15.04.2025, 20:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.04.2025, 07:22 przez Anthony Shafiq.)
Anthony cenił sobie komfort.
Uważał, że poczucie bezpieczeństwa - niezależnie od tego w jaki sposób osiągnięte i w jakim celu osiągnięte, jest gwarantem kiełkowania wartości najwyższej i bezwzględnej: lojalności. Był to jednak miecz obosieczny i Shafiq zdawał sobie mgliście sprawę z faktu, że podobnie jak ludzie wpleceni w jego sieć tak i on sam był w nią uwikłany, niczym pająk, którego odnóża przylepiły się do białej lepkiej nici. Jego piękny auror połknął przynętę, schrupał ją ze smakiem, popił wódką i rozłożył się wygodnie w ciepłej, dopieszczonej siarką wodzie. Ale czyż i Anthony nie zrobił tego samego, w dziwacznej wzajemności, w smaku rozgrzewającym ciało od środka, w źródłach opływających zmęczone biurową pracą ciała, w zorzy otulającej wybujałością estetycznych wrażeń duszę. Odprężony Julian, po którego przystojnej twarzy błądził coraz bardziej rozleniwiony uśmiech był widokiem godnym zapamiętania, a Anthony mimo usilnie powtarzanej agendy, sam opuścił gardę, podążając za urokiem chwili.
Mógłby nawet zapomnieć, jak plugawe pochodzenie ma odpoczywający obok niego mężczyzna. W czym niby odstawał swoją zapalczywością i umiejętnościami od tych, którzy urodzili się w wysyconych magią domach? Nie żeby bez tego kulturowego przygotowania mógł sprawować władzę. Ale strażnik nie musiał mieć kulturowego przygotowania. Strażnik. Obrońca. Jego profil ładnie by się prezentował w marmurze. – pomyślał sobie przez moment poddając się słabości, cichemu głosowi szukającemu piękna w ciele, w którym zwykle mężczyźni piękna nie szukali.
– Za dużo zachodu. Koszt samej liny to jedno, ale kursy i szkolenia... magipolicji na mnie nie stać niestety, a kto wie... może za kilka tygodni będę mieć bardzo... pracowity czas w biurze. – Odwrócił wzrok, uśmiechając się szerzej. Ostatnia stacja, marzenie senne aby być wyżej niż jego pan ojciec, usadowienie się na dożywocie w OMSHM-ie tak szybko, szybciej niż planował. Jakby to było wybornie miło móc w końcu odpocząć.
Prawie tak miło jak teraz.
Parsknął na opowieść o przyjacielu. Od razu pomyślał o Longbottomie, Morpheus miał to do siebie, że lubił badać cudze granice, samemu - zwłaszcza przy tego typu okazjach - łamiąc konwenanse i granice pruderyjności. – Któż z nas nie ma takiej osoby w swoim otoczeniu? – zapytał retorycznie upijając znów wódkę. Nie było to zbyt rozsądne. Bletchley nie był jego przyjacielem i z tego co skrupulatnie zignorował w rozmowie kilka minut temu, był raczej świadom, że Anthony nie opuścił magazynu bez fantu. Nie mógł też zbyt wiele rozwodzić się na temat Morpheusa. Od momentu gdy Godryk - jego ojciec - twardo wyraził zdanie o młodym Shafiqu, mężczyźni udawali, że ich drogi się rozeszły. Ile to będzie lat? Czternaście?
– Och, ja mam szukać? – Mimo, że już znalazł wygodne miejsce pośród wyślizganych skał, obrócił się obruszony w udawanym, nieco przerysowanym oburzeniu. – To chyba Tobie powinno zależeć bardziej. Nie dostaniesz potem jakiejś... premii? Medalu? – dopytywał tak, jakby nie wiedział...
Uważał, że poczucie bezpieczeństwa - niezależnie od tego w jaki sposób osiągnięte i w jakim celu osiągnięte, jest gwarantem kiełkowania wartości najwyższej i bezwzględnej: lojalności. Był to jednak miecz obosieczny i Shafiq zdawał sobie mgliście sprawę z faktu, że podobnie jak ludzie wpleceni w jego sieć tak i on sam był w nią uwikłany, niczym pająk, którego odnóża przylepiły się do białej lepkiej nici. Jego piękny auror połknął przynętę, schrupał ją ze smakiem, popił wódką i rozłożył się wygodnie w ciepłej, dopieszczonej siarką wodzie. Ale czyż i Anthony nie zrobił tego samego, w dziwacznej wzajemności, w smaku rozgrzewającym ciało od środka, w źródłach opływających zmęczone biurową pracą ciała, w zorzy otulającej wybujałością estetycznych wrażeń duszę. Odprężony Julian, po którego przystojnej twarzy błądził coraz bardziej rozleniwiony uśmiech był widokiem godnym zapamiętania, a Anthony mimo usilnie powtarzanej agendy, sam opuścił gardę, podążając za urokiem chwili.
Mógłby nawet zapomnieć, jak plugawe pochodzenie ma odpoczywający obok niego mężczyzna. W czym niby odstawał swoją zapalczywością i umiejętnościami od tych, którzy urodzili się w wysyconych magią domach? Nie żeby bez tego kulturowego przygotowania mógł sprawować władzę. Ale strażnik nie musiał mieć kulturowego przygotowania. Strażnik. Obrońca. Jego profil ładnie by się prezentował w marmurze. – pomyślał sobie przez moment poddając się słabości, cichemu głosowi szukającemu piękna w ciele, w którym zwykle mężczyźni piękna nie szukali.
– Za dużo zachodu. Koszt samej liny to jedno, ale kursy i szkolenia... magipolicji na mnie nie stać niestety, a kto wie... może za kilka tygodni będę mieć bardzo... pracowity czas w biurze. – Odwrócił wzrok, uśmiechając się szerzej. Ostatnia stacja, marzenie senne aby być wyżej niż jego pan ojciec, usadowienie się na dożywocie w OMSHM-ie tak szybko, szybciej niż planował. Jakby to było wybornie miło móc w końcu odpocząć.
Prawie tak miło jak teraz.
Parsknął na opowieść o przyjacielu. Od razu pomyślał o Longbottomie, Morpheus miał to do siebie, że lubił badać cudze granice, samemu - zwłaszcza przy tego typu okazjach - łamiąc konwenanse i granice pruderyjności. – Któż z nas nie ma takiej osoby w swoim otoczeniu? – zapytał retorycznie upijając znów wódkę. Nie było to zbyt rozsądne. Bletchley nie był jego przyjacielem i z tego co skrupulatnie zignorował w rozmowie kilka minut temu, był raczej świadom, że Anthony nie opuścił magazynu bez fantu. Nie mógł też zbyt wiele rozwodzić się na temat Morpheusa. Od momentu gdy Godryk - jego ojciec - twardo wyraził zdanie o młodym Shafiqu, mężczyźni udawali, że ich drogi się rozeszły. Ile to będzie lat? Czternaście?
– Och, ja mam szukać? – Mimo, że już znalazł wygodne miejsce pośród wyślizganych skał, obrócił się obruszony w udawanym, nieco przerysowanym oburzeniu. – To chyba Tobie powinno zależeć bardziej. Nie dostaniesz potem jakiejś... premii? Medalu? – dopytywał tak, jakby nie wiedział...
![[Obrazek: TyMf2rk.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=TyMf2rk.png)