Morpheus Longbottom
Chociaż godziny nocy narastały, nie robiło się ciemniej, wręcz przeciwnie, łuny pożarów rozświetlały niebo, a on na nowo zanurzył się w zadymionych ulicach magicznej dzielnicy, zakładając na twarz kolorową chustkę, która pomagała oddzielić jego układ oddechowy od dymu i popiołu, spadającego cały czas z nieba drobnymi płatkami. Gdyby nie śmierć i zapach, gdyby nie panika, mogłoby to wyglądać nawet pięknie. Gdy był małym dzieckiem, próbował sobie wyobrazić sobie dodatkową porę roku. Wymyślił wtedy, że z nieba powinny spadać kolorowe pióra i powinno się to nazywać kolorado i trwać między latem i jesienią, żeby wakacje były dłuższe. Wspaniałą nazwą dla tego fenomenu pogodowego miało być Kolorado. Nie wiedział, czemu o tym pomyślał, truchtając przy ścianach kamienic i zaglądając do witryn.
O Artemido, córko Leto, szybkonoga Pani lasów i cieni, która przemierzasz góry jak wiatr, która nie znasz więzów ziemskich, usłysz głos tego, kto cię wzywa. Ty, która znasz ścieżki niewidoczne, która widzisz to, co ukryte w gęstwinie, Pani łuku, światła miesiąca i cichego kroku, obdarz mnie prędkością jeleni, daj mi zwinność wilka tropiącego świt w tej godzinie próby. Niech moje kroki nie zostawiają śladu, niech moje serce nie zna wahania. Uczyń moje dłonie pewne, a wzrok czysty jak źródło wśród skał. Ty, która uciekasz przed spojrzeniem, lecz nigdy przed przeznaczeniem, stań u mego boku w tej godzinie biegu.
Zatrzymał się przy jeden z naprawdę zniszczonych przez ogień kamienic, zajrzał do środka, ale zaraz się wycofał, słysząc stękanie spalonych belek. Wcześniej... co tu było wcześniej? Zmrużył oczy, by w pulsującym świetle pożarów dojrzeć lepiej, co widzi. Ach, pióra. Tutaj dało się kupić różnego rodzaju pióra, od takich odzwierzęcych, przez samopiszące oraz zupełnie współczesne, z metalowymi stalówkami czy nawet bardzo wymyślne, szklane. Na tę myśl, wyciągnął swój zwój i egzemplarz samopiszącego pióra, bardzo prostego, na bazie pióra sójki, z niebieskim paseczkiem, które notowało w zapisie runicznym to, co widział i mówił Morpheus.
Zanotował to co wiedział, że właściciele mieli nieznany statusu krwi, że całość wygląda nie tylko na spaloną, ale i zdewastowaną, że znajduje się tu dużo popiołu, jaki adres miał przybytek. Przeszedł dalej. Analizował alejki, zatrzymywał się bliżej, czasami patrzył tylko z daleka. Chciał nawet zatrzymać przechodnia, dopytać, ale ten na widok jego czarnej szaty umknął przed nim i w panice wykonał teleportację z klasycznym pyk. Faktycznie, poza chustką na twarzy, Longbottom miał raczej niefortunny przyodziewek na tę noc.
Dłużej zatrzymał się w miejscu, gdzie nie powinien, po drugiej stronie, przy nieparzystej piętnastce, dokładnie zapisując, co było nie tak dookoła, ale również próbując dostrzec, co się dzieje z mieszkańcami i tymi, którzy się schronili w Prawach Czasu. Może raczej zaryglowali? Nie potrafił powiedzieć czy byli teraz sojusznikami, czy wrogami i kuło to jego serce, w kolejnej żałobie. Czemu on to sobie robił? Dlaczego? Odpowiedź była bardzo prosta, zbyt prosta, aby dopuścić ją do głosu. Dlatego postawił kołnierz i pognał dalej, mierząc się z żywiołem, nieprzychylnymi ludźmi, ze spanikowanym motłochem, który nadal się nie ewakuował, nie do końca.
Zwada: Słabe płuca (I)
Przewaga: Starożytne Runy (I)