• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Anglia Inne części Anglii v
1 2 3 4 5 6 Dalej »
[22.09.1972] Mulciber Dreamhouse Mabon Edition

[22.09.1972] Mulciber Dreamhouse Mabon Edition
Tło narracyjne
koniecpsot1972
zasady korzystania
rzuty kością
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Czarodziej nieznanego statusu krwi, będący baśniopisarzem oraz autorem książki Baśnie Barda Beedle'a. Żył w XV wieku, ale większość jego życia pozostaje dla nas tajemnicą.

Bard Beedle
#21
23.11.2025, 20:17  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.11.2025, 20:27 przez Bard Beedle.)  
"Donald nie mógł się dzisiaj pojawić, ale widziałam się z nim dziś rano"... Donald to, Donald tamto. Czy ona w ogóle prosiła się o zostanie czyjąś matką? Jej łono miało rodzić przepowiednie, nie synów. "Donald nie może dzisiaj z nami spędzić wieczoru, ale obiecał odwiedzić cię tak szybko jak to możliwe." Donald, Donald, Donald, Donald, Donald, Donald, Donald, Donald, Donald, Donald, Donald, Donald, Donald.

– A kto to? – spytała obojętnie Selina, nie dbając o to, aby zniżyć głos do szeptu.

Widać było po niej jednak, że nie oczekiwała odpowiedzi.

Z podobną Lorien precyzją oprawiała jedzenie na swym talerzu, w pełni pochłonięta rozdzielaniem mięsa nożem, którym posługiwała się nad wyraz sprawnie. W przeciwieństwie do siedzącej obok ptasiej panienki, jak pieszczotliwie zwykli w domu nazywać małą Lorien, miała bowiem apetyt, którego nic nie było w stanie zepsuć. Zawsze chciała mieć córkę, nie syna... Zręcznie wytarła pieczenią talerz obficie podlany sosem żurawinowym, czyszcząc pobojowisko, na którym pozostawiła wyłącznie drobne kostki przepiórki. Jako dziecko zawsze lubiła wróżyć z tych kostek...

Rzut Symbol 1d258 - 253
Żaba (sukces dzięki zmianie pracy)

– Musisz zabrać mnie nad tamto jeziorko, ktore odkryliście w lesie, żebyśmy mogły posłuchać razem rechotu żab – odpowiedziała konspiracyjnym szeptem Lorien, ignorując resztę stołu. Jak gdyby siedząca obok niej kobieta wciąż była dzieckiem, dziewczynką, która lubiła przesiadywać w sypialni Seliny, i opowiadać o nowych dziwach, jakie odkryła wraz z... Alexem, przypomniała sobie z trudem imię syna. – Zanim jeszcze zagrzebią się w błocie, w swoich małych, żabich kryjówkach. Będziemy rechotały razem z nimi, i... – Nagle Selina zmrużyła dziwnie oczy. Jak gdyby dopiero teraz zauważyła, że obok niej siedzi dorosła Lorien, a nie dziewczynka z jej wspomnień. – ...Opowiesz mi o swojej nowej pracy. Och, jak szybko wyrosłaś, Lorien. Jedno mrugnięcie okiem i już jesteś dorosła i robisz karierę. Tata jest pewnie dumny. Ja jestem dumna. Tyle sukcesów... – Mówiła dalej jeszcze, ale bardziej po nosem, w starym, cygańskim dialekcie, którego Lorien nie mogła zrozumieć.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#22
23.11.2025, 20:30  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.11.2025, 20:41 przez Alexander Mulciber.)  
Alexander zacisnął dłonie na trzymanych wciąż sztućcach. Widać było po nim, że dotknięto czułego tematu. Nie traktował tego jednak jako towarzyskiego uchybienia ze strony Richarda. Chyba. Trudno było powiedzieć, jak to traktował, bo milczał. Milczał, czekając, aż jego matka skończy mówić. Słowa, które padały z ust Seliny Ayers były mu w końcu świętością. Żył jej naukami, nawet jeżeli nie podążały za wykładnikami rozumu. Nawet jeżeli wystawiał się przez to na śmieszność. Mógł kpić sobie z czasem z Morpheusa i jego przesądów, ale słowem się nie odzywał, gdy starszy niewymowny wypunktowywał jego wiarę w cygańskie gusła. Jak na hipokrytę przystało, nie miał mu wówczas nic do powiedzenia. Słów jego matki nie wolno było nikomu kwestionować.

Zabrał głos dopiero wtedy, gdy upewnił się, że Selina nie ma nic więcej do dodania.

– Cóż – odpowiedział zmartwiałym głosem Alexander, utkwiwszy puste spojrzenie w pustym krześle u szczytu stołu. Tak samo pustymi były jego oczy, zapatrzone w przestrzeń. – Mój brat... Żyje. Wciąż jeszcze żyje. – Westchnął głęboko, zaczerpnąwszy powietrza nosem, a wypuściwszy drżącymi ustami. Zamrugał gwałtownie, zdążywszy jednak opanować głos. Niewiele zdołało się przedostać przez zaciśnięte zęby. Alexander zdawał się mówić wolniej, jak gdyby znalezienie odpowiednich słów nastręczało mu trudności. Głos go nie zdradził, twarz drgnęła jednak, jak gdyby w grymasie bólu, o którym zdążyło się już zapomnieć, przynajmniej dopóki ból nie zaczął dokuczać na nowo. Chyba po raz pierwszy od początku kolacji Alexander pozwolił pokazać po sobie jakieś ludzkie emocje. Być może wciąż takowe posiadał i odczuwał. Wydawały się jednak przytępiałe, podobnie jak i nóż, którym chwilę wcześniej uparcie piłował kawałek mięsa na talerzu.

O czym był sen, który śnili Mulciberowie? "Pomyśl, że to sen", powtarzali rodową dewizę, nigdy nie wyjaśniając, co właściwie znaczy. "Pomyśl, że to sen", mówili, osuwając się w objęcia wiecznego snu, jakim była śmierć. "Pomyśl, że to sen", szeptali sennie z ram swych portretów, zamknięci za drzwiami rodzinnej galerii. Kiedy miał się ziścić sen, o którym śnili od lat? Czy miał się kiedykolwiek ziścić? Jakimż to było bowiem straszliwym żartem i kpiną ze strony losu, że prawowity dziedzic rodu Mulciber trwał pogrążony we śnie, z którego nie miał się już nigdy wybudzić. Ale żył. Donald wciąż żył. Tylko czy naprawdę można nazwać to życiem?, zastanawiał się Alexander.

Cóż innego mogłby powiedzieć Richardowi, o czym ten by już nie wiedział? Opowiadać o materacach przeciwodleżynowych, bez których na ciele Donalda tworzyłyby się rany, coraz więcej ran? Że gdyby ktoś go codziennie nie przewracał na bok, zacząłby powolić gnić i rozkładać się w swoim własnym łóżku? A może miałby mówić o tym, że ktoś go musi myć i podcierać, jak dziecko? O codziennej rehabilitacji, która miała zapobiegać powstawaniu zaników mięśniowych? Że bez tego stawałoby się jego brata coraz mniej, i mniej, i mniej, aż całkiem by zniknął. Zostałyby tylko zaczarowane cewniki, które toczyły w niego wodę i specjalne preparaty żywieniowe, odprowadzając z krwi toksyny. Kiedy wielki Donald Mulciber stał się tak małym? Z tak potężnego, tak bezsilnym? Kto jest teraz wielkim człowiekiem w wielkim domu, Donaldzie?

Kto śni twój sen?


W pełni opanowany już Alexander skinął wcześniej z wdzięcznością głową, słysząc stanowczość w głosie Lorien. Nie posłyszał słów, jakie skierowała do Seliny, sądził jednak, że wdrożyła ją w przebieg rozmowy. Spojrzał na siostrę przelotnie, gdy głośno podziękowała Richardowi za jego troskę. Już dobrze. Zanim jednak Richard zdążył odpowiedzieć Lorien, Alexander dał znak, że chce mówić. Odchrząknął znacząco, na powrót zwracając na siebie uwagę wszystkich.

