Dla Dægberhta to była jedna z tych felernych nocy, kiedy przewracasz się z boku na bok i marzysz o odpoczynku, który nigdy nie nadchodzi. Znajdował się w Londynie od wczoraj. Nie dowiózł tu jeszcze swoich rzeczy i nie mógł znieść braku wiecznego kołysania łódki, które przez ostatnie miesiące kładło go do snu. Dobrze wiedział, jak to się skończy - lada moment świt zacznie przebijać się przed gęste chmury, a on podniesie się bez życia, przygotowując się mentalnie na komentarze krzątającej się w kuchni Viorici. Z tej pułapki uratowała go sówka - stukała dziobem o okno, drażniąc Kapitana, który w przeciwieństwie do swojego właściciela, drzemał teraz smacznie na drewnianym krześle wyłożonym nakryciem z gęstego futra.
Dosyć szybko rozpoznał w tej sowie nienawykłą do czekania własność Victorii, więc marszcząc brwi, wstał z łóżka i otworzył skrzypiącą okiennicę. Nie zwlekając wiele, uwolnił ją od przywiązanego do nóżki listu i odczytał go spokojnie. Chwilę po tym rzucił okiem na zegarek wiszący na ścianie, ale był jeszcze zbyt zaspany, żeby dotarło do niego która jest godzina. Flint nigdy nie odmawiał w sytuacjach problemów z duchami - było to coś głęboko zakorzenionego w jego przekonania i osobowość, brakowało mu jednak altruizmu pozwalającego na zarwanie nocy dla byle kogo. Victoria jednak byle kim nie była - jeżeli miał się dla kogoś poświęcać, zapewne ciężko było znaleźć przy tej ulicy kogoś, do kogo dobiegłby szybciej. Bez większych namysłów zaczął narzucać na siebie wczorajsze ubrania, a kiedy dopiął już klamrę paska, z niechęcią rozejrzał się po pokoju. Jedyna świeca, jaką tutaj posiadał, była dowcipnym prezentem od Zamfir właśnie i chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że Lestrange również nie była pozbawiona dobrego poczucia humoru, odrobinę zawahał się, zanim zacisnął swoje palce na woskowym penisie. Cóż, lepiej chyba przyjść uzbrojonym tak, niż nie przyjść wcale?
Po drodze na Pokątną zmoczyły go chłodne krople sierpniowego deszczu. Cóż za dziwne uczucie wrócić do domu i przypomnieć sobie o tym, że to twój dom właśnie wtedy, kiedy wezbrane nad głowami chmury postanowiły przyspieszyć jego marsz.
Dotarł pod wskazany adres stosunkowo szybko, domyślając się, którą z kamienic powinien wybrać po samej intensywności zapalonego w środku światła. Zwątpienie pojawiło się dopiero w momencie, w którym zapukał do drzwi i w przebłysku normalności dotarło do niego, co musiałby powiedzieć osobie otwierającej mu w środku nocy, kiedy tak dumnie trzymał tę świecę z afrodyzjakiem, gdyby to jednak nie była Victoria. Panicznie rzucił spojrzeniem na adres wyryty na tabliczce przy wejściu i odetchnął z ulgą, kiedy po skrzypnięciu zawiasów ujrzał te charakterystyczne, długie, czarne włosy.
- Dobrze widzieć, że nie zamienił cię jeszcze w profesora od Transmutacji - parsknął, wyciągając do niej ręce, żeby na moment zamknąć ją w mocnym uścisku. - Oh na księżyc i gwiazdy, ty naprawdę jesteś lodowata - rzucił nagle, ale nie odsunął się na krok - pozwolił kobiecie przerwać ten gest jako pierwszej, nie chcąc wprawić ją we wrażenie, jakby przypadłość ta była dla niego jakimś problemem. A kiedy się od niej odsunął, zabierając ze sobą charakterystyczną dla siebie woń ziół i natury, uśmiechnął się lekko i zbadał spojrzeniem jej twarz - bo oczy potrafiły być nawet większą skarbnicą wiedzy o cudzym samopoczuciu, niż to jak szybko zostanie wciągnięty do środka.
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr