05.02.2023, 21:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2023, 21:20 przez Cynthia Flint.)
Bum. Bum. Bum.
Coś na kształt dzwonu, huku przypominającego uderzanie w gong przez mnichów rozbrzmiewało w jej głowie. Dźwięk ten rozchodził się echem, rozbudzał gęsią skórkę na ciele i znajdował ujście w koniuszkach palców u stóp, a ona sama nie była w stanie pozwolić sobie na żaden, widoczny gołym okiem ruch. Powieki jej drgnęły, coś zatańczyło w ciemności przed oczyma, niby światełka. W nozdrzach wciąż czuła pozostałości dziwnej woni, która chwilę wcześniej rozprzestrzeniła się po ulicach Pokątnej. Bo tam była, prawda? Cynthia była kobietą niezwykle rozsądną, absolutnie źle znoszącą jakąkolwiek utratę kontroli, co sprawiało, że wpadała w pewien rodzaj dyskomfortu. Świadomość tego, że nie wydarzyło się coś, czego nie umiała wytłumaczyć i zinterpretować irytował ja, doprowadzał do wewnętrznej pasji. Przywarła plecami do muru, czując, jak jej mieniące się srebrem włosy kleją się do wilgotnej powierzchni i cegły i pokrytego kropelkami materiału wiosennego płaszcza, który na sobie miała. Powieki znów jej drgnęły, aby leniwie unieść się do góry. Palce zacisnęły się, zamykając drobną piąstkę i wbijając czerwone paznokcie w skórę, co było chyba efektem jakieś bezradności.
Bum. Bum. Bum.
Kurwa. Kurwa. Przeklęcia roznosiły się równie mocno, co uderzenia od bolącej głowy. Rozmazany świat dookoła znów pogrążył się w ciemności, gdy pozwoliła powiekom opaść. Ktoś ją naćpał? Nie piła niczego, nie zdążyła nawet zjeść kolacji. Żaden z jej martwych towarzyszy w prosektorium też nie padł ofiarą zatrucia, nie padł ofiarą dziwnej choroby lub niewytłumaczalnego zjawiska magicznego. Pociągnęła nosem. Nuta owego — zdawało się jej tak — kadzidła wciąż była wyczuwalna, jednak przeganiał ją aromat deszczu w cierpkim, Londyńskim powietrzu. Niedaleko była chyba też piekarnia, bo wyczuła bułki lub inne ciastko, co sprawiło, że żołądek zakołysał się z niemalże bezgłośnym warknięciem. Wbiła paznokcie w dłonie mocniej, czując, jak narusza delikatną strukturę pierwszej warstwy naskórka. Skup się dziewczyno . Zapach, kadzidło, alejki. Czemu tak dobrze jej znane, pokryte brukiem i mnóstwem kolorowych witryn, zmieniły się wczoraj w labirynt? Gdzie podziali się Ci wszyscy ludzie? Nie umiała znaleźć żaden sensownej odpowiedzi, a do tego niezbyt jej umysł pragnął jej szukać, irytowany bólem głowy. Strach pomyśleć, co przyjdzie do głowy komuś znajomemu, kto mógłby ją tu spotkać i to w takim stanie. Znów drgnęła, nieco pewniej teraz, starając się upewnić, że niczego sobie nie połamała, ale poza bólem stóp od obcasów, które na nich miała — nie zauważyła nic niepokojącego.
Coś na kształt dzwonu, huku przypominającego uderzanie w gong przez mnichów rozbrzmiewało w jej głowie. Dźwięk ten rozchodził się echem, rozbudzał gęsią skórkę na ciele i znajdował ujście w koniuszkach palców u stóp, a ona sama nie była w stanie pozwolić sobie na żaden, widoczny gołym okiem ruch. Powieki jej drgnęły, coś zatańczyło w ciemności przed oczyma, niby światełka. W nozdrzach wciąż czuła pozostałości dziwnej woni, która chwilę wcześniej rozprzestrzeniła się po ulicach Pokątnej. Bo tam była, prawda? Cynthia była kobietą niezwykle rozsądną, absolutnie źle znoszącą jakąkolwiek utratę kontroli, co sprawiało, że wpadała w pewien rodzaj dyskomfortu. Świadomość tego, że nie wydarzyło się coś, czego nie umiała wytłumaczyć i zinterpretować irytował ja, doprowadzał do wewnętrznej pasji. Przywarła plecami do muru, czując, jak jej mieniące się srebrem włosy kleją się do wilgotnej powierzchni i cegły i pokrytego kropelkami materiału wiosennego płaszcza, który na sobie miała. Powieki znów jej drgnęły, aby leniwie unieść się do góry. Palce zacisnęły się, zamykając drobną piąstkę i wbijając czerwone paznokcie w skórę, co było chyba efektem jakieś bezradności.
Bum. Bum. Bum.
Kurwa. Kurwa. Przeklęcia roznosiły się równie mocno, co uderzenia od bolącej głowy. Rozmazany świat dookoła znów pogrążył się w ciemności, gdy pozwoliła powiekom opaść. Ktoś ją naćpał? Nie piła niczego, nie zdążyła nawet zjeść kolacji. Żaden z jej martwych towarzyszy w prosektorium też nie padł ofiarą zatrucia, nie padł ofiarą dziwnej choroby lub niewytłumaczalnego zjawiska magicznego. Pociągnęła nosem. Nuta owego — zdawało się jej tak — kadzidła wciąż była wyczuwalna, jednak przeganiał ją aromat deszczu w cierpkim, Londyńskim powietrzu. Niedaleko była chyba też piekarnia, bo wyczuła bułki lub inne ciastko, co sprawiło, że żołądek zakołysał się z niemalże bezgłośnym warknięciem. Wbiła paznokcie w dłonie mocniej, czując, jak narusza delikatną strukturę pierwszej warstwy naskórka. Skup się dziewczyno . Zapach, kadzidło, alejki. Czemu tak dobrze jej znane, pokryte brukiem i mnóstwem kolorowych witryn, zmieniły się wczoraj w labirynt? Gdzie podziali się Ci wszyscy ludzie? Nie umiała znaleźć żaden sensownej odpowiedzi, a do tego niezbyt jej umysł pragnął jej szukać, irytowany bólem głowy. Strach pomyśleć, co przyjdzie do głowy komuś znajomemu, kto mógłby ją tu spotkać i to w takim stanie. Znów drgnęła, nieco pewniej teraz, starając się upewnić, że niczego sobie nie połamała, ale poza bólem stóp od obcasów, które na nich miała — nie zauważyła nic niepokojącego.