13.12.2024, 10:56 ✶
—XX/02/1965—
Anglia, Magiczny Urząd Celny
Julian Bletchley & Anthony Shafiq
![[Obrazek: 0cUzaEN.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0cUzaEN.png)
On the stiff twig up there
Hunches a wet black rook
Arranging and rearranging its feathers in the rain-
I do not expect a miracle
Or an accident
To set the sight on fire
In my eye, nor seek
Any more in the desultory weather some design,
But let spotted leaves fall as they fall
Without ceremony, or portent.
Although, I admit, I desire,
Occasionally, some backtalk
From the mute sky, I can't honestly complain:
A certain minor light may still
Lean incandescent
![[Obrazek: 0cUzaEN.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=0cUzaEN.png)
On the stiff twig up there
Hunches a wet black rook
Arranging and rearranging its feathers in the rain-
I do not expect a miracle
Or an accident
To set the sight on fire
In my eye, nor seek
Any more in the desultory weather some design,
But let spotted leaves fall as they fall
Without ceremony, or portent.
Although, I admit, I desire,
Occasionally, some backtalk
From the mute sky, I can't honestly complain:
A certain minor light may still
Lean incandescent
To nie miało prawa się udać.
Bezczelny, czystokrwiście wgryzający się w ministerialną tkankę szczyl i aspirujący auror mugolak, siłą rzeczy pozbawiony odpowiednich pleców gwarantujących mu sukces w zawodzie. Różniło ich kilka lat, garść przekonań i zakres możliwości. Różnił ich fakt, że jeden był kłamcą i złodziejem, a drugi jeszcze nie złapał go ani za język, ani za rękę.
Być może obaj pamiętali dobrze ten moment, gdy ich ścieżki przecięły się bardziej niż mijanie się w Warowni Godryka. Przyjaciel najmłodszego Longbottoma zniknął jednak z krajobrazu doliny niedługo po powrocie z zagranicznych kursów prawnych i najwidoczniej wzgardził dawną szkolną znajomością, na rzecz nowych przyjaźni, które dawały mu więcej profitów i torowały drogę na szczyt.
Tak to wyglądało.
Shafiq wzbogacił się zaskakująco szybko, zwalając to na karb dużego posagu małżonki, która traktowana była przez własną rodzinę jak zgniłe jajo. Nie było sensu zajmować się szczylem, tropy jednak zaczęły się zagęszczać, a śledztwo było w toku. Do czasu złożenia pewnej oferty.
Oferty, której benefity już nie Pepino, ale Bletchley zbierał do dziś.
Luty na wyspach był obrzydliwie paskudny. Auror dostał wiadomość z miejscem i datą spotkania, pozbawioną podpisu, ale pod kciukiem wyczuł zaklętą runę pełniąca rolę inicjału, którą tylko on mógł odcyfrować. Padał rzęsisty deszcz, a świat zdawał się czarnobiały. Kompleks Magicznego Urzędu Celnego, budynki administracyjne wraz z magazynami tworzyły swoisty labirynt, a magiczne aspekty ochraniające to miejsce, tylko wzmacniały efekt mrowiska, z którego można nigdy nie wyjść...
Bezczelny szczyl nie był już szczylem - wysoki, trzydziestopięcioletni mężczyzna porzucił wygodne życie ambasadora w Paryżu i piął się dalej po drabince władzy. Kto nie był zorientowany, ten nie musiał o tym wiedzieć, ale jego szef za którą odwalał większość roboty - właśnie szykował się do emerytury. Nominacja Shafiq'a na jego miejsce zdawała się oczywista.
Ale w Minsterstwie takie oczywistości rzadko miały miejsce.
Czarna szata posiadała dodatkową pelerynę z kapturem, która miała ochraniać go przed wilgocią, ale miał wrażenie, że owa wilgoć wciska się bezczelnie absolutnie wszędzie. Ekscytacja mimo wszystko wypierała dyskomfort, skryta pod zobojętniałą twarzą osoby podpierającą ścianę magazynu Mh2-167 i ćmiącą papierosa. Próżno było szukać mdlistego światła latarni w tym sektorze. Jakoś dzisiaj wszystkie sposoby jego oświetlenia przeszły zbiorową awarię. Anthony'emu przemknęło przez myśl, czy kiedyś mógłby bardziej otwarcie rozmawiać z farbowanym Bletchley'em, ale zaraz potem lekceważącym uśmieszkiem wyśmiał ten pomysł. Ramię ramię z mugolakiem? Ileż kontaktów by mu to przekreśliło w jednej chwili! Poza tym... jeśli tylko któraś ze stron odkryłaby ich układ... A ten był zbyt cenny, by zepsuć go głupim sentymentem.
Bezczelny, czystokrwiście wgryzający się w ministerialną tkankę szczyl i aspirujący auror mugolak, siłą rzeczy pozbawiony odpowiednich pleców gwarantujących mu sukces w zawodzie. Różniło ich kilka lat, garść przekonań i zakres możliwości. Różnił ich fakt, że jeden był kłamcą i złodziejem, a drugi jeszcze nie złapał go ani za język, ani za rękę.
Być może obaj pamiętali dobrze ten moment, gdy ich ścieżki przecięły się bardziej niż mijanie się w Warowni Godryka. Przyjaciel najmłodszego Longbottoma zniknął jednak z krajobrazu doliny niedługo po powrocie z zagranicznych kursów prawnych i najwidoczniej wzgardził dawną szkolną znajomością, na rzecz nowych przyjaźni, które dawały mu więcej profitów i torowały drogę na szczyt.
Tak to wyglądało.
Shafiq wzbogacił się zaskakująco szybko, zwalając to na karb dużego posagu małżonki, która traktowana była przez własną rodzinę jak zgniłe jajo. Nie było sensu zajmować się szczylem, tropy jednak zaczęły się zagęszczać, a śledztwo było w toku. Do czasu złożenia pewnej oferty.
Oferty, której benefity już nie Pepino, ale Bletchley zbierał do dziś.
Luty na wyspach był obrzydliwie paskudny. Auror dostał wiadomość z miejscem i datą spotkania, pozbawioną podpisu, ale pod kciukiem wyczuł zaklętą runę pełniąca rolę inicjału, którą tylko on mógł odcyfrować. Padał rzęsisty deszcz, a świat zdawał się czarnobiały. Kompleks Magicznego Urzędu Celnego, budynki administracyjne wraz z magazynami tworzyły swoisty labirynt, a magiczne aspekty ochraniające to miejsce, tylko wzmacniały efekt mrowiska, z którego można nigdy nie wyjść...
Bezczelny szczyl nie był już szczylem - wysoki, trzydziestopięcioletni mężczyzna porzucił wygodne życie ambasadora w Paryżu i piął się dalej po drabince władzy. Kto nie był zorientowany, ten nie musiał o tym wiedzieć, ale jego szef za którą odwalał większość roboty - właśnie szykował się do emerytury. Nominacja Shafiq'a na jego miejsce zdawała się oczywista.
Ale w Minsterstwie takie oczywistości rzadko miały miejsce.
Czarna szata posiadała dodatkową pelerynę z kapturem, która miała ochraniać go przed wilgocią, ale miał wrażenie, że owa wilgoć wciska się bezczelnie absolutnie wszędzie. Ekscytacja mimo wszystko wypierała dyskomfort, skryta pod zobojętniałą twarzą osoby podpierającą ścianę magazynu Mh2-167 i ćmiącą papierosa. Próżno było szukać mdlistego światła latarni w tym sektorze. Jakoś dzisiaj wszystkie sposoby jego oświetlenia przeszły zbiorową awarię. Anthony'emu przemknęło przez myśl, czy kiedyś mógłby bardziej otwarcie rozmawiać z farbowanym Bletchley'em, ale zaraz potem lekceważącym uśmieszkiem wyśmiał ten pomysł. Ramię ramię z mugolakiem? Ileż kontaktów by mu to przekreśliło w jednej chwili! Poza tym... jeśli tylko któraś ze stron odkryłaby ich układ... A ten był zbyt cenny, by zepsuć go głupim sentymentem.
![[Obrazek: D50xfgA.jpeg]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=D50xfgA.jpeg)