A jednak, kiedy Sauriel poznał Victorię, kiedy spotkali się po raz pierwszy poza Hogwartem (a gdzie swoje przynajmniej raz musieli się minąć na korytarzu, a może nawet więcej razy – Victoria tego nie pamiętała), i gdy nie widział pomiędzy matką, a córką aż takiej różnicy – ona już istniała od dawna. Chociaż pomyślał, że przez jej zaróżowione policzki, jest ona podekscytowana tym spotkaniem i wręcz marzy o tym małżeństwie. Sauriel nie mógł być wtedy bardziej odległy od prawdy… i chociaż Victoria miała swoje humorki, nosiła głowę wysoko i zadzierała nosa, bo tak strasznie działał jej na nerwy, ba, popsuł jej nawet świętowanie Nowego Roku i odmawiała, by się z nim widywać, to przecież nie była swoją matką.
Nigdy nie chciała nią być.
Ale też nie wyparłaby jej się, były zbyt podobne z urody i obie miały… cóż, miały trudny charakter dla ogółu społeczeństwa. Victoria też tego nikomu nie ułatwiała, póki nie dotarło się w jakiś sposób do jej serca. Potrafiła być złośliwa, potrafiła być zawistna, mściwa i ich jakże chłodna i obraziłaby się, gdyby ktoś zrobił jej takie porównanie do matki. Dla rodziny, przyjaciół zrobiłaby wiele. Czyż Isabella też tego nie robiła na swój sposób? To jej Victoria mogła podziękować za ambicję, za ten pęd do wiedzy, do bycia lepszą – najlepszą wersją siebie. Nigdy nie odpuszczała.
– Tak, całkiem fajnie – odparła, a na jej ustach błąkał się jakiś taki uśmieszek kogoś, kto nie może się zdecydować czy jest ubawiony reakcją Sauriela, czy ukontentowany spotkaniem z ukochaną siostrzyczką. – No cóż, mój drugi zawód, poza byciem aurorem, to bycie siostrą. To robota na pełen etat – roześmiała się trochę i zmrużyła oczy. – Jedna w Hogwarcie, jedna we Francji, jedna zdominowana przez ego matki, które zajmuje kilka pomieszczeń w domu – wzruszyła ramionami. – Chociaż Daphne i tak nieźle sobie radzi, zawsze była tą cichą no i pracuje z matką w jednym departamencie, więc szybko wskoczyła w rankingu ulubienic i miała większe fory – ciemnowłosa uśmiechnęła się pod nosem z jakąś taką melancholią. W zasadzie… rzadko rozmawiała o swoich siostrach, równie mało co o rodzicach i rodzinie ogólnie, woląc na co dzień skupiać się na innych rzeczach – miała ich w końcu bardzo dużo na głowie. Najwyraźniej dzisiaj nie tylko Victoria mogła się dowiedzieć czegoś o Saurielu. On też mógł przyswoić o niej inne rzeczy, o ogóle wiedział – że ma trzy siostry, pewnie nawet nie pamiętał jak miały na imię i która była która, a szczegóły mógł wyłuskać właśnie teraz, te kawałki życia, które były dla Victorii taką oczywistością, że zapominała o nich opowiadać. – A Liv jest… no jestem dużą częścią jej życia. Ostatecznie byłam obecna przy jej wychowaniu i jak była małym dzieciakiem to wszędzie za mną chodziła – coś w jej spojrzeniu i uśmiechu musiało mówić o tym, ile radości jej to sprawiało. Że miała małego pomocnika, kiedy sadziła ich ogród w Dolinie Godryka. Ogród, po którym nic już nie pozostało, a z którym w maju pomagała jej matka Sauriela, bo Olivia była w szkole.
– Haha, cóż za zmiana narracji – roześmiała się, słysząc, że jest kotem, który spełnia marzenia, a nie kotem, który przynosi pecha. Nie przynosił go, zawsze temu zaprzeczała i zamierzała to robić dalej. Do znudzenia, aż Sauriel w to w końcu uwierzy.
