełni. Czy byłby sobą? W to Victoria wierzyła. Byłby sobą, tak jak po zmianie w wampira też został sobą… bo ten Sauriel ciągle gdzieś w nim był i czasami dawał o sobie znać – zwłaszcza wtedy, gdy wszystkie zmysły się wyłączały i mógł czuć jedynie ból. Zaś wrogowie… Są i będą, w to nie wątpiła. I może pozornie byłby łatwiejszym cele, ale w rzeczywistości nie byłby ograniczony wampirzymi słabościami. Nie byłby zwykłym człowiekiem – wciąż był czarodziejem zdolnym się bronić i atakować.

Uśmiechnęła się do niego, a potem zapatrzyła zaskoczona i zamrugała kilka razy, nim leciutko zmrużyła oczy z zaklętą w nich łagodnością.

– Za co ty mnie przepraszasz? – rzadko słyszała z jego ust to magiczne słowo, a teraz to nawet nie oczekiwała, przecież w żaden sposób jej nie uraził. Z pewnym zawahaniem zrobiła krok, odrobinę zmniejszając odległość między nimi. – Nie chodzi teraz o mnie, a o ciebie – dodała ciszej i na krótko sama spojrzała w niebo, nim na powrót zatrzymała te swoje duże, brązowe oczy na Saurielu i sama weszła w cień drzew. Widziała zmianę w nim, w jego zachowaniu. Nie było wulgarności i agresji, było zaskoczenie, jakieś niedowierzanie połączone z radością, której chyba nie potrafił okazać, ale też jakaś doza strachu – pewnie wywołana przez ten nieprzewidziany ból całego ciała. Miał teraz w sobie coś z tego Sauriela, którego widziała w maju, kiedy przyszła oddać mu kurtkę… i tego Sauriela, który z taką łatwością pociągał za struny jej serca, jakby to była gra na gitarze, z którą tak rzadko go widywała. – Tak, jest – doceniała to, tym bardziej że nieważne, ile siedziała na słońcu, to i tak ciągle było jej zimno. Być może dlatego było jej tak łatwo zrozumieć część uczuć i tęsknot Sauriela. – Za dużo na raz? – może to było za dużo bodźców, może go to wszystko przytłaczało, dlatego wrócił do cienia, który jawił mu się jako bezpieczny? – Czy za bardzo boli? – dopiero po chwili przyszło jej do głowy, że to może być to, ten ból, którego wcale nie chciała mu sprawić. – Chcesz bezoar? Powinien przerwać działanie eliksiru… – martwiła się i w tym zmartwieniu zrobiła do niego jeszcze jeden krok, chcąc wyciągnąć do niego ręce i złapać go uspokajająco za dłonie. Może i nie zwracała mu teraz życia, ale nie kłamała, mówiąc, że nie zostawi go z tym wszystkim samego.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#13
09.08.2024, 12:37  ✶  

Kot. Nigdy nie pomyślałby o Victorii jak o kocie, a jednak oto jest: z kotem jako symbolem, który miał odpowiadać jej formie w innym świecie. Różnili się od siebie? On i ona. Zimni, czasem żartobliwi, czasami zbyt ponurzy. Różnili? Wybierający swoje ścieżki, nie znoszący, kiedy ktoś pokazywał im drogi palcami. Różnili, bo ona była mądrzejsza od niego - nie pakowała się w prawą stronę tylko dlatego, że ktoś powiedział, że lepiej będzie pójść w lewo. Gdyby jednak była o wiele mądrzejsza to nie byłoby jej tutaj. Jego też nie. Nie myśląc o kotach, albo o tym, o jakim w ogóle zwierzęciu by myślał, gdyby próbował przełożyć ją na czworonoga. Albo dwunoga. Myślał o niczym. Nawet nie o konieczności cofnięcia się, że to znowu cień, że słońce nie bolało. Nie myślał, bo zimno i ciepło przemieszały się na jego skórze, bo spojrzał teraz na swoje dłonie, a one nie były poparzone. Nie było na nich krwi, nie były obtarte, nie były zniszczone. Szorstkie dłonie, nie z gładką skórą - nosiły ślady tego, że za życia uderzył w niejedno, niejednego i nie tylko ze strunami się szarpał, dlatego miał grubsze opuszki.

Te dłonie, w całym myśleniu i niemyśleniu zarazem, drżały mu. Zaczęły mu drżeć, kiedy na nie patrzył. I czuł się wobec tego mały. Malutki, bezbronny, jakby znowu był tylko dzieckiem, które może krzyczeć, szarpać, się, ale nie ważne, ile wyleje łez - skutek będzie dokładnie taki sam. Albo ten mały chłopiec, który jeszcze nie widział Little Hangleton na swoje oczy. Drżenie było minimalne, ale czuł je całym swoim ciałem. Cały zaczynał chyba drżeć - albo to tylko takie uczucie?

Właśnie - za co ją przepraszał? Za to, że przecież nikt nie chce, jak innym smakują lody truskawkowe, kiedy nie mogą ich jeść. Nikt nie chce słuchać, jak zajebiście było na Ibizie, gdy ty nie możesz sobie pozwolić na wyjście do cyrku, który rozstawili pod Londynem. Nie chcesz słuchać, jak innym jest ciepło, kiedy ty sama nie możesz się ogrzać. Bo ludzie nie chcą o tym słuchać, prawda? On nie chciał. Nie chciał też słuchać, jak innym jest źle - że nie mogą jeść lodów truskawkowych, a to ich ulubione, że zawsze marzyli o Ibicie, a nie stać ich na wyjazd pod Londyn, że jest im zimno i nigdy nie będzie ciepło. Nie chciał słuchać o super dniach i wesołych, rodzinnych wypadach, ani o tragediach. Mógł słuchać, ale nie chciał tego słyszeć. I nie chciał czuć się źle dlatego, że ona nie mogła ciepła doświadczyć. A jednak poczuł się źle. To życie było tak spierdolone. Tak popaprane. Kiedyś zapominał o tym czasami, dziś tylko czasami sobie o tym przypominał - i każda taka chwila była tak samo zła. Z każdej takiej chwili chciał uciec, ale nie było na to siły. Niby chcesz uciec, ale nawet nie ma na to woli. Więc... chodziło o niego? Koniec końców - chyba nie chciał, żeby o niego chodziło. Tak długo się o to szarpał, że w końcu zamienił wszystkie te głupie pragnienia i sny na rzeczywistość. Odsprzedał siebie za siebie nowego. Potrzeba przetrwania w człowieku była czasem aż zbyt szokująca.

Chciał pokręcić głową - nie, to wcale nie za dużo. Tak, jak chciał wcześniej się odezwać, ale coś go pokonało. To pewnie ta opuchlizna - gdyby tylko myśli kwitły w jego głowie zrozumiałym wzorem, to tak by pomyślał. Ale nie kwitły. Próba zaprzeczenia skończyła się tym, że kiwnął głową. Pokiwał. I nie mógł nic innego powiedzieć. Jak zapowietrzony człowiek, który powinien wybuchnąć łzami, ale żadnych łez nie było. Zostawało tylko ciśnienie, które nie pozwalało trzeźwo myśleć, które przeszkodziłoby w oddychaniu, gdyby tylko jego potrzeba istniała.

- Nie... nie chce Vika... niczego od ciebie nie chce. - Zadrżały mu ramiona, kiedy opuścił głowę i schował na moment twarz w dłoniach. Cofnął się kolejny krok przed jej rękoma, znów kręcąc głową. - Przepraszam... to jest... takie spierdolone... - Uniósł na nią spojrzenie wiedząc, że uciekł przed jej dotykiem, ale teraz wszystko wydawało mu się za dużo. Każdy bodziec, nawet wiatr wliczał się do zbyt intensywnego doznania. - Nie chciałem takiego życia. Nie chciałem tak skończyć. Chciałem... gryźć biedę jeżdżąc po scenach... - Głos mu się łamał, ale jego oczy nawet się nie szkliły, nie było tam ani kropelki. - Mieliśmy z Fergusem... łapać stopa i jechać... jeździć za festiwalami... - Spoglądał na Victorię szukając tam odpowiedzi na pytania, na które nie było odpowiedzi. Z błaganiem, żeby go uszczypnęła i wybudziła z tego spierdolonego snu zwanego życiem. Obrócił się do niej bokiem i przeszedł jeden krok, popierając się o bok, a drugą dłoń przyciskając do czoła.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#14
09.08.2024, 22:03  ✶  

Kot. Bo zawsze była na rozdrożu, tak jak on był na rozdrożu. Miał swoje marzenia, swoje idee, swoje wizje tak bardzo różne od tego, czego chciała rodzina – a jednak robił to, co chcieli. I Victoria też robiła całe życie to, co od niej chcieli, aż w końcu tupnęła nogą. Potrzebowała do tego przeciążenia umysłu emocjami, z którymi już nie była sobie w stanie poradzić. Tupnęła nogą i wyniosła się z domu, w nosie mając czy im się to spodoba, czy nie. Tak jak Sauriel tupnął nogą… i zerwał ich zaręczyny. Mówią, że porzucona kobieta to ta najbardziej niebezpieczna, bo najbardziej nieprzewidywalna. Może coś w tym było, ale Victoria daleka była od wykonywania jakichś dziwnych ruchów. Ich życie jednak w pewien sposób było zbieżne. Czy więc się tak bardzo różnili? Nie. Fakt, że mieli niemal identyczne różdżki też wiele na ten temat mówił…

Widziała to drżenie, było nieznaczne, ale całą swoją uwagę poświęcała właśnie temu mężczyźnie, więc nic dziwnego, że to zauważyła. I chciała go złapać za te dłonie, dotknąć go uspokajająco, przekazać, że jest tu, że nic się nie dzieje, że zaraz coś na to poradzą, bo być może słowa to było za mało. Nie wzięła do siebie tego, że on poczuł to ciepło, a ona nie mogła – dzisiaj chodziło o niego, nie o nią, cieszyła się, że chociaż ta część eliksiru się udała, że cel został osiągnięty, a Sauriel może o tym opowiedzieć. Cieszyła się jego szczęściem, a nie myślała o swoim nieszczęściu. Ale Rookwood odsunął swoje dłonie, odsunął się od niej, a Victoria zamarła na drobną chwilę, nim cofnęła swoje ręce i zmieszana spojrzała w bok. Nie chciał jej dotyku, wiedziała o tym, a jednak był to odruch, którego nie skontrolowała i teraz było jej głupio, bo to znowu się stało i z własnej winy nastąpiło to odrzucenie.

– Wybacz – wymamrotała, przyciskając swoje dłonie do brzucha. Nie wycofała się jednak, nie uciekła jak ta zraniona łania, po prostu patrzyła na Sauriela, zawstydzona i zmartwiona jego drżeniem, cofaniem się, jego ruchami. – Wiem – nie musiał jej mówić, że nic od niej nie chce, wiedziała o tym przecież, wyraził się przecież tak jasno… dlatego sądziła, że nie ma w nim tej wzajemności. Ale choć nic od niej nie chciał, to Victoria i tak była chyba jedyną osobą, która w ogóle zechciała spróbować mu pomóc i ulżyć choć trochę w tej wampirze tułaczce przez życie. Oto więc byli w cieniu drzew, pomiędzy małą polanką a wodospadem. I w tym wszystkim Sauriel wydawał się taki… taki malutki, taki zagubiony, taki samotny, przestraszony, połamany. Zwłaszcza wtedy, gdy z tym drżeniem ciała zaczął ją znowu przepraszać, a jej się łamało serce, gdy tak spoglądała na niego, takiego biednego… Może i nie było łez w jego oczach, ale były w jego słowach, w gestach, w tonie, w głosie. Brzmiał, jakby płakał, a przecież nie był do tego zdolny – nie dlatego, że miał serce z kamienia,  a przez wampirzą fizjonomię. – Nie, nie przepraszaj. Naprawdę nie masz za co – spróbowała się uśmiechnąć, ale to pewnie wyszło tak blado, bo się o niego martwiła. Czy to była spowiedź? Słowa, których nigdy nie słyszała, nie w ten sposób na pewno, ważne słowa o tym, jak bardzo był skrzywdzony. Bo przecież odebrali mu wszystko, co miał najpiękniejsze – życie, po części człowieczeństwo, gdy musiał się dostosować, wolną wolę, gdy zmusili go do zabijania. Victorii było go tak bardzo żal, tak bardzo… I jednocześnie każdy człowiek zasługiwał na szczęście, tak? Chociaż odrobinę. – Tak strasznie mi przykro – powiedziała bardzo cicho, gdy Sauriel spoglądał na nią i szukał w niej… czegoś, a potem się odwrócił. To nigdy nie powinno było się wydarzyć: to co mu się przytrafiło za udziałem rodziny. – Sauriel – w sumie to rzadko mówiła do niego po imieniu, tak jak rzadko on mówił do niej jej pełnym. Ale nie miała teraz nawet czasu pomyśleć o innych formach, były ważniejsze rzeczy i sprawy. – Hej, spójrz na mnie – bogowie, chciała go przytulić, chciała położyć dłonie na jego policzkach i zapewnić go o tym, że wszystko będzie dobrze. Ale czarnowłosy tak jasno wyrysował granicę, że nie ważyła się jej przekroczyć i pozostawały tylko słowa. – Kocie, to nadal jest możliwe, to życie. Scena, stopy i festiwale – wiedziała o jakie stopy chodziło tylko i wyłącznie dlatego, że cztery lata miała dość częsty kontakt z mugolami i nie była aż taką debilką. – Możesz być kimkolwiek chcesz – i gdziekolwiek chciał… A skoro ten eliksir działał, to mógł to tym bardziej.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#15
10.08.2024, 13:27  ✶  

I na tym rozdrożu tak łatwo było się zagubić. Podjąć złą decyzję, postawić zły bet - zainwestujesz pieniądze tam, gdzie nie trzeba i nagle orientujesz się, że zostałeś z nawet mniej niż niczym. Tak jak źle zainwestowane mogły być uczucia. Miłość do słońca, miłość do księżyca - Sauriel tak ukochał blask promieni, że większość swojego czasu w Hogwarcie spędził nie kryjąc się po kątach, a wygrzewając na słońcu na parapetach okien, na murach, leżąc na trawie razem z Fergusem i wyliczając chmury sunące po niebie. W romantyzmie chwili - ta przypominała penisa, a tamta skaczącego kota. Ta źle zainwestowana miłość, która nie mogła oczekiwać na wydarzenia przyszłe, bo nie spodziewała się takiego zakończenia i rozstania z pięknym Heliosem. Nie mógł się spodziewać. Tak samo jak po rozstaniu nie spodziewał się, że ta miłość zabije jeszcze raz. Pojawi się na nowo, obejmie go ramionami i przypomni, że on zapomniał dobrowolnie, żeby zapomnieć, ale Helios nie zapomniał nigdy. I nigdy nie odczuwał smutku rozstania - on jedynie cieszył się z powitania. Z radością go wyczekiwał, jakby [wiedząc lepiej] to było tylko mrugnięcie okiem. Musiał na chwilę wypuścić kochanka z ramion, żeby móc go na nowo objąć, przecież tak to zawsze było. Szokujące, jakim kryzysem mogła stać się chwila radości. Jak radość potrafiła stać się chwilą słabości.

Więc to całe życie było pogubione, zatracone i wszystko się mieszało. Miało być inaczej, on miał być inny, MY mieliśmy być inni. Pewnie i tak poznałby słodką Victorię, która byłaby dla niego ciepłymi promieniami, o których wspominał tylko wtedy, kiedy melancholia była kołdrą na jego martwym ciele pod ziemiami Rookwoodów. Więc teraz się trząsł, jak trzęsły mu się myśli, odbijając między tym, że w ogóle nie powinno go tutaj być, że chciał umrzeć, a tym, że nie powinien tak traktować Victorii i powinien ją przepraszać. Przeprosić za wszystko - za to, co mógł jej dać, ale jej nie zaofiarował; za to, co mogło być, ale czego nie odważył się otwierać; za to, że samolubnie brał tylko tyle, ile chciał i dawał tyle, ile chciał, a nie pozwalał jej wtrącić tego, ile ona i czego by chciała. Samolubny, głupi kot i jego zakochana kotka.

Obejrzał się na nią, kiedy powiedziała, by na nią spojrzał. Bo to wszystko było możliwe. To życie jeszcze nie było przegrane, ten czas jeszcze nie był stracony. Nie żył. Był kurwa martwy. Przez jego myśli przebiegał krzyk, żeby już więcej nie robiła tego eliksiru, dała sobie spokój, to zbyt niebezpieczne - a jak Joseph się dowie o czymś takim? Co wtedy? Ale to był krzyk myśli, a wcale nie czuł, jakby miał (mógł) krzyczeć. Nie wiedział sam, co czuł, co myślał, co widział, ale wiedział, co słyszał - obietnicę, której poszukiwał, której potrzebował, której chciał. I nie chciał zarazem. Na nowo żyć marzeniami? Jakiż to pastelowy byłby świat...

Zrobił ku niej ten jeden krok, ujął jej twarz w swoje dłonie i ucałował jej usta. Tak gwałtownie, że tylko ona mogłaby tchnąć w niego oddech. Nie mogła... a przynajmniej nie mogła teraz.

Świat możliwości otwierał przed wieloma nowe wrota.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#16
10.08.2024, 16:16  ✶  

Słońce czekało i nawet dawało możliwość, by w nie spojrzeć w tych rzadkich momentach zaćmienia – nawet dziecięciu nocy, takiemu jak wampiry. Czekało i było w tym oczekiwaniu wyrozumiałe, gotowe przyjąć w swe ramiona każdego, nawet po tak długiej rozłące i nocy… Że Saurielowi tego ciepła dnia i słońca brakowało, Victoria domyślała się już jakiś czas, a już zwłaszcza od momentu, kiedy wyciągnęła go, by mógł z nią posiedzieć w dzień i pooglądać pełne zaćmienie słońca, a słowa Rookwooda, które wypowiedział pod wpływem alkoholu na Czarnym Weselu tylko to dla niej potwierdziły. Mówił co prawda wtedy o wygodzie i o tym, że urzędy są otwarte w dzień, ale… przecież nie była głupia. Mogła się jednak spodziewać, że gdy już wyjdzie na to słońce, strudzony wędrowiec niewidzący go tak długo, te setki dni – to będzie to miało tak duży impakt, że wywoła reakcję. Spodziewała się, że Sauriel będzie chciał w tym słońcu postać, że będzie chłonął to, czego nie mógł od tak długiego czasu, ale to przecież był On: poraniony człowiek, który miał prawdziwą wprawę w uciekaniu, gdy emocje były zbyt żywe, zbyt mocne…

Łatwo było się w życiu pogubić, zwłaszcza, kiedy nie patrzyło się na drogowskazy, a szło na przełaj, wytyczając własne ścieżki. Tylko… ciągle nie było za późno, by przestać taplać się w tym błocie, a wyjść na twardą ziemię i zacząć stąpać właśnie po niej, sensownie, a nie zapadać się w te mokradła coraz bardziej, aż Fantazję pochłonie Nicość, jak pochłonęła Artaxa, walecznego rumaka dzielnego chłopca, mającego z nią walczyć. Byli tylko ludźmi – Victoria, Sauriel… Ona zdała sobie sprawę z własnych uczuć w momencie, kiedy miała to wszystko stracić, a on wcale nie musiał odczuwać tego tak samo jak ona. Miał też święte prawo nie chcieć nic od niej, a ona nie miała prawa go do niczego zmuszać…

Tylko czemu świadomie odbierać sobie marzenia? To Victoria wiedziała – Sauriel bał się mieć nadzieję, która mogła się okazać płonna. Ale świat magii od świata mugoli różnił się tym, że był miejscem możliwości. Mogli się przemieszczać z miejsca na miejsce, mogli leczyć przeróżne choroby, tworzyć coś z niczego, a niektórzy… zakrzywiali znane nam prawa natury. Tym sposobem Sauriel ciągle chodził po tej ziemi i tym sposobem Victoria wyszła z krainy duchów. Wszystko było możliwe i jej babcia miała cholerą rację. Była też dowodem na to, że można ożywić trupa i to bardzo skutecznie. Nie, życie Sauiriela nie było przegrane tak długo, jak on nie uważał go za całkowicie przegranego. Kiedy jeszcze miał w sobie to minimum sił i nadziei… Mógł wyjść na to słońce wiele razy później, a jednak tego nie zrobił, więc może…?