– Pożary nie dotknęły Lecznicy Dusz – przypomniał matce, choć zwracał się do przecież do wszystkich zgromadzonych. Sugerowało to, że musiał Selinie opowiadać o ostatnich wydarzeniach, jakie miały miejsce w Anglii. Jak wiele wiedziała o waszych poczynaniach stara prorokini? Zapewne wszystko. Nie wydawała się jednak specjalnie przejęta rozmową, nie zważała bowiem na słowa syna. Ale też Alexander nie wydawał się tym przejmować, więc wszystko musiało być w porządku. Czy tak właśnie wyglądało życie z jasnowidzami? – Nic więc nie burzy spokoju, jakiego brat mój do rekonwalescencji tak bardzo potrzebuje – powiedział powoli Alexander, przenosząc spojrzenie na Richarda.
Oderżnął wreszcie kawałek mięsa. Nie zauważył, że przepiłował przy tym nożem kość.
– Jest mi to pociechą, bo wiele strat ponieśliśmy w trakcie pożarów. Wróżby dla naszej rodziny okazują się ostatnio niepomyślnymi. Kamienica babci ocalała, ale zagrożenie było bliskim. Ogniem zajął się dom Lorien, o moim dotychczasowym lokum szkoda w ogóle mówić. Scarlett napomknęła mi też o klątwie, jaka spadła na waszą kamienicę, Richardzie. Liczę, że udało wam się coś ocalić z pożaru? Jak wasze... Interesy? – Wobec świeczkowego biznesu na Nokturnie, na którego wspomnienie ojciec zawsze wzdychał ciężko, przewracając oczami, Alexander użył wielce potrzebnego eufemizmu. – Nie dotarły do mnie żadne wieści na twój temat, Charlotte, więc założyłem, że pozostajesz w zdrowiu. To samo zakładałem jednak w sprawie Charlesa, przykro mi więc słyszeć o jego niedyspozycji. – A jednak nie wydawał się tym ani trochę zaskoczony ani też zasmucony. – Nawet oczy jasnowidza nie zawsze są widać w stanie dostrzec wszystko. Użyczcie mi więc swoich. Jak wygląda wasz Londyn po pożarach? – zwrócił się bezpośrednio do tych po lewej stronie stołu, tych, z którymi nie miał okazji rozmawiać na co dzień. Charlotte. Scarlett. Richard. Gdy jednak powiódł spojrzeniem wokół, patrzył również na tych, którzy siedzieli po jego prawicy. Mama. Lorien. Philomena.

Alexander był odległy. Tak odległy jak tylko jasnowidz może być odległym od ludzi. Tak, "odległy", to było właściwe słowo. Nawet jego oczy, chociaż wpatrywały się w wasze twarze, wydawały się patrzeć gdzieś w dal. Bo mimo, że przeżył to samo, co wy, był wobec tych przeżyć zwyczajnie... Obojętnym.
Słowa, które wypowiadał, nie pasowały do jego ust. Wychodziły spomiędzy warg pokulawione, pokoślawione. A chociaż wydawały się Alexandrowi właściwymi, nie brzmiały właściwie. Bo nie było w nich przejęcia ani też współczucia. Nie było w nich troski, nie było choćby krzty czułości, nawet takiej udawanej.

Nie, Alexander zdecydowanie nie umiał udawać. Nie kierowała nim bowiem troska, a poczucie obowiązku.

A jednak zapytał. Zapytał i odpowiedzi oczekiwał. Mogliście skłamać mu w twarz, licząc, że nie zostaniecie przyłapani na kłamstwie, mogliście wybrać szczerość, o którą was wprost poprosił. Jakikolwiek wybór podjęliście, mieliście potem poczucie, że zostanie zapamiętanym na długo. Rzadko bowiem Alexander zadawał pytania, na które rzeczywiście oczekiwał odpowiedzi.

Proszę o odpisy do 30 listopada do godziny 23:59. You know the drill. Serduszko


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Harpagan
Śnisz, a ja jestem twoim koszmarem
wiek
22
sława
III
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
Sprzedawca w Czarcim Oku
Długie blond włosy, lekko falowane, zwykle są rozpuszczone. To, co przykuwa uwagę to nienaturalne, srebrne oczy oraz wędrujący srebrny rumień na prawej ręce - objaw srebrzycy. Sylwetka szczupła, zwykle odziana w dobrej jakości ubrania, podkreślające talię i długie nogi. Piegi na nosie i policzkach dodają jej uroku, ale lwia zmarszczka pojawiająca się na czole świadczy o tym, że kobieta często się denerwuje. Ma około 170 cm wzrostu.

Charlotte Mulciber
#23
24.11.2025, 16:06  ✶  

Skinęła głową prababci na znak, że zgadza się z jej zdaniem. Powtarzano jej to w zasadzie od dzieciństwa - z niektórych ścieżek nie dało się zejść. Podejrzewała, że z tej, którą kroczyła od miesiąca, będzie niezwykle ciężko zboczyć, ale o tym Philomena nie musiała wiedzieć. I nikt inny w sumie.
- Niestety ale jeżeli chodzi o tego typu rzeczy, to natura poskąpiła mi talentu. Można powiedzieć, że mam dwie lewe ręce do tworzenia czegokolwiek - odpowiedziała Scarlett nieco smutnym tonem, bo czasem naprawdę żałowała, że nie potrafiła nawet wystrugać kijka na ognisko bez kaleczenia palców. Ale może to i lepiej? Nie musiała być we wszystkim dobra (a w czym była, tak w sumie?). Kiwnęła jej jeszcze głową, bo nie zamierzała się przejmować, przynajmniej na razie. Jak zauważyła prababcia - Charlotte była jeszcze młoda. Miała czas na podejmowanie decyzji, zarówno tych dobrych, jak i złych. - Pośpiech jest złym doradcą, to prawda.
Dodała jeszcze, skubiąc pomidora. Spojrzała nieco spod byka na Alexandra, gdy się do niej zwrócił. Nie słyszał o tym, co się u niej działo, bo nie chciał tego wiedzieć. Uniosła dumnie głowę, a w jej oczach błysnęła nieukrywana złość. Wyjątkowo jednak nie była ona skierowana w Mulcibera. No, w sumie była, ale Charlotte o tym nie wiedziała - złość kierowała na Śmierciożerców.
- Ja tak, ale mieszkanie, które wynajmowałam, już nie - powiedziała cicho, cedząc nieco słowa. - Proszę nie zrozumieć mnie źle, cieszę się, że żyję, oczywiście, ale cały mój dorobek spłonął. Będę zmieniać lokum, jednakże jestem bardzo... Zawiedziona faktem, że mieszkanie czystokrwistej panny z tak znamienitego rodu doznało jakichkolwiek uszkodzeń.
Starała się brzmieć spokojnie i dyplomatycznie, lecz jej głos był rozedrgany. Odłożyła sztućce na talerzyk i ukryła dłonie pod stołem. Drapała się, możliwie niewidocznie, ale stres przejmował nad nią kontrolę.
- Niektórzy odnoszą wrażenie, że wydarzenia z 8 września były mało przemyślane, dużo czystokrwistych rodzin ucierpiało - dorzuciła jeszcze, chcąc zagłuszyć odgłos szurania paznokciami po skórze pod rękawkiem.
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#24
24.11.2025, 18:34  ✶  

Podniosła powoli spojrzenie na seniorkę rodu. Czego potrzeba Donaldowi Mulciberowi, Philomeno? Zdawała się pytać, choć lekko uniesiony, drżący w rozbawieniu kącik ust zdradzał to co chciała wiedzieć najbardziej.
Bo przecież nie tylko Donald był tym wielkim nieobecnym, prawda?
Gdzie jest Diana? Gdzie twój mały klejnot rodu Burke, za który zapłaciłaś ukochanym wnukiem? Leży zaćpany na kolejnym odwyku, bo przecież wszyscy wiedzą. Wszyscy widzą co się stało z tą rodziną.
Ale nie wchodziła z Mulciberową w żadną werbalną czy niewerbalną potyczkę. Po prostu grzecznie oddała rozgrzebany talerz służącym. Trochę jak dziecko, które nie chce być zatrzymane po kolacji przy stole. Niech oddadzą resztki psom.

A kto to?
Przełknęła z trudem ślinę. Co odpowiedzieć matce, która nie pamięta swoich synów? Co odpowiedzieć tej, która pamiętać ich nie chce.
- Nikt taki.- Powiedziała w końcu. Próżno było szukać w głosie Lorien czegoś więcej poza suchą obojętnością.
Wzrok, który wcześniej miała utkwiony w Philomenie, bardzo powoli, wypowiadając dwa proste słowa, przeniosła na Alexandra. Nikt taki. Nikt ważny. Tak zwyczajnie w świecie ktoś po prostu nieistotny.
Babka mogła to wszystko nazywać szopką czy teatrzykiem. Mogła sobie prychać, parskać pod nosem, mrużyć zdegustowana oczy i ściągać brwi. Ale nic nie zmieniało faktu, że Lorien tu była. Ciałem i duchem. Nie dla niej. Zdecydowanie nie dla reszty dalszej zebranych przy stole. I z pewnością nie dla zwłok na rodzinnym cmentarzu. Była tu, bo tu był jej dom. Czy się to komuś podobało czy nie.

Podziękowała służącemu, który podstawił pani nowy, czysty talerz. Nałożyła sobie pieczonego mięsa i wyjątkowo nawet nie zaczęła go rozdrabniać. Tylko troszkę. Zdążyła przełknąć jeden kęs, by następnie znów nachylić się w stronę Seliny, gdy ta zaczęła mówić o… żabach? Jeziorko w lesie. Bezwiednie uśmiechnęła się do swoich wspomnień. Och tak pamiętała. To było to okropne bagnisko, gdzie Alex wpadł po kolana w błoto a potem wciągnął ją.
- Dobrze, pójdziemy tam ciociu. Kiedy zrobi się trochę cieplej.
Obietnica bez pokrycia, jakich wiele się tu składało.
- Weźmiemy Scarlett. Tak jak ostatnio, gdy była z nami w ogrodzie.- Dodała jeszcze, posyłając ciepły uśmiech siedzącej naprzeciw dziewczynie.
Dokładnie taki sam, którym obdarzyła ją zaledwie parę dni wcześniej. To był wieczór, jak ich ostatnio wiele, gdy młoda Mulciberówna zdecydowała się spędzić czas w Mulciber Manor. Siedziały więc obie w salonie, zajęte najbardziej irracjonalną czynnością na świecie - zawijaniem delikatnej granatowej włóczki w motki, których używała Selina do dziergania szali. Nie był to specjalnie absorbujący proces, ale wymagał precyzji, czasu i co najmniej dwóch osób. “Cieszę się, że spędzasz z nią czas.” powiedziała wówczas, patrząc czy użyte zaklęcie nie plącze cienkich nitek. “Widzisz Scarlett, kiedy mnie zabraknie…  Alex będzie potrzebował pomocy. Poradzi sobie, ale ty musisz być dla Seliny. Ona nie ma tu już nikogo innego.”

Kolejny kęs mięsa przełknęła, gdy temat zszedł na pożary. Złapała spojrzenie brata. Nie lubiła go… Takim. To nie był jej Alexander. Nie lubiła jego obojętności. Wtedy stawał się prorokiem całego świata, a nie jej… No właśnie. Kim był jej Alexander. To nie miało znaczenia.
Podobnie jak i pytanie, które zamarło nad stołem. Nie odpowiedziała na nie. Nie kiedy pytał tym tonem. Co miałaby odpowiedzieć?
Mojego Londynu już nie ma.
Pokręciła przecząco głową i zacisnęła usta. Jedyny znak, że odpowiedzi na pytanie nie usłyszy.

Zamiast tego postukała pazurami o pokryty obrusem blat stołu. Dostrzegła spojrzenie jakie Charlotte rzuciła panu na Mulciber Manor. Nie tak się zachowują damy. A przecież dobrze jej szło. Im obu, bo i na Scarlett nie mogła narzekać. Przypomniała sobie nieszczęsną Sophie na nieszczęsnym wieczorku u Agnes Delacour. Tak zagubioną, tak nieodpowiednią w nieodpowiednim miejscu. Porażkę.
Odchrząknęła, żeby zwrócić na siebie uwagę młodych panien. Sama się zresztą wyprostowała w swoim krześle, tak jakby małe przepióreczki miały podążyć za wskazówkami.
Wyprostuj się. Łokcie ze stołu. Uśmiechaj się. Bądź widziana, a nie słyszana.
Nie wiedziała nic o wychowaniu Scarlett (choć mogła podejrzewać, że dziecko bez matki chowało się samo, bo egoistyczny ojciec nigdy się ponownie nie ożenił, by zapewnić dzieciom kobiecą dłoń i nauki), ale widziała jak dorastała mała Charlotte. Obie jednak powinny znać zasady.

- Wszyscy ponosimy konsekwencję gwałtu na prawie jakim był zamach z 8. września, mia dolce piccolina- Odłożyła powoli widelec, opierając go o talerz.- Ciężko wierzyć w roztropność i pomyślunek zwykłych fanatyków, gdy ofiarami stają się rody, których czystość krwi i wierność starym prawom Kodeksu Tajności Czarodziejów jest niekwestionowana. Niestety ten akt przemocy był nie tylko oznaką kompletnego braku smaku i wyczucia, ale przede wszystkim poplecznicy tego człowieka, którego imię nie jest warte wspomnienia, udowodnili, że nie znają naszych tradycji i kultury. Nie zdziwiłabym się, gdybyś stała się, moja słodka Lotte, ofiarą brudnokrwistego głupca. Nie wierzę, że ktoś ze starych rodów przystałby na tak plugawą ideę jak spopielenie bezcennych zabytków i serca magicznej kultury jaką jest nasza ulica Pokątna. Nie mówiąc o zniszczeniach w Dolinie Godryka i Little Hangleton.
Porządny Ochroniarz
Nigdy nie wiesz, kiedy śmierć zapuka do twych drzwi.
wiek
45
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Handlarz Świecami i Kadzidłami
183cm wzrostu. Brązowe oczy i włosy, u których można dostrzec siwe kosmyki. Często widnieje u niego zarost. Ogolony gładko jest tylko wtedy, kiedy brat każe mu się "ogarnąć". Ubiera się zawsze odpowiednio do sytuacji.

Richard Mulciber
#25
26.11.2025, 03:01  ✶  

Bycie rodzicem, nie było proste. Posiadając własne dzieci, bardzo szybko można było się o tym przekonać. Gdzieś popełni się błąd, czegoś się nie dopilnuje. Ale i tak nie wiadomo do końca, na kogo wyrosną synowie i córki. Gdy liczysz, że syn, spadkobierca nazwiska, ma być dumą i przykładem, tym przykładem okazuje się być córka.

- Przekażę.
Zapewnił Philomenę, że przekaże jej życzenia. Lecz gdy zapytała o Norwegię. Uważniej na nią spojrzał. Skąd wzięło się nagle to pytanie? Tak dobrze go zna, że przewiduje taki możliwy scenariusz? Czy któraś z dziewczyn jej powiedziała?
- Mówiąc "na stałe", to by znaczyło, że nie planowałbym wracać do Anglii. Mam tutaj sprawy, które muszę mieć pod kontrolą. Przeprowadzka jest możliwa. Do Anglii będę wracał na jakieś kilka dni.
Nie dał w swojej odpowiedzi gwarancji, czy wspomniana przeprowadzka będzie miała charakter stały. Czy jak do tej pory przez lata – tymczasowy. Wszystko zależy od dalszego rozwoju wydarzeń. Po śmierci Roberta, sporo spraw spadło na jego głowę i barki. Znacznie większa odpowiedzialność i podejmowanie decyzji. Nie był w łatwej sytuacji. Chciał jednak kontynuować to, co robił jego brat.

Pytanie o szanownego kuzyna Donalda, Richard kierował do Alexandra. Nie było nawet nic złego, gdyby odpowiedzi udzieliła Philomena. Ale nie kobieta, która niszczyła ich ród od środka - Lorien.

Alexander oczywiście odpowiedzi udzielił, wstępnej. Było jednak coś, co miało pokazać jego walkę z emocjami, którą zarejestrował Richard. A o sytuacji Donalda, wiedział. Pocieszająca wieść, że żyje. Beznadziejnie, ale żyje. Poruszył drażliwy temat. Choć tym samym nie wykazywał obojętności na los innych członków rodziny, skoro już dostał zaproszenie na tę kolację. Niestety był ktoś, kto to wszystko psuł.

Słysząc odpowiedź Lorien, Richard przerwał równe krojenie mięsa na swoim talerzu, przenosząc na nią zirytowane spojrzenie jej zachowaniem. "Bezczelna. Zamiast siedzieć cicho to się wpierdala w rozmowę." – tak ją skomentował w myślach. Chętnie chcą jej to powiedzieć wzrokowo.

- Nie…
Zaczął, ale jego zwrócenie uwagi Lorien, zostało przerwane gestami Alexandra, który chciał dopowiedzieć coś jeszcze. Richard powstrzymał się, pozwalając mówić kuzynowi, patrząc na Lorien jak na kogoś zaburzającego rodzinne spotkanie. Intruza, próbującego się wywyższać w miejscu, które do niej nie należy.

Kuzyn przeszedł ogólnie do tematu spalonego Londynu. Nawiązując do strat, jakie ich rodzina poniosła. Pocieszające było usłyszeć, że kamienica babki przetrwała. Przykro zaś, że Alexandra mieszkanie ucierpiało. Satysfakcja rosła wewnętrznie, słysząc o spalonym domu Lorien. Gdyby nie okoliczności i "rodzina", pozwoliłby sobie na uśmiech typu "dostałaś za swoje". Nie okazał po sobie niczego. Z powagą obserwując i słuchając. Bardziej uderzyła w niego wspomniana kwestia jego rodzinnej kamienicy i klątwie. Tutaj swój wzrok z Lorien, przeniósł na Alexandra i zaraz powędrował na Scarlett. Dlaczego mu powiedziała? "Dlaczego mu powiedziałaś?" – przesłał jej pytanie przez zdolność Fal, jeżeli zechciała je odebrać i odpowiedzi udzielić. Tak, Richard nie był z tego zadowolony. Nie ukrywał tego po sobie. Może nie chciał, aby ktokolwiek jeszcze o tej klątwie wiedział?

Interesy… Znów spojrzał na kuzyna, ale zaraz na swój talerz. Odłożył równo sztućce. Nie dokończy jedzenia. Pozwolił mówić Charlotte, która chętnie postanowiła udzielić odpowiedzi na pytania Alexandra. Przedstawiając swój status strat jakie poniosła w dniu ataków, o którym on sam wiedział od paru dni. Wsłuchał się jednak w rozmowę Lorien z Seliną, marszcząc brwi gdy usłyszał coś o Scarlett.

- Słucham?
Zwrócił się ostrym tonem do Lorien.
- Scarlett nigdzie z Tobą nie pójdzie.
Rzekł stanowczo, wtrącając się w jej rozmowę. Nie pozwoli na to, aby ta żmija zniszczyła mu kolejne dziecko. Cokolwiek tutaj robiła Scarlett, to ma się skończyć.

Chrząknięcia Lorien skrytykował spojrzeniem. Słuchać mu się nie chciało tego co pieprzyła. Sięgnął po kielich z winem i upił solidnego łyka. Odstawiając naczynie prawie puste na swoje miejsce. Równo, blisko talerza.

- Jeżeli chcesz znać moje odpowiedzi. Udzielę je. Ale nie w obecności tej manipulantki.
Słowa skierował do Alexandra, po czym wbił chłodne spojrzenie w Lorien.
- Kobiety, która niszczy naszą rodzinę od środka. Pozbyła się mojego brata, sugerowała wydziedziczenie mojego syna. Nie powinna mieć prawa głosu. Nie powinna tutaj siedzieć. Nie należy do naszej rodziny.
adwokat diabła
They will eat from the ground
beneath my throne
wiek
93
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
publicyska, prawniczka
Szczupła kobieta w podeszłym wieku, która swój wysoki wzrost (177 cm) podkreśla chętnie obcasami, nie pozwalając byle komu patrzeć na siebie z góry. Całą swoją prezencją zwraca uwagę: upinaną w wymyślne kształty fryzurą z siwych włosów, eleganckim i drogim strojem, ciężką biżuterią.

Philomena Mulciber
#26
02.12.2025, 23:30  ✶  
Touché, Lorien. Touché z tą Dianką. Dobrze, że tylko w narracji i nie bluźnisz tak na głos. Nie umknęło natomiast Philomenie, że do kolejnego dania Lorien podeszła już z większą elegancją. Grzeczna dziewczynka.
Alexander przynajmniej mówił o matce i do matki normalnie, bez nadmiernie wygładzonych prób udobruchania jej, owinięcia w zbyt miękki kokon bezpieczeństwa, który przydawał Selinie karykaturalnej słabości. Najmniejszy zaś mięsień na twarzy Philomeny nie drgnął w związku z rozmową o Donaldzie. W tym gronie staruszka robiła użytek z umiejętności kontrolowania swojego wizerunku — pozostawała zdystansowana i formalna, jakby temat ten nie budził w niej najdrobniejszej emocji.
Delektowała się przepiórką. Delektowała się rozmową. Oto nareszcie Alexander przejął inicjatywę, rzekł coś więcej niż pomruki i pojedyncze zdania. Nie zmusił babki, aby musiała na siebie wziąć tę rolę. I dobrze. Nic to, że okazywał zebranym niewerbalną obojętność. Nie musiał ich kochać. Żadne z nich nie było jego dzieckiem, aby mu się należała jakaś tkliwość.
Philomena nie spuszczała z Alexandra przenikliwego spojrzenia, odkąd ten zagaił temat Spalonej Nocy oraz tego, jakże się komu po niej wiedzie. Gdy wyrażał ubolewanie nad złym losem, jaki dotknął dobytki zebranych, wezbrała w babce fala okrutnej wesołości, która jednak nie znalazła ujścia. Cóż to za przewrotność, że kat troszczy się o dobro tego, którego sam pomagał zarzynać. Oglądało się ten spektakl doprawdy wybornie.
— Wiele pracy wymagało doprowadzenie spraw do porządku — rzekła Mulciberowa w tonie swobodnej pogawędki. — Jednego pracownika straciłam podczas ataków, kilku kolejnych należało zwolnić, ponieważ zaczęli po niej zaniedbywać swoje obowiązki. Tym bardziej doceniam, że w kancelarii znalazła się w tym czasie dodatkowa para rąk do pracy. — Tu ponownie oddała zasługę Scarlett. — Wszystko wraca do normy. — Wydawała się tym faktem nader ukontentowana. Było to bowiem osiągnięcie, które zamierzała sobie przypisać: kancelaria powróciła na zwyczajowe tory wybitnie szybko. Ot, potęga terroru. — Wkrótce pojawią się również nowe publikacje. Jeden artykuł zaplanowany jest już na przyszły tydzień w Proroku Niedzielnym. Polecam waszej uwadze.
Jak zawsze. Stara Mulciberowa była to — jak wiemy — kobieta sukcesu. Kobieta kariery. I trupów, jakie zostawiła za sobą na tej drodze.
Rodzina nie przestawała dostarczać powodów do jej rosnącego rozbawienia. Czystokrwista panna ze znamienitego rodu. Ach, ubawiła jadowitą staruchę cnota Charlotte rezydująca widać tymczasowo w nokturnowym rynsztoku.
Odpowiedź Philomeny była kontynuacją słów Lorien, z którą babka — jak w wielu kwestiach ideologicznych — zgadzała się.
— Nie miejmy złudzeń, ten człowiek, Voldemort, nie dba o kondycję naszych elit ani ład społeczny. Tylko głupiec mógłby tak sądzić. Nie on pierwszy i nie on ostatni urodził się utalentowanym czarnoksiężnikiem. Nie on pierwszy prowadzi rebelię opartą o przemoc, której efekt może być tylko jeden: upadek. Zamiast budzić w ludziach właściwe instynkty, korzenić tradycję i wartości, wierzy, że będzie w stanie rządzić, trzymając nad nimi bat. To nieprawda. Jak zawsze podkreślam, aby zmiana była trwała, społeczeństwo samo musi do niej dojrzeć. Poprzez edukację, kultywację tradycji, odrzucenie szkodliwych mód, dobieranie godnych liderów i autorytetów — wygłosiła gładko niczym odczyt kolejnego swojego artykułu.
Gdy Richard wybuchał, starucha akurat syciła się winem, czego wcale ta tyrada jej nie zepsuła. Odjąwszy kielich od ust, serwetą otarła kącik ust z zabłąkanej we wiotkie, starcze wargi kropelki, po czym zwróciła się ku wnukowi. Podjęła rozmowę wyważonym nauczycielskim tonem, jakim udziela się cierpliwej reprymendy krnąbrnemu dziecku:
— Lorien jest częścią rodziny. Twój brat, Richardzie, przed śmiercią małżeństwa nie rozwiązał. Zachowuje zatem ona jako wdowa prawo do nazwiska, tak samo jak należne jej było prawo do miejsca w domu Roberta. Miejsce przy tym stole należy do Lorien na mocy kontraktu takiego samego, jaki miejsce przy nim gwarantuje i mnie. Jeśli kto z was chciałby podważyć jej prawo, podważa i moje. — Nastała po tym chwila pauzy, aby ewentualny śmiałek miał przestrzeń wyrazić obiekcje co do tego, czy Philomena, wiekowa wdowa po Alexandrze Mulciberze, winna opuścić Mulciber Manor. — Powściągnij się. Emocje po śmierci brata nie mogą usprawiedliwić tych absurdalnych oskarżeń godnych dziecka czy chorego umysłowo. — A wszyscy wiemy, jaka była historia choroby umysłowej w rodzie.


głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia
Ancymon
"Niewierny jest ten, kto żegna się, gdy droga ciemnieje"
wiek
sława
krew
genetyka
zawód
Nie jest ani wysoka, ani niska, mierzy dokładnie 168 cm. Włosy w kolorze jasnego blondu, ślepia kocie w odcieniu lodowego błękitu. Oczy duże, nosek mały i nieco zadarty, pełne usta na których często widnieje zaczepny bądź pogardliwy uśmiech. Pachnie słodko, lecz nie mdło, mieszanką wanilii, porzeczki i paczuli.

Scarlett Mulciber
#27
07.12.2025, 12:13  ✶  
Gdy Alexander zadał pytanie wydęła usta w krótkiej zadumie.. a może zwyczajnie udawała?
Mimo, że pożary były bezsprzecznie czymś okropnym, tak nie odnotowała w swoim życiu większych strat z tego powodu. Być może jedynie mieszkanie na Horyzontalnej w którym ulokowała część swoich wspomnień. Pamiętała swoją minę, gdy przenieśli się do domu Lorraine, a na własne pytanie kiedy wrócą do domu - okazało się, że już tam nie wrócą. To było jedyne czego było jej szkoda, chociaż dobrze wiedziała, że to kwestia sentymentu. Zerknęła na kuzynkę, gdy postanowiła uchylić rąbka tajemnicy apropo jej życia po pożarach, aczkolwiek rozmowa zaraz przeszła w kierunku masy, a nie konkretów co było bezpieczne, acz ciut frustrujące
-U mnie dobrze, nie mam na co narzekać. - rzuciła lekko z nonszalancką miną, sięgając po perliczkę.
W jej życiu zmiany zaczęły się już w sierpniu, a to co miała teraz było jedynie kontynuacją ów zmian.
Bo chociaż jej życie wywróciło się do góry nogami, to pozostawało szczęśliwe, nawet jeśli ciut zbyt chaotyczne. Nie czuła potrzeby mówić więcej, bo nie powinno wyznawać myśli na głos przed ogółem. Niemniej jednak Alexander nie był ogółem i wiedział ciut więcej niż pozostali i nie potrzebował do tego trzeciego oka. W końcu Mulciberówna była bardzo częstym gościem w Mulciber Manor, pojawiając się tam na tyle często, że powinno jej się odebrać status gościa. I chociaż nie mówiła mu o wszystkim, to ten wiedział, że jest w dobrej kondycji, nawet jeśli ostatnio bywała przemęczona co tłumaczyła pracą. Mimo to zawsze szukała okazji, aby wciągnąć go czy to słownie czy listownie w kolejną dyskusje na tematy życia i śmierci, dzieląc się mniej lub bardziej oderwanymi przemyśleniami.
Faktycznie, nie obeszło się bez strat, aczkolwiek zawsze są jakieś straty... A jednak tragedie i nieszczęścia mimo wszystko napędzają biznes, o czym zdążyła już porozmawiać z Bunią. Gdy Londyn płonął, wielu zwykłych obywateli straciło rozum.. zaczęły się napaści, rozboje i rabunki... wraz ze świtem ludzie szukają sprawiedliwości za krzywdy. A to było dla niej na rękę, mimo iż początkowo rzeczywiście w kancelarii zrobił się rozgardiasz, to jednak pracy było więcej, a wraz z nią więcej doświadczenia. I chociaż była zmęczona, a obowiązki często zabierała ze sobą do domu, to nie śmiała narzekać. A jednak tego typu opinią podzieliła się ze swoją przełożoną, po cóż miałaby więc mówić to tu. Szczególnie, że wyznanie to nie było mile widzianym na tle wspominanych tragedii. Nie popierała tego typu katastrof, a ktoś mógłby wysnuć niesłuszne wnioski.
Nabiła fragment mięsa na widelec, wsuwając go do ust, słuchając wywodu prababci.
-Niestety jeszcze długa droga przed nami... - stwierdziła, przenosząc wzrok na Philomene. Seniorka dobrze wiedziała co ta ma na myśli. Za część tragedii odpowiadali nie śmierciożercy, a zwykli ludzie, którzy poczuli się bezkarni, zaczęli uskuteczniać samosądy na ulicach. Bo to ich teraz ścigało prawo, gdy pokrzywdzeni uchodzili z życiem.
  Przeniosła wzrok na Selinę, zaraz na Lorien, a jednak nim zdążyła chociażby rozchylić usta, rozległ się głos jej ojca
Scarlett nigdzie z Tobą nie pójdzie.
Na moment zastygła w bezruchu, a jednak nie trwało to dłużej niż chwilę. Odzwyczaiła się, nawet nie sądziła, że tak bardzo.
Dlatego tak kochała Baldwina, nawet jeśli nie nazywała tego miłością. Kochała wolność, którą jej dawał.
Bo On nigdy nie decydował za nią, nigdy nie narzucał własnego zdania i była pewna, że jako mąż, być może nie jej, ale kogoś na pewno - byłby dokładnie taki sam.
Nie musiał się z nią zgadzać, nie musiał lubić jej wyborów, ale dawał jej przestrzeń i wspierał każdy z nich. Nawet jeśli ten w jego oczach był wybitnie beznadziejny.
Dlatego też teraz poczuła się urażona, ugodzona czymś nieprzyjemnym w nie tyle serce co... w coś innego, w coś co nie do końca potrafiła nazwać.
Czy było jej przykro? Poczuła się zapewne zlekceważona, potraktowana niczym bezrozumne dziecko... a może po prostu jak kobieta w oczach tego jakże wspaniałego rodu?
A jednak pamiętała, aby szczelnie dopiąć wyimaginowany kaganiec. Bo na co to wszystko? Na cóż byłoby teraz coś mówić?
To co teraz powie, to co teraz mówią wszyscy dookoła, nijak miało się do rzeczywistości, która wychylała się zza rogu.
-Tato, wystarczy - wyznała spokojnie, kładąc dłoń na ramieniu Richarda. W głowie energicznie przetasowywała paragrafy, zastanawiając się co powinna zrobić.
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#28
09.12.2025, 08:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.12.2025, 08:29 przez Alexander Mulciber.)  
"Nikt taki", odpowiedziała Lorien na pytanie zadane przez jego matkę. Może i odpowiedziała jego matce, ale odpowiedź należała się jemu. Słowa skierowane były przecież w stronę Alexandra. Nie mógł opisać tego co czuł, gdy zrozumiał, że Lorien mówi o Donaldzie. Gdy zrozumiał, że nie użyła nawet jego imienia. Nikt taki, powiedziała. Nikt ważny. Nawet teraz Alexander unikał wypowiadania imienia Donalda na głos. Może był przesądny. A może po prostu się bał. Nie sądził, żeby kiedykolwiek przestał się go bać. A jednak... Nikt taki, powiedziała Lorien. Nikt istotny. Nikt istotny w jej życiu.
Nikt.
Alexander Mulciber często powtarzał, że jest nikim. "Nikt" czaiło się zawsze na końcu języka, gdy ktoś wypytywał o jego tożsamość, o jego imię. Wiedział jednak, że nie może już dłużej chować się za tym starym sentymentem. Za plecami swego brata, o którym zawsze mówiono, że urodził się, żeby być "kimś".
Ale nie o Donaldzie w tym momencie myślał Alexander. Myślał o tym, jak wiele dałby kiedyś, żeby usłyszeć te słowa z ust Lorien. Jak wiele wciąż dla niego znaczyły. Myślał o tym, że wcale na te słowa nie zasłużył, a jednak były jego. Wszystko tutaj było jego. Jego ród. Jego sygnet. Jego przekleństwo. Jego była nawet Lorien.
Odwrócił od niej głowę, wiedząc, że po tym cichym wyznaniu, o którego wadze nie miała poza nimi pojęcia żadna ze zgromadzonych przy stole osób, nic nie będzie w stanie zburzyć spokoju, jaki uczuł.