To był fakt, że trzymała tutaj whisky ze względu na niego, że uzupełniała te zapasy regularnie właśnie dla niego. Victoria wolała miód pitny albo kolorowe, śmieszne drinki, czasami wino z winnicy jej wuja Anthonego, czasaaami bardzo rzadko napiła się whisky. Ale ona była tu właśnie dla niego – bo ją lubił, bo pijał. Kolejny z licznych pretekstów robionych przez jedno z nich. Jeśli mężczyźni dzielili się na tych, którzy okazję stwarzali i na tych, którzy z okazji korzystali, to Sauriel był kimś po środku. Stwarzał mnóstwo okazji, korzystał z tych, które dostawał… ale nigdy do końca, zostawiając sobie miejsce na ucieczkę i zostawiając je też jej.
– Nic – zaczęła – Zastanawiam się– – urwała i podskoczyła w miejscu, klepnięta niewidzialną ręką w tyłek i odruchowo aż jej dłoń powędrowała do tyłu, by rozmasować sobie pośladki, nim zrozumiała co się właśnie stało. – Hej! – sarknęła gromiąc go wzrokiem. – Jakiż odważny, chować się za czarami – prowokowała go właśnie odrobinę, bo dlaczego by nie? Król przypadków… oboje wiedzieli że to bardzo kontrolowany “przypadek”. Przypadek, który miał całkiem wysoką szansę na zaistnienie – dlatego nie zaszczyciła tego komentarzem. Ale Sauriel osiągnął jedno: rozproszył ją, więc przestała się w niego wpatrywać tak.
Uniosła wyżej brwi, bo pytanie jakie zadał Sauriel brzmiało wyjątkowo dwuznacznie pomiędzy ich dwójką, biorąc pod uwagę dziwność rozmów, jakie pomiędzy sobą toczyli. Na szczęście nim zdążyło się zrobić dziwnie i nim Victoria zdążyła zapytać co ma na myśli – dodał resztę. Brązowooka potrzebowała chwili, nim jej mózg nadążył, zatrzymawszy się w miejscu przy jego pytaniu, ale w końcu zaskoczył i w jej oczach ukazało się to zrozumienie.
Zamrugała. I lekko przekrzywiła głowę.
– Jesteś pewien? – spytała gładko, bo jeśli Sauriel jednak szukał otwarcia dla ewentualnej ucieczki, to był to odpowiedni moment. Mogłaby kontynuować, że “bo nie będzie już odwrotu”, ale przecież oboje mieli tego pełną świadomość. Victoria miała i była pewna, chciała wiedzieć, jak jej krew może na niego podziałać. Czy to jest głębiej, czy nie ma w niej tego wcale… Jakie to uczucie? I jeśli ktokolwiek miał kosztować jej krwi, to właśnie on, nikt inny. Ale chyba był pewien – skoro to teraz proponował. Czy dlatego przyszedł? Z tą propozycją i przypadkowo natknął się też na Livię?
Czuła pewnego rodzaju napięcie pomiędzy nimi, czuła też swego rodzaju ekscytację, czuła też ciekawość. I on też chyba czuł, skoro potrzebował, najwyraźniej dla kurażu, wypić whisky, a dosłownie teraz miał przecież całą szklankę, którą szybciutko opróżniał.
To wydawało się być znacznie bardziej intymne niż pocałunek, który dzielili. Wiedziała, że Sauriel płaci za możliwość wypicia krwi, ale tutaj nie było mowy o żadnych pieniądzach. Była pełna zgoda. I pełną świadomość, że to krok nad przepaścią.
Lestrange sięgnęła po różdżkę, żeby z jednej z szafek przywołać dwa fiołki eliksiru: wiggenowy i uzupełniający krew. Trzymała je w salonie, blisko kominka, żeby w razie wypadku nie musieć szukać podstawowych eliksirów po całym domu, to nie tak że była przygotowana od dawna na dzisiaj. Nie była.
– To dla mnie – wyjaśniła mu jakby miał jakąś wątpliwość i odłożyła je na stolik. – W razie czego – bo… cóż. Victoria nie wiedziała jak to pójdzie. I on chyba też nie wiedział.
I… co dalej? Ciemne oczy patrzyły na Sauriela przenikliwie i spokojnie. Może na pewien sposób również wyczekująco, ale w żadnym razie nie nagląco.
![[Obrazek: klt4M5W.gif]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=klt4M5W.gif)