Bardziej niż wszystkich tych śmierdzących miejsc, których progów nie potrafił przekroczyć, brzydził się tylko św. Munga. Nie było tak oczywiście od zawsze i chociaż już w dzieciństwie nie należał do grona fanów eliksirów i uzdrowicieli w zielonych szatach, co to przyglądali mu się uważnie, doszukując w nim wad (głupcy, przecież Caius od zawsze był idealny), niechęć znacząco pogłębiła się od czasu jego wypadku. Mung kojarzył mu się, więc przede wszystkim z bólem, wieloma godzinami rehabilitacji i pozbawionym smaku jedzeniem, któremu daleko było od tego przygotowanego przez skrzaty domowe.
Na miejscu zastał go dość nieciekawy widok; słyszał co prawda, że od czasu Spalonej Nocy placówkę oblegały tłumy pokasłujących czarodziejów, ale w głębi serca, czuł, że mu się poszczęści i rój chociaż odrobinę się rozrzedzi. Tak nie było; w pomieszczeniu panował niesamowity bajzel co tylko utwierdzało Caiusa w niechęci do służby zdrowia – zapach środków dezynfekujących mieszał się z słodkawą wonią spalenizny i czarnej magii, tworząc wspólnie niesamowicie nieprzyjemną mieszankę. Nie spędził tam nawet kilku minut i już marzył o kąpieli. Mimowolnie zmarszczył swój arystokratyczny nos i obrzydzony, z kieszeni marynarki wyciągnął chusteczkę, by chociaż w taki sposób ochronić wyczulony zmysł węchu przed nieprzyjemnościami. Bukiet przebijał się niestety przez cienki materiał, którym zakrył swój nos, no, ale z tą szmatką wyglądał na bardziej chorego, dlatego chyba ostatecznie pomimo braku wydajności, dalej przy buzi ją dzierżył.
Przedzierał się przez tłum patrzących na niego spod oka czarodziejów dość ostentacyjnie, bo jemu miejsce poza kolejką się najzwyczajniej należało, a upoważniało go do tego nie tylko wysokie urodzenie, ale i wypchana galeonami sakiewka, spoczywająca sobie spokojnie na dnie jednej z kieszeni szaty czarodzieja. Po drodze czyimś palcom stopy dane było poczuć nacisk laski, z którą praktycznie nigdy się nie rozstawał, ktoś inny zaklął, gdy Burke popchnął go barkiem, kolejny wyciągną swą różdżkę by Caiusa boleśnie uszkodzić, ale osoba, widząc karcący wzrok jednej z pracujących tam magi-pielęgniarek, pośpiesznie ukryła przedmiot w rękawie swego płaszcza, rezygnując z próby skrzywdzenia czarodzieja, ograniczając swe brutalne zapędy do mordowania Caiusa wzrokiem.
Na twarzach obecnych tam osób raczej się nie skupiał, bo jego umysł owładnęła awersja do otaczających go czarodziejów niewiadomego pochodzenia, no i tego cholernego, wszechobecnego zapachu. Dlatego też nie dostrzegł panny Dolohov, która była jedną z osób przed które się bezceremonialnie wepchnął, stając bezpośredni przed nią. W normalnych warunkach to może miałby i wyrzuty sumienia, bo Lyssę darzył przynajmniej szczerą, koleżeńską sympatią, ale był też kompletnym narcyzem, który dbał przede wszystkim o swoje własne potrzeby, więc raczej miał na czarodziejów stojących za nim wyjebane.
That motherfucker.
What a tool.