Alexander Mulciber czuł tylko i wyłącznie spokój.

–––

Oto dostaliście niepowtarzalną szansę na zjednanie go sobie. Bo czy istniał doskonalszy moment na uzyskanie względów głowy rodu? Proste pytanie, odpowiedzią na które mogliście zdobyć przychylność Alexandra, jeżeli już się nią nie cieszyliście. Okazał wam swoje zainteresowanie, poświęcił wam czas... Czy jednak wykorzystaliście go mądrze?

Zaczęło się całkiem obiecująco.

"Niektórzy odnoszą wrażenie, że..." Alexander przymrużył delikatnie oczy, jak gdyby rozbawiły go słowa Charlotte. Wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Lorien, bo przypominało mu to jej charakterystyczną manierę z czasów dzieciństwa, wciąż jeszcze niekiedy obecną w wypowiedziach siostry. Lorien uwielbiała bowiem rozpoczynać zdanie od "ktoś kiedyś powiedział...". Tylko że zwykle tym kimś była ona sama. To była okazja, aby powtórzyć na głos swoje przemądrzałości, przydając im należnej powagi. I chociaż młody Alex żartował z niej czasem, że znowu mówi bez stosownych przypisów ("ależ pani mecenas, proszę najpierw podać źródło cytatu i numer sprawy!"), po latach bliższy był czułości niż kpinie, gdy o tym wspominał. Czyżby Charlotte spędzała tak dużo czasu z Lorien, żeby przejąć jej manieryzmy? Bogowie dopomóżcie, aby wzięła sobie za cel naśladować spryt Lorien, a nie jej upór.

– Nie używaj słowa "niektórzy", jeżeli wyrażasz opinię, która jest twoją – upomniał Charlotte tym charakterystycznym tonem, który tak dobrze zdążyła już poznać Scarlett. Tonem niemal ojcowskim, tchnącym czymś na kształt szorstkości, ale i mentorstwa. A jednak bardziej niż swojego ojca Alexander przypominał teraz siedzącą u jego boku babkę. – Jeżeli zaś nie jest twoja... Czy jest w ogóle warta powtarzania na głos? – Wiele Alexander mówił Scarlett o konieczności posługiwania się językiem precyzyjnym, co nie wynikało jednak z przywiązania do litery prawa, która dla dużej części zgromadzonej przy stole rodziny była przecież świętością. Nie, Alexander zwracał uwagę na aparat pojęciowy, jakim się posługiwał z czysto naukowej potrzeby opisywania świata w sposób usystematyzowany, pozwalający na weryfikację obserwowanych zjawisk. A biorąc pod uwagę, jak często nie można było odróżnić w jego ustach kłamstwa od prawdy... Nie można było zarzucić Mulciberowi braku konsekwencji. Wyjątkowo sprawnie wykorzystywał bowiem nieskorygowane w dyskusji luki pojęciowe, aby nie powiedzieć absolutnie niczego konkretnego na swój temat. Ale taka była przecież natura jasnowidza, wiecznie mówić zagadkami.
Delikatne rozbawienie obecne w drgnieniu kącików ust szybko ustąpiło jednak miejsca powadze. Widać, że już nie żartuje, gdy pociągnął temat dalej.
– Moja dobra przyjaciółka, Eden Malfoy, zajmuje się handlem nieruchomościami. Napiszę do niej. Z pewnością zaopiekuje się tobą. Pomoże ci znaleźć odpowiednie lokum. Przystające, jak to ujęłaś, gustom panny z tak znamienitego rodu. – Alexander skinął głową Charlotte. Niezależnie od jej reakcji na tę propozycję, nie zmienił choćby na chwilę wyrazu twarzy. Już wypowiedział przecież swoją opinię.

–––

"Nie wierzę, że ktoś ze starych rodów przystałby na tak plugawą ideę jak spopielenie bezcennych zabytków i serca magicznej kultury jaką jest nasza ulica Pokątna."

– Na szczęście ocalonych zostało wiele innych miejsc istotnych z punktu widzenia społeczności magicznej – dołączył się do rozmowy Alexander, powracając do swojego zwyczajowego, tchnącego monotonią tonu jasnowidza. – Co napawa optymizmem biorąc pod uwagę, że ataki musiały być jednak w jakiś sposób koordynowane. Wystarczy spojrzeć na trasę "Zadrapania". Oszczędzono najważniejsze ośrodki naukowe, Oxford, Cambridge... Choć rzeczywiście, przykre, że ucierpiała moja ulubiona księgarnia. Ta na skrzyżowaniu z Pokątną, blisko redakcji Proroka... Przynajmniej oni po tym wszystkim poszli po rozum do głowy – skomentował słowa babki, gdy ta zapowiedziała premierę swojego nowego artykułu. Wydawał się tematem uprzejmie zainteresowany. – Nie dalej jak kilka dni przed pożarami mówiłem Lorien, że rozważam cofnięcie im prenumeraty przez wzgląd na tych szukających taniej sensacji pismaków, którym pozwala się wypuszczać szlam pod szyldem najznamienitszej gazety w Anglii. Dobrze słyszeć, że porzucili te praktyki. Szkoda, że ramówkę przemyśleli dopiero pod wpływem ataków terrorystycznych. Wreszcie jakaś porządna publikacja w zalewie podrzędności... Wyszliśmy od skorowidza czystości krwi, jaki temat podejmiesz, babciu, w następnym artykule?

–––

Potem było tylko gorzej.

Gdy Richard osuszył dla kurażu swój puchar z winem, Alexander popatrzył na niego z czymś na kształt politowania. W tym momencie bardziej niż kiedykolwiek przypominał mu Roberta. Wysłuchał go jednak, powstrzymując się od zabierania głosu. Pozwolił nawet wypowiedzieć się babce, nie przerywając jej perorze. A potem, zupełnie niewzruszony, zaczął odpowiadać na argumenty Richarda. Od końca, do początku.

Kondolencje dla was, bo przewaga Zastraszanie na pełnej kurwie. Gratulacje dla Richarda, który ma przewagę Odwaga.