Kiedy na nią spojrzał, złapała z nim ten kontakt wzrokowy. Posłuchał jej i może był nadal skłonny słuchać? Może ta rozmowa pozwoli mu się uspokoić, ukoić te rozedrgane myśli i emocje, które się zeń wylewały, aż sobie z nimi nie radził. Brała właśnie oddech, by zaraz znowu mówić do niego, łagodnie, skoro już miała tę jego uwagę, nie spodziewała się za to, że gdy ona będzie chciała powiedzieć mu, powtórzyć, że to świat nieskończonych możliwości, to zrobi krok w jej stronę, skracając pomiędzy nimi dystans, który przed momentem sam ustanowił. Że ułoży swoje zimne dłonie na jej policzkach, tak jak wtedy, gdy opowiadała mu, jaki los ją najprawdopodobniej czeka. A przecież to miała być jej rola, to ona chciała to zrobić, to ona chciała mu w ten sposób dodać otuchy i zapewnić, że wszystko będzie dobrze.

Świat zawirował, gdy Sauriel uniósł jej twarz tym jednym prostym ruchem, a potem zbliżył się tak bardzo, jak nigdy wcześniej. Lestrange zamrugała, nim dotarło do niej, co się dzieje i dopiero wtedy przymknęła powieki, niezdolna nawet do nabrania oddechu. Westchnęła cicho. Wszelkie myśli w jej głowie po prostu… wyfrunęły i została w nich tylko pustka, zaś jej dłonie zsunęły się z jej brzucha, nim dość bezwiednie je uniosła i złapała za koszulę Sauriela, lekko zaciskając na niej palce. To nie był pocałunek niechciany, nie był żadnym przekroczeniem jej granic, ale z pewnością był całkowitym zaskoczeniem, gdy stał w kompletnej opozycji do tego, co do tej pory Sauriel robił i do niej mówił. Ale poddała się temu, bo marzyła o tym od dawna. O ile czarnooki nie postanowił się nagle od niej odsunąć jak parzony ogniem, to odpowiedziała mu równie łapczywie, zapominając, że przecież boli go wszystko.

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#17
10.08.2024, 18:49  ✶  

Dziwny odruch, taki ludzki, niepodyktowany żadną logiką. Z drugiej strony od kiedy Sauriel kierował się logiką i od kiedy słuchał tego, co się POWINNO robi, a nie tego, co chciał? Czasem interes był zbieżny, czasem okłamywał siebie samego, innym razem to była jakaś dobra mina do złej gry. Teraz to nie miało znaczenia. Móc, nie móc - fakty i logika rozpływały się. Gdzieś w strachu, w bólu, w instynktownym pragnieniu ucieczki i pragnieniu, żeby zatopić w tej słodziutkiej szyi kły. Rozpływały się przy uczuciu nadziei, bo jej usta smakowały jak samo słońce. Czy to było obrzydliwe dotykać martwego ciała, gdy tylko jej usta były wilgotne, gdy tylko ona tutaj oddychała i potrzebowała oddechu? Nie zastanawiał się nad tym, tak jak i nie myślał, kiedy ją przytrzymał za ramiona. Z boku ktoś mógł pomyśleć, że to przemoc - że nawet jakby chciała się odsunąć, to on by jej już nie wypuścił. Nie miała szans na ucieczkę z jego ramion, mogłaby się szarpać ile chciała. Nie możesz sięgnąć różdżki - nie wygrasz pojedynku z wampirem.

Nic nie mogło być dobrze, bo on był martwym socjopatą, który nie miał woli zmieniać się na lepsze, a ona widziała w nim tylko rzeczy najlepsze i tylko część mroku. Nic nie mogło być dobrze, ale to też nie miało teraz znaczenia. Jeden, dwa, pięć oddechów Victorii, a może nawet więcej, zanim Sauriel się zatrzymał i odsunął od niej na wyciągnięcie swoich ramion. Ledwo się orientował, że ją trzymał - więc puścił. Teraz, kiedy świat zaczął mieć rytm pracy jej przyśpieszonego tętna i jej serca. Prawie tak samo, jak przyśpieszało, kiedy adrenalina kazała człowiekowi uciekać czy walczyć o życie. To nie strach był jednak zasiany we wnętrzu Lestrange i doskonale sobie zdawał z tego sprawę.

W zasadzie to rzeczywiście wszystko musiało być dobrze. Tak. Musiało. Sauriel czuł to całym sobą... zaraz obok poczucia niezręczności, bo nie miał pojęcia, co powiedzieć w tym momencie, ani co powinien zrobić z nią. Ze sobą. Z tym wszystkim.

- To... daj ten... bezoar. - Przesunął palcami po włosach, zaczesując je do tyłu i włożył na nos awiatorki.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#18
10.08.2024, 20:32  ✶  

No właśnie – tego co chciał. A cały czas mówił jej, że jej nie chciał, że nic nie czuje, że… Jeśli więc nie było to dyktowane logiką, to czym? Sercem? Całą sprzecznością wszystkiego? Okłamywaniem… kogo. Siebie? Jej? Chyba jednak bardziej siebie, bo jaki miałby teraz cel w tym, żeby tak się do niej zbliżać? Przecież nic od niej nie chciał. Ten kocioł emocji wszelakich, ściskanych, spychanych, skopywanych wręcz gdzieś w kąt musiał w końcu wybuchnąć i oto byli tutaj. Zimne dłonie Sauriela zjechały z jej twarzy na ramiona, które złapał mocno, ona trzymała w dłoniach przód jego koszuli. Z boku mogło to sobie wyglądać różnorako… ale byli tutaj sami. W tle tylko te ptaki, które szczebiotały w koronach drzew. Victoria wcale nie chciała się odsuwać. Tak samo jak nie myślała zupełnie o tym, że właśnie całuje trupa i że to ten trup to zainicjował. Może dlatego, że nie myślała o nim w kategorii trupa. Trup leżał w grobie, koniec kropka. A Sauriel może i nie oddychał, ale zdecydowanie nie był trupem, wystarczyło czasami posłuchać co opowiada, albo popatrzeć jak macha pięściami… Więc czy to było obrzydliwe dotykać martwego ciała? Nie. Wrażenie może było trochę dziwne, bo nie oddychał, ale szybko można było o tym zapomnieć i… zapomnieć się.

Poddać się tej chwilowej, niespodziewanej przyjemności i chwili. Nie liczyła tych oddechów, które ze sobą dzielili. Mało brakowało, a przygryzłaby wargę Sauriela, ale powstrzymała się, ledwie musnęła go zębami, a chwilę później zakończył ten pocałunek i odsunął się na krok i puścił ją.

Tak jak ona puściła go, rozprostowała palce i przysunęła dłonie do siebie. Rozchyliła powieki, zamknęła usta. Nic nie powiedziała – nawet nie wiedziała co ma powiedzieć, to rozgoniło jej myśli tak skutecznie, że teraz nawet gdyby legilimentą chciał z niej coś wyczytać, to srogo by się rozczarował. Tak, jej tętno przyspieszyło, serce biło mocniej, zupełnie nie ze strachu, a oni stali tak odsunięci od siebie, nie mając bladego pojęcia, co zrobić, co powiedzieć. Ciemnowłosa uniosła lewą dłoń i dwa palce przyłożyła do swoich miękkich ust w tej zadumie.

Niezrozumieniu.

Bo już zupełnie nic nie rozumiała. Przecież…

Lekko zmarszczyła brwi, a potem uniosła je niemal pytająco, ciemne oczy przenosząc na Sauriela akurat wtedy kiedy tak nieporadnie się odezwał.

Bezoar, no tak. Victoria szybko zabrała dłonie z ust, które zaraz ścisnęła ze sobą delikatnie i z pewnym opóźnieniem potrząsnęła głową, jakby odganiała się od irytującej muchy, uśmiechnęła się i zanurkowała do swojej torebki, skupiając na niej całą swoją uwagę, jakby to była najważniejsza rzecz na świecie. Spojrzała na Sauriela ponownie dopiero, gdy wydobyła drewniane pudełeczko, odsunęła wieczko i wyciągnęła z niego kamyk wielkości orzecha włoskiego, naprawdę był nieduży.

Chrząknęła.

– M-musisz go wsadzić do buzi – miała wrażenie, że zaschło jej w ustach i że wszelka krew odpłynęła jej z twarzy. Co robić… co robić? Bogowie, przynajmniej jej za to nie przeprosił, wtedy dopiero byłaby katastrofa…

Czarny Kot
Let me check my
-Giveashitometer-.
Nope, nothing.
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Wysoki, dobrze zbudowany, z mięśniami rysującymi się pod niezdrowo białą skórą z fioletowymi żyłami. Czarne, krótsze włosy roztrzepane w nieładzie, z opadającymi na oczy kosmykami. Czarne oczy - jak sama noc. Śmiertelna bladość skóry wpadająca w szarość, fioletowe żyły. Czarna skóra, czarne spodnie, czarna dusza, czarne życie.

Sauriel Rookwood
#19
11.08.2024, 15:10  ✶  

Poziom niezręczności rósł, a to łatwo mogło się przeprowadzić w irytację. Zanim nastąpi irytacja najlepiej było uciec. Teleportować się z powrotem do domu, albo chociaż spróbować, bo przecież te nauki nie mogły pójść w las. Tak jak on poszedł w las, żeby zakosztować słońca. Więc może nie teleportować? Odejść jeszcze kawałek, albo poprosić o to, że "musi zostać sam". Wprowadzanie jeszcze większego skonfundowania w ich duet, o tak! Czyż to nie brzmiało jak rodzony Sauriel Rookwood, który nie chciał niczego nazywać słowami, bo jak to nazywał to nagle przestawało być miłe, przyjazne jego własnemu środowisku głowy? Nie nazywajmy tego. Nic nie mówmy. Milczenie czasami było złotem, ale cholera - przepraszać? Miałby za to przepraszać? Nie to, że nie przyszło mu to w ogóle do myśli, ale ta myśl była tak przelotna jak kurz, który opada na podłogę, kiedy ty już robisz ruch miotłą. Nawet nie zdąży twojej podłogi zabrudzić, a już go nie było.

Nie było gorszej rzeczy niż przeprosiny w takiej chwili, a Sauriel nie zrobił tego po to, żeby zaraz przepraszać albo mówić, że to błąd. Nie czuł ciepła, nie czuł fal ekstazy, nie czuł wszystkiego, co czuć powinien, co całkiem dobrze wpływało na jego ocenę sytuacji. Nie zmieniało to tego, że nie ważne, jak chciał samemu sobie wmówić, że uczuć nie posiada i jak mocno trzymać się w ryzach to niestety te uczucia były. Więcej niż tylko gniew i marazm, które tak często ściskały go w swoich ramionach niby nadopiekuńcza matka, która nie rozumie, że kiedyś należy pozwolić odejść swojemu synowi. Wyfrunięcie ptaszków z gniazdka nie zawsze było przyjemne. Całowanie ust Victorii było zaś całkiem miłe.

- Ay, połykać też umiem. - Chlasnął żartem, biorąc od niej ten bezoar, gratulując samemu sobie wzięcia tych okularów. Okazało się, że stały się one jego główną tarczą nie przeciwko słońcu, a przeciwko emocjom. Kurwa - skarcił samego siebie w myślach za ten żarcik kosmonaucik, który był wynikiem tej niepewności, jaka zaduchem stanęła w powietrzu. Co więc miał ochotę powiedzieć to "ale będzie tak, jak dawniej... prawda?", a nawet nie miałby tego na myśli. Tak bardzo chciał, żeby nic się nie zepsuło, żeby nic nie było popychane i żeby ta stałość miała tylko drobne zmiany, że próby przepychania jej na inną stronę jawiły się jako koszmar, a nie obietnica czegoś lepszego. - Dzięki. - Mruknął i włożył go do buzi, mając szczerą nadzieję, że jego irytacja i kotłowanina myśli zejdzie ze swoich stopni, kiedy ta głupia reakcja jego organizmu przestanie być taka drażniąca. Chwila, dwie, liczenie prawie jak oddechów, chociaż Sauriel bardziej liczył uderzenia jej serca. Miał wrażenie, że gdyby tak dłużej potrwali to sam zamieniłby się w jedno z jej uderzeń. W ten trel, który swoim dźwiękiem rozprasza mrok. I pomogło. Faktycznie pomogło.

- Przynajmniej nie jest obrzydliwie obśliniony. - Zauważył wypluwając go. Chciał go odruchowo opłukać w wodzie, ale zwątpił - nie znał się na bezoarach i innych tego typu czary-mary, więc spojrzał wyczekująco na Victorię, wyciągając kamyk w jej stronę. - Lepiej. Jest dobrze. NAPRAWDĘ. - Zaintonował to, żeby nie myślała, że to jedno z jego standardowych "jest okej" - powiedział idąc z rozerwaną wątrobą. Na potwierdzenie nawet nie czekał, a otworzył jej paszczę z wysuniętymi kłami, które same cisnęły mu się teraz na dziąsła. Zaraz ją zamknął.



[Obrazek: klt4M5W.gif]
Pijak przy trzepaku czknął, równo z wybiciem północy. Zogniskował z trudem wzrok na przyglądającym mu się uważnie piwnicznym kocurze.
- Kisssi... kisssi - zabełkotał. - Ciiicha noooc... Powiesz coś, koteczku, luzkim goosem?
- Spierdalaj. - odparł beznamiętnie Kocur i oddalił się z godnością.
królowa nocy
some women are lost in the fire
some women are built from it
wiek
27
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
auror, twórca eliksirów
Ma długie do pasa, bardzo ciemnobrązowe, wpadające w czerń włosy. Te, zwykle rozpuszczone lub spięte jakąś spinką, okalają owalną twarz o oliwkowej karnacji, skąd spoglądają spokojne, brązowe oczy. Nie jest przesadnie wysoka, mierzy 167 cm wzrostu i jest stosunkowo szczupła. Swoje bardzo kobiece kształty lubi podkreślać ubiorem. Nosi się najczęściej w czerni. Ciągnie się za nią mgiełka delikatnych perfum – o ciepłej nucie drzewa sandałowego, wanilii, jaśminu, konwalii i pomarańczy.

Victoria Lestrange
#20
11.08.2024, 18:16  ✶  

Ucieczka w tej chwili byłaby zapewne tylko trochę mniej straszna niż przeprosiny za pocałunek, który zresztą samemu się zaczęło. Albo mówienie, że to był błąd. Och, jeśli Sauriel tylko prowadził listę najgorszych rzeczy, które z pewnością wpłynęłyby na tę relację i to nie w sposób „ale będzie tak, jak dawniej?” to było to właśnie to. Ale Victoria nie była głupia i wręcz… spodziewała się, że Rookwood mógłby odwalić taki numer. Nie to, że celowo najpierw ją całować, a potem uciekać, ale w tym, jaki był pogubiony i wystraszony wielu rzeczy – byłby do tego zdolny.

I jednocześnie Victoria miała wielką nadzieję, że tego nie zrobi, bo by chyba nie zniosła kolejnego zamętu w… sercu i głowie. Ledwo poukładała sobie jedną rzecz, jakoś wzięła się w garść, ale dostać taki cios teraz… Chyba nawet nie wiedziałaby jak zareagować. Już teraz nie wiedziała co ma zrobić! A to przecież nie tak, że to był jej pierwszy w życiu pocałunek – a jednak… trochę tak się czuła. Dlaczego? Może dlatego, że miał większe znaczenie niż każdy poprzedni? Bo był z osobą, do której żywiła uczucia? Sama nie potrafiła tego nazwać i wcale nie oczekiwała, że nagle Sauriel będzie miał na to odpowiednie słowa – kto jak kto, ale nie tego się po nim spodziewała. Nie, znając historię ich relacji. Burzliwej? Skomplikowanej? A może właśnie całkowicie prostej, bo to się chyba robiło bardzo proste…

– Aha? – wyrwało jej się nie mniej mądrze na jego odzywkę o połykaniu. W jego ustach zabrzmiało to zdecydowanie bardziej dwuznacznie niż mogło i chyba nie chciała sobie tego wyobrażać w ten sposób. Wypuściła powietrze przez usta. – Na szczęście tego połykać nie musisz – w niej też była niepewność, to nie tak, że to było jednostronne, a może nawet była tym większa, bo niewiele już rozumiała z tego, co się między nimi działo i co odczuwał Sauriel, albo czego od niej chciał czy raczej czego nie chciał (a nic od niej przecież nie chciał… tak powiedział, a potem ją pocałował). 

Chyba nigdy nie czuła się tak niepewnie, jak teraz. Tak niezręcznie po pocałunku. Tak, że nie wiedziała, co ma robić, czy robić cokolwiek, a może coś powiedzieć? Może lepiej było się nie odzywać i poczekać… Tylko poczekać na co właściwie? Aż Sauriel coś powie? A co jeśli nigdy nie powie nic? Mieli udawać, że w sumie, to nic nie miało miejsca? Wymazać to sobie z pamięci? A może on czekał aż ona coś powie…? Bo to nie tak, że było jej źle, że wolałaby udawać, że to się nie wydarzyło. Ale bała się cokolwiek powiedzieć i zapytać, żeby nie było tak, jak ostatnio. Nie chciała usłyszeć, że jest inspiracją do życia, której nie kocha, a później usłyszeć, że w sumie to nie ma szans, a później patrzeć jak ta ukochana osoba próbuje się zabić – i wszystko przez jedno niewinne pytanie. Może jednak lepiej czasami nic nie mówić…

Tylko czy to milczenie i udawanie służyło komukolwiek z nich? Póki co jednak milczała i kotłowała się w myślach, nie potrafiąc się jednak nie uśmiechnąć leciutko – bo to przecież było bardzo, bardzo miłe. Uskrzydlające wręcz i wcale nie obrzydliwe. Milczała i tylko te jej uderzenia serca mogły wyznaczać czas i rytm miejsca, kiedy Sauriel stał w tych okularach, z bezoarem w buzi, i nie była w stanie z niego absolutnie nic wyczytać.

– Wcale żadne z nas nie jest czarodziejem i wystarczy jeden ruch, żeby go wysuszyć – odparła, kiedy wyciągnęła dłoń po bezoar i kamyk po chwili znowu był w jej ręce. – Nape- – och, dobrze ją znał. Bo już otworzyła buzię i zaczęła mówić, ale urwała w półsłowa, kiedy Sauriel tak bardzo zaakcentował, że wszystko jest dobrze. Była to pewna ulga i Victoria westchnęła ponownie, po czym pokiwała głową i schowała kamyk do pudełka. Dopiero wtedy ponownie spojrzała na Rookwooda i musiała przyznać, że jest na straconej pozycji. On miał okulary, a ona nie i czarnowłosy mógł sobie z niej czytać jak z otwartej księgi… pomijając, że była oklumentką. Przygryzła dolną wargę, może nawet nieco nerwowo, ale to wcale nie ze strachu – bo zęby, jakie jej teraz pokazał, wcale nie powodowały, że miała ochotę uciec.

– Dziękuję – nie dziękowała za to, że oddał jej bezoar. Nie był głupi, przecież musiał wiedzieć za co… Victoria nie wiedziała, co mogłaby innego powiedzieć, alternatywą było nie mówić nic, albo zapaść się pod ziemię.

« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Sauriel Rookwood (8109), Victoria Lestrange (9466)


Strony (3): « Wstecz 1 2 3 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa