„Just look into my eyes
Kiss our fears goodbye”
♫
11 sierpnia 1972, noc
– Sauriel & Victoria –
Los lubił grać na nosie. Niby pewne rzeczy się układały swoim torem, by uderzyć z zupełnie innej strony – jej strony. Windermere było wyjątkowo napiętym momentem. Zamiast pójść do domu – wyruszyli na poszukiwania człowieka, który widział żywe trupy, a po nim słuch zaginął, co postawiło do pionu bardzo dużo ludzi z Ministerstwa, ale nie tylko, bo też wczasowicze wzięli się do roboty, co mocno nadwyrężyło nerwy Victorii. Nie podobało jej się niańczenie kogoś, kto widział w poszukiwaniach tylko świetną zabawę, odskocznię od codzienności, bo to ona miała na głowie zapewnienie wszystkim bezpieczeństwa. I zapewniła je, a jakże, przypłacając to nerwami napiętymi jak struna. Już gdy tam trafili z Cainem wiedziała, że za szybko nie wrócą do domu i miała rację, bo przekroczyła próg swojej sypialni niemalże dzień później… I nie potrzebowała nawet dużej dawki eliksiru nasennego, by zasnąć.
No właśnie… Cain. Jej kac moralny, zwłaszcza gdy uświadomiła sobie, po opuszczeniu Windermere, że to wcale nie jest osoba, której oddałaby swoje życie, której powierzyłaby swoje sekrety, umysł i ciało. Z jednej strony cieszyła się, że na pocałunku się zakończyło, a z drugiej czuła się źle.
Źle źle źle.
Dopiero co… dopiero co jakoś tam zaczęła się dogadywać z Saurielem, mężczyzną, na którym tak jej zależało, by dwa dni później… Miała ochotę uderzyć głową w ścianę i wykasować to sobie z pamięci. Świadomość, że to była jakaś silna magia, która konkretnie mieszała ludziom w głowie pomagała tylko połowicznie – bo to nie była ona i nie zrobiła tego świadomie, a jednak czuła się taka słaba. Słaba, bo znowu coś weszło jej w głowę, dyktowało, co ma czuć i do kogo, i to o wiele silniej niż miłosny rytuał Beltane. Znowu z taką łatwością mieszano jej w głowie; jak nie Beltane (choć to nie było aż tak mocne… najbardziej przeszkadzało poczucie zagrożenia, jakie czasami odczuwała no i… zazdrość), jak nie pierdolony poltergeist, to cholerne Windermere, które uderzyło ze zdwojoną mocą, by jej płaszcz oklumenty zerwać i porwać jak szmatę nadającą się tylko do używania przy sprzątaniu. Czuła się nic nie warta, słaba, a jej umysł wcale nie był taką twierdzą, jak to powiedziała Vakelowi. Tym bardziej bolało ją to, że tam w Windermere to nie były te usta, które chciała całować i chociaż nie miała na to najwyraźniej żadnego wpływu, to czuła się, jakby zrobiła coś złego. Jakby zdradziła, głównie samą siebie – i ten smak porażki był naprawdę gorzki.
Victoria rzadko się nad sobą użalała, ale każdy miał swój limit. Co, jeśli coś, na co nie miała żadnego wpływu, wszystko popsuje? Co, jeśli coś znowu zacznie mieszać jej w głowie? Od maja działo się to zbyt często, nawet wspomnienia Elisabeth potrafiły mocno mieszać z jej percepcją, jak miała się bronić? Kiedy miała pewność, ze jej myśli są tylko jej? Co jeśli to się powtórzy? Słaba, słaba, słaba.
Ten dzień przeleżała w łóżku, wychodząc z niego tylko po to, by chwilę zająć się kotami, a potem resztę czasu przeleżała na kanapie. Jej myśli nie stawały się ani trochę bardziej klarowne, były bardziej jak spirala cienia i ciemności, w który kobieta się zanurzała i teraz brodziła w tym aż po samą szyję. Kwiatuszek i Luna musiały wyczuwać, że coś jest mocno nie tak, bo cały czas dotrzymywały jej czasu. Victoria bardzo chciała zasnąć, zapomnieć, odciąć się, ale jak zwykle – mogła się tylko patrzeć w sufit, albo wlać w siebie eliksir. Więc patrzyła. I myślała.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)