– Lorien należy do naszej rodziny. Należała do niej zanim jeszcze wyszła za mąż za twojego brata – odpowiedział spokojnie, w ten szczególny, nieznoszący sprzeciwu sposób, w jaki mówił każdy mężczyzna pewien swojej władzy. Jak gdyby nie istniał świat, w którym jego wola nie byłaby świętością. – Lorien siedziała obok mnie przy tym stole, gdy jeszcze jako rozbrykane dzieci kołysaliśmy się na kolanach u mego ojca. I Lorien będzie tutaj siedzieć. Nie wiem, kto miałby jej odmówić prawa głosu. Nie ty decydujesz, kto zabiera głos w tym domu. W tej rodzinie. – Mówiąc to wszystko, Alexander nie podniósł nawet głosu. Nie musiał. – Co ty zresztą wiesz o tej rodzinie, Richardzie? Z tego co mi wiadomo, to twój pierworodny stwierdził ostatecznie zgon twojego brata. Jak Lorien miałaby więc mieć z tym cokolwiek wspólnego, skoro twój własny syn orzekł, że stryj jego umarł z przyczyn naturalnych? Jakże to o nim świadczy, kiedy jako ojciec podważasz opinię własnego synowca. Jakże to świadczy o tobie. – Zimne oczy jasnowidza wpijały się nieprzerwanie w twarz Richarda, tak podobną do twarzy Roberta. – Drugi twój syn skarżył mi się, gdy twój brat uznał, że najlepiej będzie wyrzucić go "z domu, z rodziny, z życia". Skarżył mi się, że jego kochający ojciec nie stanął po jego stronie. Że sam pragnął go wydziedziczyć. A twoja córka? Nie widzisz, że przynosisz Scarlett wstyd? Gdy ty trwałeś pogrążony w swej żałobie, zajęli się nią zaprawieni prawnicy zasiadający przy tym stole, lepiej niż ja wyjaśnić więc może, jakie zarzuty grożą za rzucanie bezpodstawnych oskarżeń.
Alexander pokręcił głową tak, jak gdyby karcił nieposłusznego psa, który obsrał kanapę.
– Jeżeli szukasz winnych śmierci swego brata, poszukaj ich w barku stojącym w rogu salonu. Poszukaj pośród pustych butelek whisky. Może znajdziesz tam rocznik 30, z niewielkiej destylarni w Cork. To była jego ulubiona, prawda? – spytał łagodnie Alex, jak gdyby wspominał z nostalgią upodobania utraconego przyjaciela. Robert nie był jego przyjacielem. A jednak to, że wiedział o nim tak wiele, było zatrważające. Tak samo jak i to, że głośno mówił o jego rosnącej zależności od alkoholu. Zbyt dobrze znał przecież jej oznaki z autopsji.
Władczym gestem przywołał do siebie służącego.
– Przynieś najlepszą whisky, jaką mamy. Może być ta, którą trzymał na wyjątkowe okazje tata. W końcu okazja jest wyjątkowa. – Kazał służbie nalać whisky Richardowi. Tylko Richardowi. Więcej, warknął przy tym ostro, chociaż na jego twarzy wciąż gościł ten przyjemny, niefrasobliwy niemal wyraz spokoju. Być może rzeczywiście Alexander był szalony. Było w jego oczach coś przerażającego, gdy się uśmiechnął. Po raz pierwszy odkąd zasiadł przy tym stole.

– Wypij toast za zdrowie Lorien. Za zdrowie kobiety, którą winieneś nazywać siostrą – powiedział Alexander, cedząc uważnie każde słowo, jakie wychodziło spomiędzy jego ust. Zacisnął dłoń przyozdobioną rodowym sygnetem na swojej szklance, do której również kazał nalać whisky. – Wypiję z tobą. A jeżeli nie wypijesz ze mną, możesz równie dobrze opuścić mój dom.

Ale jeżeli jeszcze raz nazwiesz ją inaczej, mówił jego uśmiech, bo Alexander wciąż uśmiechał się lekko, czekając na decyzję Richarda, utopię cię w kadzi tej whisky. W samym sercu tej jebanej destylarni w Cork. A potem zbiorę whisky z trupim jadem, i rozleję je cygańskim zwyczajem na grobie twego brata, żebyście wreszcie mogli być razem.

Odpis proponuję do 15 grudnia do godziny 23:59. Jak będzie obsuwa to się dogadamy. Serduszko


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Dama z gramofonem
And the violence, caused silence
Who are we mistaken?
wiek
34
sława
IV
krew
czysta
genetyka
maledictus
zawód
Sędzia Wizengamotu
Czarownica o klasycznej, włoskiej urodzie odziedziczonej po matce. Ma ciemnobrązowe (z pierwszymi siwymi włosami) trudne do ujarzmienia loki, w które zwykle wpina złote spinki i ozdoby. Oczy - o bardzo nienaturalnym, kobaltowym kolorze. Bogowie pożałowali jej wzrostu. Ta poważna, dorosła kobieta ma zaledwie 149 cm wzrostu. Według kartoteki medycznej waży 37kg. Pachnie drogimi perfumami o zapachu jaśminu i ubiera się u magicznych projektantów, choć częściej można ją spotkać w przepisowym ministerialnym mundurku sędzi. Na przekór modzie czystokrwistych - uwielbia torebki, nienawidzi magicznych sakiew. Jej codzienna torebka z paryskiego magicznego domu mody jej zawsze wypchana po brzegi dokumentami, kosmetykami i innymi pierdołami, bez których nie może się obejść. Ogólnie to kobietą jest ułożoną, kulturalną, chociaż pierwsza dzień dobry na ulicy nie powie.

Lorien Mulciber
#29
10.12.2025, 10:21  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.12.2025, 10:22 przez Lorien Mulciber.)  
- Scarlett nigdzie z tobą nie pójdzie.
Richard wepchnął się w przyjazną konwersację z gracją trolla w składzie porcelany. Zdanie było tak niefortunne, tak bezsensowne, że Lorien zamilkła i po raz pierwszy rzeczywiście na niego spojrzała. Szkoda tylko, że wpatrywała się w niego z takim niedowierzaniem, zupełnie jakby szwagrowi wyrosły jakieś owadzie czułki.
Co proszę?. Uniosła brwi, dając mu moment na refleksję. Ta nie nadeszła.
Nie odpowiedziała od razu. Odchyliła się na krześle, ewidentnie próbując się zdystansować od tego całego nonsensu.
- Ale to nie do mnie tak. Do mnie nie.- Odparła oschle. Odłożyła sztućce tak ostentacyjnie, że ich dźwięk wybrzmiał jak wyrzut. Już jej się odechciało jeść.. Skrzyżowała ramiona na wysokości piersi - jak ktoś kto właśnie zdecydował się wybrać przemoc.
Nic nie mówiła. Jeszcze nie.
Zamiast tego przeniosła wzrok na Scarlett, obserwując jej reakcję. Biedne dziewczę wyglądało w pierwszej sekundzie na zakłopotane, w drugiej na skonsternowane, a w trzeciej na gotowe wsiąknąć w krzesło. Prawie westchnęła. No cóż, sama czułaby się mocno zażenowana, gdyby jej ojciec odstawił podobny teatrzyk. Nie było nic gorszego niż, jak to mówiła dzisiejsza młodzież… niż rodzicielski cringe. Nic tylko zapaść się pod ziemię, że stary dziad nie rozumie etykiety.

A potem Richard zaczął pluć. Co prawda, na szczęście tylko metaforycznie.
Ale to wystarczyło, żeby Lorien aż odwróciła głowę w stronę Philomeny.
Widzisz? Miałam rację! Pamiętasz jak ci pisałam jacy są okropni?!- zdawała się mówić całą swoją postawą wybitnie urażonego dziecka. Ugryzła się w język, bo babka odstawiła swój kieliszek, a Lorien słyszała dokładnie to co usłyszeć chciała - obronę.

Głos Alexandra sprawił, że poczuła ulgę. Prawdziwą ulgę.
Czy tak się czuł ten samozwańczy Lord Voldemort, gdy patrzył jak jego malutkie kukiełki rzucają się z zębiskami i pazurami na wrogów? Czy czuł podobną… satysfakcję?

Przyglądała się posępnemu, niemal liturgicznemu, rytuałowi napełniania szklanic od whisky.
Jeżeli szukasz winnych śmierci swego brata, poszukaj ich w barku stojącym w rogu salonu.
To nie to. To nie to go zabiło. Przecież wszyscy wiedzieli, kiedy przyszedł pierwszy atak. Kiedy ten smarkacz pokazał te okropne falliczne świeczki i przyniósł im wszystkim wstyd. Zacisnęła drżącą dłoń na swoim kieliszku. Uniosła go do ust. Mieli przed sobą wszystkie elementy układanki, a nadal błądzili. Nadal rzucali bezpodstawne oskarżenia. Może kiedyś byłoby jej nawet żal biednego Richarda Mulcibera, który stracił ukochanego brata. Może i kiedyś. Ale na pewno nie tu i teraz.

Alexander skończył. Służący odsunęli się szybko od stołu, a jej myśli nareszcie ucichły.
I wtedy usłyszała: Wypij toast za zdrowie Lorien.

Nie. Nie. Nie.
Wstała ze swojego krzesła, opierając obie dłonie na stole. Powoli, zdecydowanie. Nie żeby przy jej wzroście robiło to jakąś różnicę czy stoi czy siedzi, ale w tym momencie nie miało to znaczenia - gest nie miał dać jej władzy; miał tylko odebrać wszystkim pozostałym komfort. To już nie była zwyczajna rodzinna sprzeczka. To było oskarżenie. A jak oskarżenie to i rozprawa.
- Zapominasz się.- Powiedziała patrząc już tylko i wyłącznie na Richarda. Jej głos był chłodny. Suchy. Ton kobiety, która nie musiała krzyczeć, bo władzę miała wpisaną w każde słowo. - Zapominasz, że jestem mianowaną sędzią Wizengamotu. Atak na mnie to atak na naszą ojczyznę. Na nasze prawo.- Nie była rozhisteryzowaną nastolatką, której nagle ktoś dał pstryczka w nos.- Naprawdę uważasz, że nie będę cię ciągnąć od przesłuchania do przesłuchania, przez. każdą. kolejną. rozprawę? Że nie utopię cię w kosztach postępowania sądowego? Że nie zadbam o to, żeby każdy prawnik w mieście na twój widok zamykał drzwi kancelarii? Że poczuję cokolwiek, gdy będziesz się wyprzedawał ze wszystkiego i zapożyczał, żeby spłacić mi zadośćuczynienie za straty moralne, stres i niszczenie wizerunku?
Pozwoliła groźbie wybrzmieć. Zapaść pomiędzy nimi wraz z przedłużającą się ciszą. A potem… machnęła ręką i po prostu zaczęła się śmiać. Serdecznie. Ciepło. Tym śmiechem, w którym dało się słyszeć ptasi trel. Znów opadła na krzesło.

- Bez obaw! Nie jestem aż taką zołzą, Rick.- Przyłożyła dłoń do serca. Drugą otarła łezkę rozbawienia. Śmiechom nie było końca. Ale w końcu nachyliła się nad stołem. Przechyliła głowę jak ptak, który wypatrzył ofiarę.- Po prostu przeproś, a wszystko rozejdzie się po kościach. W końcu jesteśmy rodziną, prawda?
Harpagan
Śnisz, a ja jestem twoim koszmarem
wiek
22
sława
III
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
Sprzedawca w Czarcim Oku
Długie blond włosy, lekko falowane, zwykle są rozpuszczone. To, co przykuwa uwagę to nienaturalne, srebrne oczy oraz wędrujący srebrny rumień na prawej ręce - objaw srebrzycy. Sylwetka szczupła, zwykle odziana w dobrej jakości ubrania, podkreślające talię i długie nogi. Piegi na nosie i policzkach dodają jej uroku, ale lwia zmarszczka pojawiająca się na czole świadczy o tym, że kobieta często się denerwuje. Ma około 170 cm wzrostu.

Charlotte Mulciber
#30
11.12.2025, 12:49  ✶  

Gdy Lorien odchrząknęła, Charlotte lekko wyprostowała plecy. Ale nic poza tym. Spojrzała na nią pytająco, bo przecież nie zrobiła nic złego? Odrobinę opuściła ramiona, to wszystko. Nie skojarzyła, że chodziło o to spojrzenie, którego nie potrafiła opanować. Alexander mocno nadepnął jej na odcisk tą zwrotką kartki, chociaż sam pewnie nie miał pojęcia, że Lottie żywi do niego aż taką urazę. Nawet tej karteluszki nie widział.
- Mówisz, ciociu, że to mógł być ktoś z... nich? - ostatnie słowo niemalże wypluła. Pogarda i jad były tu nie do podrobienia. Lorien niechcący przekierowała jej złość ze śmierciożerców na mugolaków. Być może to nie było jej intencją, ale widać było, że młoda Charlotte zaczęła myśleć nad tym intensywnie. Zmilkła i chciała coś dodać, być może sprostowanie, ale wtrąciła się Philomena. - Chyba wyczerpałaś temat, babciu. Nie mogłabym tego lepiej ująć.
Powiedziała pokornie, chociaż w jej głosie nie było słychać podlizywania się. Philomena ubrała w słowa wszystko to, co Charlotte uważała. Uśmiechnęła się do niej lekko, z dumą. Była dumna, że miała w swojej rodzinie tak mądre kobiety. Nadal nie rozumiała, czemu ją odsunięto od tego typu spotkań. Czy Thaddeus coś ukrywał przed swoją córką?
- Nigdy nie powiedziałam, że to jest moja opinia - odpowiedziała nad wyraz łagodnie Alexandrowi. - Powtarzam to, co mówią moi czystokrwiści przyjaciele. Ale tak, zgadzam się z niektórymi ich poglądami. To, co się stało, było mało przemyślane, ale ciocia i babcia już wyjaśniły, jak powinno wyglądać porządne naprawienie naszego świata.
Miała ochotę wzruszyć ramionami, ale tego nie zrobiła. Kartka, kartka... nie mogła zapomnieć o tym, że Alexander Mulciber był chamem. Sięgnęła po kieliszek.
- Dziękuję i doceniam pomoc - odpowiedziała cicho, chociaż w myślach dokończyła, że i tak z niej nie skorzysta. Nie widziała sensu jednak w mówieniu tego na głos.

A potem Richard wybuchł.

Dłoń Charlotte zadrżała - dobrze, że wino wypełniało kieliszek tak, jak kultura przykazała. Tylko dzięki temu, że ciecz nie wypełniała naczynia po brzegi, uniknęła rozlania.
- Richard - syknęła, mrużąc oczy. Czy on się nie zapominał? Jak on mógł coś takiego mówić o jej ukochanej cioci? - Znam Lorien dłużej, niż ciebie. To ona opatrywała mi kolano, które zdarłam, gdy biegałam w ogrodzie. To ona co miesiąc pyta, czy wszystko u mnie w porządku. To ona ocierała łzy moje i mojej matki, gdy umarł mój ojciec.
Lubiła Richarda, zawsze trzymała się blisko z tą częścią rodziny, ale nie miała żadnego problemu, by unieść rękę, gdy ktoś przekraczał granice. A kuzyn właśnie to zrobił. Odłożyła kieliszek na stół.
- Jak możesz tak mówić? - głos jej zadrżał, a piekielne, srebrne piętno zadrżało. - Ciocia Lorien zawsze była częścią rodziny. Uważam, że powinieneś ją przeprosić.
Głos miała lodowaty. W teorii bezemocjonalny, ale każde słowo chlastało ego kuzyna, punktując to, że jeżeli chodzi o tę rodzinę, to nie on był wspierającą osobą, a ta, którą teraz znieważał. Zacisnęła dłonie w pięści, zrobiła to jednak na swoich kolanach, żeby się uspokoić.

A potem swoją tyradę rozpoczął Alexander. Charlotte odruchowo spuściła wzrok. Słyszała, że Robert zmarł z przyczyn naturalnych. Wiedziała, że Richardowi było ciężko i to, co mówił teraz Alexander, było okrutne. Bolesne. Ale w sumie Rick sobie na to zasłużył.

Lorien się broniła. Wstała, zaczęła mówić rzeczy okropne. Zerknęła na nią, ale nie powiedziała nic. Poczuła, jak dreszcz przechodzi jej wzdłuż kręgosłupa. Tak wyglądały kłótnie w rodzie Mulciberów? Być może ojciec miał trochę racji, że ją przed tym chronił. Atmosfera nagle zrobiła się zimna jak na Antarktyce. Charlotte wbiła wzrok w swój talerz. Odechciało jej się jeść.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (7426), Bard Beedle (2311), Charlotte Mulciber (3851), Lorien Mulciber (5080), Philomena Mulciber (4168), Richard Mulciber (5037), Scarlett Mulciber (3905)


Strony (5): « Wstecz 1 2 3 4 5 Dalej »


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa