- Owszem. - Powiedziałam cicho, nachylając się nieco ku Jennifer, by nasze słowa nie uleciały w przestrzeń między ławkami, gdzie mogłyby trafić do niewłaściwych uszu - kiedy wspomniała o córce, jej ton nieco złagodniał, ale w oczach błysnął cień niepokoju. Znałam go, chociaż nie tak osobiście, jak mogłabym sobie tego życzyć, to był ten matczyny strach przed własnym dzieckiem, które dorosło na tyle, by już nie pytać o pozwolenie. Odwróciłam wzrok na ołtarz, nie potrzebowałam spoglądać na nią, by wiedzieć, że się uśmiechnęła, chociaż ten uśmiech nie był zupełnie radosny, był raczej rodzajem zgody, jaką zawierało się z losem, gdy przestawało się oczekiwać sprawiedliwości, a zaczynało doceniać karmę, która zazwyczaj wracała prędzej, aniżeli później.
- O tak, potrafi sięgnąć po swoje, jeśli ktokolwiek potrafi uczynić z przewagi oręż, to właśnie ona, przekonana o własnej gotowości do tego wyzwania. Pytanie tylko, czy nauczy się go nie kierować przeciw sobie. - Przyznałam, bez większych oporów. - Nie zapominaj, Jennifer, że my również potrafiłyśmy grać danymi nam kartami, ale takie zmiany są jak sztorm. - Stwierdziłam, gdy zaczęłyśmy iść w stronę, którą wcześniej wskazałam. Nie sądziłam, by młodzi faktycznie rozumieli, w co się wplątywali, kiedy robili to, co robili, działając tak pochopnie. Gdy się ma trzydzieści, trzydzieści-kilka lat, świat wydaje się inny, a decyzje? Cóż, podejmuje się je z pełnym przekonaniem, że zawsze można je potem odwrócić. Och, gdyby to było takie proste. - Ich pełna świadomość przychodzi przytłaczająco nagle, nawet jeśli, w gruncie rzeczy, są zupełnie naturalne… - Kiedy jej spojrzenie znów spotkało moje, odwzajemniłam uśmiech - krótki, powściągliwy, niemal konspiracyjny, nie musiałyśmy mówić nic więcej, szłyśmy powoli, niemal równym krokiem, dwie kobiety przywykłe do tego, by widzieć więcej, niż wypadało powiedzieć. Widziałam, że rozumiała. Miałyśmy w końcu do czynienia z młodymi czarodziejami, którzy nie znali jeszcze ceny swoich decyzji. My już ją znałyśmy, wiedziałyśmy, że zapłata zawsze przychodziła, prędzej czy później. Geraldine była… Cóż, dzieckiem swojego ojca - zbyt silna, jak na pannę z dobrego domu, nazbyt świadoma, by pozwolić się prowadzić wbrew woli, i za uparta, by ustąpić nawet wtedy, gdy rozsądek tego wymagał, ale nawet ona nie mogła wiecznie być najsilniejszym żywiołem w otoczeniu. Żadne z nich nie mogło - tak już działał ten świat.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)