16.12.2024, 16:03 ✶
Jeżeli Dolohov był tą cytadelą wzniesioną na szczycie góry, ta cytadela musiała pragnąć być zbudowaną w głębi lasu w ponurej dolinie, ponieważ wpatrywał się w leżącego pod nim wróżbitę jak w obrazek.
- Bardzo dobrze, że tego nie cofasz, ale tak - to jedna ze ścieżek takich historii. - Zabrzmiał nieco melancholijnie. - Wszystkie dobre chwile stają się wspomnieniem zza kurtyny goryczy, a wspólne badania stają się reliktem przeszłości. - Doświadczył tego już raz i mógłby powiedzieć więcej, ale to nie była chwila na pełną szczerość. Niektóre fakty należało zgrabnie pominąć, tak? Bo teraz musiał liczyć się on i tylko on, nawet jeżeli sytuacja nie była prosta. - Nigdy nie chciałem dla nas takiego zakończenia. - Nie chciał też zakończenia, w którym Trelawney znajdował sobie kogoś innego, jakąś żonę... Ale przeżyłby to i to byłoby łatwe, o ta żona czekałaby na niego w domu, kiedy on by dniami i nocami przesiadywał tutaj. To on miałby nad nim kontrolę, a nie jakaś lafirynda - mogłaby się oszukiwać, ale Dolohov dołożyłby wszelkich starań aby jego serce pozostało tam, gdzie było jego miejsce - w Prawach Czasu. - Może dlatego doszukuję się w twoich słowach niepewności lub pośpiechu. Bo cokolwiek się stanie, nie chcę stracić ciszy, ją razem stworzyliśmy. - Widocznie zadrżał od jego dotyku. Bardzo subtelnie, dając twarzy pokryć się delikatnym i zalotnym uśmiechem. - Czytałeś kiedyś Pasternaka? On napisał coś, z czym nie do końca się zgadzam: „Nie można zmienić uczuć na zamówienie. Są jak wiatr - przychodzą i odchodzą bez pytania” i nie powtórzyłbym tego po nim gdyby nie dodał „ale to, jak radzimy sobie z nimi, pokazuje, kim jesteśmy”. - To nie był dokładny cytat słowo w słowo, ledwie parafraza jego myśli. - Nie wydaje mi się, żeby to było coś do rozważenia dzisiejszego wieczoru, ale jak zwykle nie mogę się zamknąć. - Ten uśmiech się pogłębił, a on poruszył barkiem, pozwalając krawędzi szlafroka opaść jeszcze niżej. Obnażył kolejną część swojego ciała i nie - nie był tym wzruszony ani zawstydzony. Być może było to coś, czego spodziewałeś się po kimś kąpiącym się regularnie w świetle reflektorów, ale wprawione oko dobrego obserwatora rozumiało, że było w tym coś więcej. Tu nie chodziło przyzwyczajenie, brak wstydu ani odwagę. Patrzył się na niego znacząco, zza kurtyny przydługich, nieułożonych włosów opadających mu na oczy i zapraszał do tej eksploracji, bo podobała mu się ciekawość. Przygryzł na moment wargę kiedy palce Trelawneya znalazły się pod satynowym materiałem. Wielu nie powiedziałoby w takiej chwili nic - i on też by nie musiał, bo cisza i spojrzenia pomiędzy nimi wystarczały we wzajemnym zrozumieniu, ale gdyby milczał, zdecydowanie nie byłby Vakelem Dolohovem.
- Porusza mnie to, jak na mnie patrzysz i dotykasz mnie... jakbyś sprawdzał, czy jestem prawdziwy. - Odzywał się nie po to, żeby dać tu jakiekolwiek zapewnienia, że to, co się działo było w porządku. On się tymi słowami bawił nawet bardziej niż dotykiem i brzmiał przy tym bardzo miękko. Jednocześnie tak zdecydowanie, jakby dokładnie wiedział, co robi i miał wiele czasu na przemyślenie własnych słów. - Chcesz sprawdzić, jak to jest mnie mieć, Peregrinie? - Poprawił ułożenie swojej nogi, strategicznie i bezwstydnie. Wolną ręką chwycił go za dłoń i zsunął ją niżej, praktycznie wkładając mu pomiędzy palce dokładnie ten kawałek wiązania, jaki należało pociągnąć, żeby zobaczyć go nago. - Jesteś wciąż całkowicie przekonany, że trafisz do domu? Ah, no tak, to ja miałem pociągnąć cię w to głębiej... - Zacisnął jego dłoń na materiale i zaczął odsuwać ją od siebie. Węzeł powoli puszczał, ale jego percepcja też. Robił się coraz senniejszy.
- Bardzo dobrze, że tego nie cofasz, ale tak - to jedna ze ścieżek takich historii. - Zabrzmiał nieco melancholijnie. - Wszystkie dobre chwile stają się wspomnieniem zza kurtyny goryczy, a wspólne badania stają się reliktem przeszłości. - Doświadczył tego już raz i mógłby powiedzieć więcej, ale to nie była chwila na pełną szczerość. Niektóre fakty należało zgrabnie pominąć, tak? Bo teraz musiał liczyć się on i tylko on, nawet jeżeli sytuacja nie była prosta. - Nigdy nie chciałem dla nas takiego zakończenia. - Nie chciał też zakończenia, w którym Trelawney znajdował sobie kogoś innego, jakąś żonę... Ale przeżyłby to i to byłoby łatwe, o ta żona czekałaby na niego w domu, kiedy on by dniami i nocami przesiadywał tutaj. To on miałby nad nim kontrolę, a nie jakaś lafirynda - mogłaby się oszukiwać, ale Dolohov dołożyłby wszelkich starań aby jego serce pozostało tam, gdzie było jego miejsce - w Prawach Czasu. - Może dlatego doszukuję się w twoich słowach niepewności lub pośpiechu. Bo cokolwiek się stanie, nie chcę stracić ciszy, ją razem stworzyliśmy. - Widocznie zadrżał od jego dotyku. Bardzo subtelnie, dając twarzy pokryć się delikatnym i zalotnym uśmiechem. - Czytałeś kiedyś Pasternaka? On napisał coś, z czym nie do końca się zgadzam: „Nie można zmienić uczuć na zamówienie. Są jak wiatr - przychodzą i odchodzą bez pytania” i nie powtórzyłbym tego po nim gdyby nie dodał „ale to, jak radzimy sobie z nimi, pokazuje, kim jesteśmy”. - To nie był dokładny cytat słowo w słowo, ledwie parafraza jego myśli. - Nie wydaje mi się, żeby to było coś do rozważenia dzisiejszego wieczoru, ale jak zwykle nie mogę się zamknąć. - Ten uśmiech się pogłębił, a on poruszył barkiem, pozwalając krawędzi szlafroka opaść jeszcze niżej. Obnażył kolejną część swojego ciała i nie - nie był tym wzruszony ani zawstydzony. Być może było to coś, czego spodziewałeś się po kimś kąpiącym się regularnie w świetle reflektorów, ale wprawione oko dobrego obserwatora rozumiało, że było w tym coś więcej. Tu nie chodziło przyzwyczajenie, brak wstydu ani odwagę. Patrzył się na niego znacząco, zza kurtyny przydługich, nieułożonych włosów opadających mu na oczy i zapraszał do tej eksploracji, bo podobała mu się ciekawość. Przygryzł na moment wargę kiedy palce Trelawneya znalazły się pod satynowym materiałem. Wielu nie powiedziałoby w takiej chwili nic - i on też by nie musiał, bo cisza i spojrzenia pomiędzy nimi wystarczały we wzajemnym zrozumieniu, ale gdyby milczał, zdecydowanie nie byłby Vakelem Dolohovem.
- Porusza mnie to, jak na mnie patrzysz i dotykasz mnie... jakbyś sprawdzał, czy jestem prawdziwy. - Odzywał się nie po to, żeby dać tu jakiekolwiek zapewnienia, że to, co się działo było w porządku. On się tymi słowami bawił nawet bardziej niż dotykiem i brzmiał przy tym bardzo miękko. Jednocześnie tak zdecydowanie, jakby dokładnie wiedział, co robi i miał wiele czasu na przemyślenie własnych słów. - Chcesz sprawdzić, jak to jest mnie mieć, Peregrinie? - Poprawił ułożenie swojej nogi, strategicznie i bezwstydnie. Wolną ręką chwycił go za dłoń i zsunął ją niżej, praktycznie wkładając mu pomiędzy palce dokładnie ten kawałek wiązania, jaki należało pociągnąć, żeby zobaczyć go nago. - Jesteś wciąż całkowicie przekonany, że trafisz do domu? Ah, no tak, to ja miałem pociągnąć cię w to głębiej... - Zacisnął jego dłoń na materiale i zaczął odsuwać ją od siebie. Węzeł powoli puszczał, ale jego percepcja też. Robił się coraz senniejszy.
with all due respect, which is none