• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Wyspy Brytyjskie Walia Snowdonia [23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna

[23.09.1972, Snowdonia] ceremonia ślubna
hold me like a grudge
and what an ugly thing
– to have someone see you.
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
aurowidz
zawód
auror
Stosunkowo wysoki mężczyzna, mierzący sobie 183 centymetry wzrostu. Posiada włosy barwy ciemnego blondu i jasne, błękitne oczy. Budowa jego ciała jest atletyczna, a na twarzy często widnieje lekki, szelmowski uśmieszek. Porusza się z nonszalancją i pewną niedbałością. Jest nienaturalnie zimny w dotyku.

Atreus Bulstrode
#201
04.12.2025, 01:44  ✶  
Czy spodziewał się, że to zrobi? Niekoniecznie. Czy był absolutnie zaskoczony, kiedy jednak to zrobiła? Niezbyt. Pewnie gdyby nie siedzieli wciąż sami przy stoliku, to wtedy uniósł by na nią brew czy nawet bardziej otworzył oczy, a tak? Przez moment przyglądał jej się nieco zaintrygowany, zanim nie przeniósł spojrzenia na uszarpanego przez wiewiórkę palce, jakby wyraźnie rozczarowany.

- Może jesteś za mało zdolna w tym temacie? Albo tak naprawdę wcale nie chcesz mi pomóc? - obrzucił ją wyraźnie oceniającym wzrokiem, zanim cofnął rękę i sięgnął po zwyczajną serwetkę, na nowo wycierając w nią ślady krwi, bo w sumie co innego mógł w tej sytuacji zrobić? Od takiego ugryzienia zwyczajnie się nie umierało, chyba. A przynajmniej nie podejrzewał, bo pewnie zaraz by się namnożyło artykułów w jakimś Żonglerze, że oto mieli plagę śmiercionośnych wiewiórek czy tez innych gryzoni.

- Ale jak już się wszystko... rozluźni, to może zapytam Basiliusa czy mi ładnie zaklei - mruknął jeszcze. Miał oczywiście na myśli fakt, że wypadało poczekać na uroczyste toasty, pierwsze dania i inne rytuały, które obowiązywały przy eleganckich stołach. Nuda, ale czasem trzeba było to poznosić. - No chyba że przypadkiem sama masz co na to zaradzić. Tak na poważnie.

the web
Il n'y a qu'un bonheur
dans la vie,
c'est d'aimer et d'être aimé
wiek
43
sława
VI
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Szef OMSHM-u
187 cm | 75 kg | oczy szare | włosy płowo brązowe Wysoki. Zazwyczaj rozsądny. Poliglota. Przystojna twarz, która okazjonalnie cierpi na bycie przymocowana do osoby, która myśli, że pozjadała wszelkie rozumy.

Anthony Shafiq
#202
11.12.2025, 21:48  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 11.12.2025, 21:53 przez Anthony Shafiq.)  
Zachowanie Charlie i Jonathana było dziwne, ale nie aż tak dziwne, żeby reagować w sposób niekontrolowany.

Kontrola. Tak. To było to czego potrzebował. Przeczesanie włosów długimi palcami, srebrzyste oczy utkwione w jednym punkcie, a których nie sięgał przyklejony do twarzy uśmiech.

Łuna, czy po Spalonej Nocy nie mieli dosyć łun?

Śmierciożercy.

Czy nie powinien zakładać, że każdy czystokrwisty gość tego przyjęcia był podejrzany? Czemu akurat miałby chować się w lesie?

– Ach Anthony, jakże miło mi Ciebie widzieć! – tym razem sieć zmarszczek pojawiła się wokół oczu, gdy zatrzymał się przed parą, reagując oczywiście na zawołanie młodzieńca. Ich spotkania w ostatnim czasie były rzadsze niż kiedyś, ale lubił przebywać w otoczeniu komornika, którego ambicja przydawała mu należytego rozpędu. Nie powinno się lekceważyć młodego pokolenia urzędników. Zdecydowanie nie. – Jestem... – zawahał się przez moment, w rozkojarzeniu potrzebując tego oddechu, by pozbierać myśli i przejrzeć koligacje w ciasnym wieńcu genealogicznym magicznej społeczności. – Znam Twoją kuzynkę – ciekawe, nie był tego świadom, ale postanowił w wolnym czasie przyjrzeć się temu spowinowaceniu – Ale bliżej mi do pana młodego, przez wzgląd na moją siostrę, której zdarzyło się poślubić jednego ze znamienitych przedstawicieli rodu Greengrassów – Wcześniej zwykł mawiać, że poślubiła drewno, ale nie wypadało takich słów głosić tutaj, w tych okolicznościach. I całkiem słusznie, zważywszy na nazwisko narzeczonej Borgina. Uniósł brwi zaskoczony, ujął dłoń kobiety i ukłonił się przed nią nisko, zahaczając wargami o wierzch dłoni. – Cała przyjemność po mojej stronie, zaiste jest pani olśniewająca. Ale narzeczeństwo? Koniecznie muszę poznać tę historię, mam wrażenie że umknęło mi przyjęcie na tę okazję? – Przyjęcie zaręczynowe, próbne kolacje, w końcu właściwa ceremonia. Krąg życia, niekończąca się praca bogaczy. – Zaraz... Roselyn... czyżby siostra pana młodego? Och... – zmartwił się momentalnie – Wyrazy współczucia, wobec tego co przydarzyło się Dolinie. Mam nadzieję, że pani bliscy przetrwali pożogę? – zapytał z niekłamaną troską, zaopatrując ich w wysokie kieliszki wypełnione bomblującym winem. Ostatecznie... to w winie leżała prawda, czyż nie?
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#203
25.12.2025, 21:50  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.12.2025, 21:56 przez Alexander Mulciber.)  
Alexander z przyjemnością wsłuchał się w wywód Helloise. Pozwolił porwać się jej wizji jak liść gnany wiatrem, nie chcąc przerywać jej opowieści, chociaż miał ochotę ulec targającym nią podmuchom. Jak wizytówki z ich imionami, które wciąż tańczyły w powietrzu. Jak każdy jasnowidz miał skłonność do wyprzedzania cudzych myśli, przewidywania biegu rozmów, które nie zdążyły się jeszcze odbyć. W dyskusjach przejawiał bardzo irytującą właściwość wchodzenia innym w słowo, odpowiadania na pytania, zanim te jeszcze padły na głos... Tym razem jednak milczał. Opowiedz mi, co było dalej, poprosił wcześniej Helloise. Prośbę jego spełniła. Pozwolił się więc porwać jej tempu. Wiedział, że jeszcze tej nocy porwie ją do tańca, a wtedy ona będzie dotrzymywać mu kroku. Ale to nie była przecież prosta współzależność.

– Powtarzane opowieści... Snute wciąż na nowo, ale przecież opowiadające o tym samym, tyle że innymi słowami. Śpiewane raz po raz piosenki, w kółko te same. Czasem zmienia się tonacja, czasem słowa, ale melodia jest znajoma – podjął ostrożnie dyskusję, w której pojawiło się drażniące wspomnienie nocy, kiedy opowiedział jej po raz pierwszy o liniach pieśni. O współdzieleniu przeżytych doświadczeń. Alexander skinął powoli głową, jak gdyby porządkował w myślach to, o czym chciał mówić. – To, które z nich wybieramy, najpełniej mówi o tym, co jest dla nas ważne. Być może najważniejsze. Bo to są zawsze te odłamki opowieści, urywki piosenek, którym poświęcamy najwięcej uwagi. Te, na których się skupiamy. Widzisz, ja skupiłem się na... Granicach. Na granicy między kwiatem a chwastem. Granicy między wyborem a ucieczką. Między życiem a... – Wzruszył lekko ramionami. – Uciekając, też żyłem, tak; ale martwiłem się, że jest odwrotnie, bo legenda, którą ja czytam wciąż na nowo, to legenda o Odyseuszu. A życiem, którego pragnął uciekający przed boskim gniewem Odyseusz, nie jest brak bólu ani wygody, tylko powrót do samego siebie... Do domu. – Teraz to on mówił jak gdyby w autoironicznym tonie, mimowolnym zmarszczeniem brwi demonstrując zniecierpliwienie wobec tego, co uważał za swoją słabość. – Ty czytasz o Achillesie. O jego słusznym gniewie. Jego gniew pojawia się nawet w inwokacji, bo gniew Achillesa jest jak żywioł. Jego gniew jest siłą natury. A natura właśnie taka jest. Okrutna i opiekuńcza zarazem. Pełna przemocy, bo karze nas bez wahania, a jednocześnie jest w stanie zaspokoić wszystkie nasze potrzeby. – Alexander wyciągnął dłoń, tylko po to, aby przesunąć uważnie palcem wzdłuż linii głowy Helloise. Obserwował wcześniej jak obraca w swych dłoniach różdżkę, jak jej myśl zatacza kręgi, zawsze wracając do tego samego punktu. Jak sięgnąć po moc bez ograniczeń. Jak sięgnąć po moc, nie rozrywając na pół świata, o który dbała... Ten, który uczyniła domem. – Wierzysz, że magia przepływa przez wszystko. Że nie da się jej w pełni zatrzymać ani posiąść. Nie umiemy czerpać bezpośrednio z natury. Potrzebujemy więc różdżek. Ograniczeń, które pozwalają skupić przepływ. Jeżeli dobrze rozumiem, stworzenie różdżki jest aktem przemocy oswojonym rytuałem. Zabijamy, żeby skoncentrować moc magiczną. Odcinamy fragment świata i zmuszamy go, by służył naszym intencjom. A jednak... Powiedziałaś, że "co przychodzi dobrowolnie, można posiąść lepiej. Przemoc pozostawiam potrzebie" – przywołał jej własne słowa. Nie chciał poprawiać jej wizji, lecz interpretować. – Jest więc w tobie tęsknota za harmonią – dodał już ciszej. Nie za porządkiem, dbał o to, aby nie użyć tego słowa. Był bowiem w Helloise chaos, który ograniczeniom poddać się nie chciał. Przeniósł na powrót uwagę na jej falującą linię głowy, która opadała ku wzgórkowi Księżyca. Ufność intuicji, stawianej ponad logiką. Alexander nie mógł ukryć, że i jego linia głowy pozostawała oddzieloną od linii życia. A choć była mniej falująca jak u Helloise, w taki sam sposób opadała ku zewnętrznej części dłoni. Może i nie wierzył w bogów, ale w głębi ducha pozostawał mistykiem. – A jednocześnie widzę w tobie niechęć do zaznaczania granic, do czego ja mam brzydką skłonność. Ale granice, tak jak i ucieczka, nie zawsze są zaprzeczeniem życia. Nawet według druidów ośrodki kultu nigdy nie istniały bez wyznaczonego obwodu. Nemetony, tak je nazywali. W centrum tych miejsc rosły święte gaje. Lasy. Knieje. "Nemeton" dopiero wtórnie oznaczał jednak miejsce święte. Miejsce należące do bogów, objęte tabu. Pierwotnie "nemeton" oznaczało w języku Celtów miejsce obwarowane, odgrodzone, wyjęte ze zwyczajnego użytku. Świętość oznaczała więc nieprzekraczalność granicy bez pozwolenia. – W głosie Alexandra czaił się uśmiech. – Wynikało to z wiary w magiczną moc zamkniętego kręgu. Ochrony, jaką daje forma, chociaż duidzi nie mieli formalnych świątyń. Święte były dla nich nemetony. Obrzędy związane z porastającymi je świętymi drzewami zdawały się najbardziej krwawe i okrutne. Krew ze składanych bogom ofiar wsiąkała w ziemię, gdzie spijały ją korzenie drzew. Drzewa zyskiwały ludzkie twarze. Druidzi budzili je... Uczyli mówić. A może tylko przypominali drzewom o tym, co same nauczyły ich przed laty. Bo drzewa lubiły ze nimi rozmawiać, a oni lubili słuchać. – Znów jej słowa, zaadaptowane do jego opowieści. Jak gdyby były świętymi tekstami, nad którymi pochylał się, aby odkryć zawarte między wierszami tajemnice. – A jednak... Gdy powalisz drzewo, widzisz jak układają się słoje we wnętrzu pnia. – Alexander zaczął powoli kreślić kręgi na wnętrzu dłoni Helloise. – Zapis wszystkich jego doświadczeń nabudowanych przez czas. Być może niepotrzebne były więc święte kręgi wokół nemetonów. Może masz rację, i cały czas kreśliliśmy je zbyt pochopnie. Może granica przebiegała przez samo wnętrze tego, co było uznawane za świętość. Przez słoje drzewa. Yggdrasila. Bodhi. A nawet tego, z którego wykonana jest twoja różdżka. Bo nieważne, czy patrzysz na drzewo w pionie, od korzeni aż po koronę. Nieważne, czy patrzysz w poziomie, w przekroju przez słoje tuż pod korą. Zawsze widzisz jednocześnie przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. – Zatrzymał palec pośrodku i przycisnął delikatnie, jak przyciska się grunt wokół świeżo zakopanej rośliny, żeby ugnieść wzruszoną ziemię. A potem po prostu puścił dłoń Helloise, pomazaną czerwoną farbą, jak zaschniętą krwią, uśmiechając się lekko.

Nie wiedział, jaką granicę przekroczył, ale nie zamierzał jej nazywać.

– A, i nie śmiałem się z ciebie, gdy dzieliłaś się ze mną swymi przemyśleniami – dodał Alexander, podsuwając pusty kielich pod nadlatujący dzban z miodem. Pozwolił, aby napełnił go na nowo słodkim trunkiem, który wyjątkowo mu zasmakował. Uwaga jasnowidza pozostała jednak skupiona na siedzącej obok kobiecie. – Szczerze sądzę, że są fascynujące. Po prostu przypomniałem sobie coś zabawnego. Nasunęłaś mi to przypadkiem na myśl. W Odysei jest taki fragment… Odyseusz opowiada o tym, jak wzniósł wspaniały swój pałac w Itace. Jak wzniósł kamienne ściany swej sypialni wokół oliwnego gaju, a najgrubsze z rosnących w nim drzew ściął. Ociosał gładko pień, a potem zrównał wszystko ostrzem... Tak oto z poświęconego drzewa oliwnego wyrąbał sobie małżeńskie łoże, którego nikt nie był w stanie poruszyć.
Alexander pokręcił lekko głową, nie potrafił jednak ukryć iskierek rozbawienia, które rozbłysły znowu w jego oczach, gdy spojrzał na Helloise.
– Szkoda, że nie pomyślał o tym, żeby podarować swej żonie kapę na łóżko ze skóry olbrzyma – spuentował gładko, nawiązując do wcześniejszej ich rozmowy, prowadzonej półszeptem, gdy przypatrywali się ceremonii ślubnej. – Tego, którego oślepił, zamiast zabić. Ale my już ustaliliśmy, co należy robić z olbrzymami, prawda? – Obedrzeć ze skóry, a głowę zatknąć na palu. Przyobiecał już Helloise okryć ją skórą olbrzyma niby płaszczem, ale została jeszcze głowa, którą w żartach przemienił w wytworną czarę. Alexander wzniósł więc lekko swój kielich jak gdyby wznosił czaszkę olbrzyma Ysbaddadena, o którego straszliwym losie opowiedziała mu wcześniej Helloise. Zamiast bielejącej kości było złoto, zamiast krwi wypełniało ją wino... A jednak toast był za jej zdrowie. – "Wieczorem stół zastawim, weźmiem w ręce czasze. Słodka uczta, gdy zmyjem we krwi krzywdy nasze". – Alexander skinął głową w jej stronę, zanim upił nieco z wypełnionego miodem kielicha. Oblizał wargi, na których wciąż smakował zacytowane z pamięci słowa poematu.

Gdy cytowali go oboje, zdawał się jeszcze intymniejszym.


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
Dzieło sztuki
które chcesz polizać
wiek
24
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
kustoszka sztuki
Brunetka o jasnej cerze i zielonych oczach. Mierzy 166 cm wzrostu przy wadze 50 kg. Bardzo dba o swój wygląd. Poczucie estetyki rozwinięte na wysokim poziomie sprawia, że przywiązuje ogromną wagę do detali - od ubioru, przez makijaż, po dodatki. Ubraniami stara się przykryć swoją niedowagę. Jej arystokratyczna postawa, pełna powściągliwości i elegancji, dodaje jej szyku, co niektórzy odbierają jako dystans i wyniosłość.

Astoria Avery
#204
11.01.2026, 22:55  ✶  
Astoria oparła się biodrem o krawędź baru, jakby chciała w ten sposób zakotwiczyć się w rzeczywistości i upewnić, że nie zostanie ponownie wciągnięta w czyjeś cudze wspomnienia. Dała sobie ułamek sekundy, by wygładzić materiał czarnej sukienki. Zamówiła swojego ulubionego drinka. Barman skinął głową z dyskretnym uznaniem, a ona obserwowała jego ruchy z półprzymkniętymi oczami. Kryształowy kieliszek wypełnił się alkoholem o głębokiej, bursztynowej barwie, przełamanej jedynie cienką smugą lodu i skórką cytrusa, która unosiła się na powierzchni jak drobny, kontrolowany akcent. Zapach był wytrawny, lekko gorzki, elegancki. Jej spojrzenie powędrowało ku parkietowi. Z tej perspektywy widziała wszystko jak przez miękką, rozświetloną mgłę: wirujące sylwetki, suknie rozchylające się przy obrotach, połysk biżuterii, ramiona obejmujące się w tańcu. Światła pochodni i zawieszonych lampionów odbijały się w szkłach i kielichach, tworząc drgającą mozaikę złota i ciepłych cieni. Muzyka niosła się szeroko, pulsowała jednostajnym rytmem, wciągała ludzi w ruch, który był jednocześnie radosny i nieco zapamiętały.
Astoria obserwowała to wszystko z dystansu. Nie czuła potrzeby, by dołączyć. Była tuż obok, a jednak jakby odrobinę poza. Upiła kolejny łyk, wolniejszy niż poprzedni. Alkohol był już łagodniejszy, mniej ostry, jakby i on oswajał się z jej obecnością. Jej palce zacisnęły się delikatniej na nóżce kieliszka, ramiona opadły nieznacznie, a oddech się wyrównał. Alkohol był lekki, niemal zwodniczy w smaku, ale ciepło, które zostawiał na podniebieniu, nie było w stanie przegnać narastającego zmęczenia. Dopiero teraz naprawdę je poczuła. Ciężar dnia, który zaczął się zbyt wcześnie i skończył zbyt późno. Spotkania, decyzje, rozmowy, które wymagały skupienia i czujności. Wiedziała, że jutro znów będzie musiała być w pełni obecna - w galerii, wśród dokumentów, analiz i ludzi oczekujących od niej nieomylności. Myśl o poranku, który nadejdzie zbyt szybko, sprawiała, że ten wieczór zaczynał jawić się jako pożyczony czas.
Uniosła głowę i spojrzała w niebo, które zdążyło już przybrać głęboką, chłodną barwę granatu. Pomiędzy poszarpanymi chmurami pojawiały się gwiazdy. Astoria przesunęła po nich wzrokiem, aż w końcu dostrzegła ją: największą i najjaśniejszą ze wszystkich, zawieszoną wysoko, niemal dokładnie nad ogrodem. Nie była częścią gęstego skupiska ani nie ginęła wśród innych punktów światła. Zdawała się istnieć osobno, jakby noc uczyniła dla niej wyjątek. Jej blask był chłodny, czysty, niemal biały, a przy tym na tyle intensywny, że przyciągał spojrzenie wbrew woli. Stała tak jeszcze chwilę, z głową uniesioną ku niebu, pozwalając, by jasny punkt światła odcisnął się w jej pamięci. Potem powoli opuściła wzrok. Patrzyła, jak ktoś śmieje się zbyt głośno, jak inna para potyka się o własne kroki, jak Ambroise pojawia się na moment w tłumie, promienny, szczęśliwy, niemal nie do poznania. Gdy dostrzegła odpowiedni moment, Astoria odstawiła kieliszek na bar z cichym stuknięciem szkła o drewno i ruszyła w stronę pary młodej. Przemieszczała się między gośćmi, omijając wirujące sylwetki i rozmowy urwane w pół zdania. Zatrzymała się przed Geraldine i Ambroisem, gdy tylko mieli wolną chwilę. Pogratulowała im i pochyliła się, całując pannę młodą w policzek, a chwilę później uczyniła to samo z kuzynem, delikatnie, z należytą powagą i autentycznym uczuciem. Po krótkiej wymianie zdań wytłumaczyła się i pożegnała, na koniec życząc im dobrej zabawy. Nie oglądając się za siebie, wtopiła się ponownie w tłum gości, kierując się ku wyjściu z ogrodu.


Postać opuszcza sesję
szamanka
Kochajcie mnie, kochajcie, wy
—
 gęstwy zieleni
I wy, senne gromady powikłanych cieni
wiek
33
sława
III
krew
czysta
genetyka
—
zawód
alchemiczka, zielarka, leśnicza, stwórczyni
Tchnie czymś dzikim, nosi na sobie okruchy lasu: czasem we włosy zaplącze się uschnięta gałązka, czasem w materiał szaty wczepią nasiona czy wkleją niteczki pajęczyn, a czasem sama czarownica dokłada intencjonalnie atrybuty natury: ozdoby z ptasich piór, polnych kwiatów czy zwierzęcych kłów. Ciągnie się za nią woń suchych traw, żywicy i palonych kadzideł. Kobieta szczupła i przeciętnego wzrostu (164 cm), niebieskie oczy. Długie blond włosy o średnim skręcie, rzadko ułożone i wystylizowane, zwykle znajdzie się wśród nich kołtun. Spódnice szat Helloise są długie i mają głębokie kieszenie, w których zawsze znajdzie się nieco ziarna dla ptaków. Lubi mięsiste tkaniny, warstwy, ubrania swobodnie płynące za sylwetką, nie boi się wzorów ani koloru, choć wybiera głównie barwy głębokie i niezbyt nasycone lub bliskie ziemi: zielenie, brązy, zgaszone pomarańcze. Stawia przede wszystkim na praktyczność: materiały solidne, które posłużą długie lata i nie zaszkodzi im praca w ogrodzie. Zamiast sakwy często nosi pas na wzór dawnych châtelaine, do którego na skórzanych rzemykach przymocowane są drobne przedmioty: różdżka, futeralik z nożem, woreczek soli czy miniaturowe buteleczki eliksirów, w tym zawsze jedna z solami trzeźwiącymi. Helloise nie nosi klasycznej biżuterii. Posiada jedynie ozdoby z drewnianych koralików i elementów zwierzęcych.

Helloise Rowle
#205
19.02.2026, 17:05  ✶  
Bogactwo myśli Alexandra rozwijało się przed nią pełnią, której nie dało się nie ulec. Myśl kusiła, aby podążyć za nią i przyjąć bezrefleksyjnie, tak gładko skonstruował ją i podał. Wyłaniały się z niej coraz to nowe warstwy wiedzy i nowe warstwy opowieści, w które oblekał idee; przeszywał gładko jedną myśl w drugą. Mogłaby tego słuchać do rana — starczyło podrapać, a z każdego poruszonego wątku biło nowe źródło, które uzupełniało to, co Helloise znalazła głównie intuicją.
A więc to takich ludzi zabierało ze świata w swoje objęcia Ministerstwo Magii, aby w piwnicach Departamentu sycić się mądrością i przenikliwością dziesiątek Alexandrów na etacie. Trzymali go przynajmniej tam, gdzie odkrywali zasadę i przekraczali granice — w przeciwieństwie do wszystkich innych pięter Ministerstwa, gdzie pilnowali granic autorytatywnie narzuconych przez biurokratów, których stanowisk i nazwisk Helloise nie umiałaby wymienić, co nie przeszkadzało jej w żywieniu ku nim pogardy.
Czarownica słuchała jasnowidza z nieprzeniknionym uśmiechem, który ich rozmowę odrywał od ziemi i kazał mrużyć w pobłażliwym rozbawieniu oczy, za którymi bystro czatowały na siebie umysły. Wszystko to podobało jej się jednocześnie, lecz gdyby prowadzone było głośniej o ton czy w szerszym towarzystwie, wzbroniłaby się przed tym agresywnie. Ile Mulciber mógł wyciągnąć z linii na jej ręce, których nie mogłaby zakłamać i setką blizn po dawnych skaleczeniach? Choć wiodła początkowo zachłannie wzrokiem za tym, co wróżbita wyciągał spomiędzy załamań jej dłoni, odwróciła się wkrótce od ich rąk. Zostawiła go z tym samego i słuchała tylko, pozwalając oczom wałęsać się po terenie przyjęcia. Może z niechęci do spoglądania w samą siebie, a może z zaufania w Alexandra.
Może i rację miał, gdy mówił, że jej legendą jest gniew. Nie mogłaby żyć legendy o powrocie, skoro nie miała pojęcia, dokąd wraca. Czy była bliżej domu tutaj, nieopodal walijskiego gniazda, z którego się wykluła, czy bliżej domu była tam, gdzie poczuła, że wreszcie może się zatrzymać? Udzielenie definitywnej odpowiedzi byłoby tym sztucznym odcięciem, o które sama go oskarżała. Żyła więc tak, jak ją te siły natury i namiętności prowadziły.
— Nie ma nic złego w harmonii. Jest pożądana. Rolą Bogini w stworzeniu było wyciągnięcie świata z chaosu. Nadanie mu kształtu. Ona czuwa, żebyśmy nie osunęli się z powrotem w ciemność; żeby całe jej dawne dzieło nie rozsypało się na wszystkie strony świata. Nie harmonia jest wrogiem. Przeciwnie. Wroga jest dysharmonia postępowania wbrew swojej naturze. Tłumienie jej. Narzucanie sztucznej granicy tam, gdzie jej nie było. Jedyne warte granice kreśli natura. Granica natury jest tak samo płynna, jak płynne są linie mórz. Granice wód wiecznie cofają się i wracają, nigdy w to samo miejsce, a jednak zawsze gdy wyjdę do zatoki, umiem wskazać wybrzeże i umiem wskazać morze, mimo że są gdzie indziej niż wczoraj. — Harmonia nie mogła być stała ani wycinana od form. Kto wierzył w porządek przez narzucenie zasady i ograniczenie definicją, ten sam siebie okłamywał. — Nawet gdy opowiadasz o tych kręgach druidzkich — zdążyła zapomnieć nazwy — mówisz o granicach świętych gajów, a gaje żyją i zmieniają się, więc wraz z nimi musiała wędrować też granica. Ci kapłani nie ustalali kręgów jako ludzcy sędziowie, lecz wyłaniali je z podszeptu Matki. Trzeba słuchać. Wtedy znajdziesz się tam, gdzie powinieneś, choć żadnego dnia nie będzie to to samo miejsce. Gonimy cykl przemian i harmonię, za którą nigdy nie nadążymy i zawsze świat będzie… trochę niedoskonały? — Zmarszczyła brwi w zamyśleniu. Przez chwilę pozwoliła myślom krążyć wyłącznie za ciepłem palca wodzącego po wnętrzu jej dłoni. Ileż prościej musiało się żyć jasnowidzowi, który znał tyle dróg… a może wprost przeciwnie. Może mnogość linii sprzyjała poplątaniu. — Ważne, żeby dawać się nosić naturalnym siłom, nie występować przeciw nim.
Dopiero gdy Alexander puścił jej dłoń, spojrzała na nią ponownie; powoli zacisnęła pięść. Jedna rzecz nie dawała jej spokoju.
— Niektórzy umieją czarować bez różdżek, a i na nic one mugolom. Nie różdżka jest w tym ważna, lecz magia. Jeśli magia jest aktem przemocy wobec świata, tym bardziej powinna być pożytkowana z rozsądkiem. Nie rozdawana… lekkomyślnie.  Rozdawana poza… — Oczywiście, że chodziło o parzenie się z mugolami. — Korzystając z magii, stwarzasz i przemieniasz materię jak Bogini. Stajesz się Jej przedłużeniem, boskim płomieniem roznieconym w zwierzęciu… Zbyt dużo sił ciągnących tak świat w swoją stronę, to droga do chaosu. Magia to dar, który powinno się chronić.
Ścięte przez Odyseusza drzewo wyłonione ze słów Alexandra znalazło się nagle w Kniei — i należało do jej linii. Mulciber śmiał się z tego, bawił się konwencją, splataniem wymienionych między nimi tego dnia opowieści. Tkał z nich jedną makabryczną historię. Helloise uśmiechała się wciąż, choć nie było za tym ani wesołości, ani wrogości, ani smutku. Podążyła tylko za uśmiechem mężczyzny, odbijała go jak lustro. Przytakiwała mu, ale pusto. Nie do niej należało oceniać jego historię, która rozpięta była wokół mężczyzn.
— Zdaje się, że mówiliśmy o ojcach, nie olbrzymach — naprostowała pogodnie, polewając i sobie miodu, który wzniosła wraz z nim do toastu. Upiła z kielicha ponad swoje możliwości, miód przebrał, spłynął z boków naczynia na brodę czarownicy.
Jakże morderczy byli mężczyźni ze starych legend i jak brutalna była sama pierwotna natura. Te same historie powtarzały się przez wieki w marszu coraz to nowych wojowników niosących śmierć w szeregi wroga, a potomni odnajdywali w tych dawnych poematach harmonię — i choć większości cytatów Homera Helloise nie znała, to usłyszała go i rozpoznała w rytmie, gdy Alexander wniósł toast.


dotknij trawy
Prorok Niecodzienny
Everyone is a monster to someone.
Since you are so convinced that I am yours, I will be it.
wiek
32
sława
V
krew
czysta
genetyka
jasnowidz
zawód
Niewymowny (Komnata Przepowiedni)
Na ten moment dłuższe, ciemnobrązowe włosy, które zaczynają się coraz bardziej niesfornie kręcić. Przeraźliwie niebieskie oczy, które patrzą przez ciebie i poza ciebie – raz nieobecne, zmętniałe, przerażająco puste, raz zadziwiająco klarowne, ostre, i tak boleśnie intensywne, że niemalże przewiercają rozmówcę na wylot – zawsze zaś tchną zimną obojętnością. Sprawiają wrażenie przekrwionych, bo Alexander coraz częściej zapomina o regularnym mruganiu. Wysoki wzrost (1,91 m). Zwykle mocno się garbi, więc wydaje się niższy. Dosyć chudy, ale już nie wychudzony, twarzy nie ma tak wymizerowanej, jak jeszcze kilka miesięcy temu. Nieco ciemniejsza karnacja, jako że w jego żyłach płynie cygańska krew: w jasnym świetle doskonale widać jednak, jak niezdrowo wygląda skóra mężczyzny, to, że jego cera kolorytem wpada w odcienie szarości i zieleni. Potężne cienie pod oczami sugerują problemy ze snem. Raczej małomówny, ma melodyjny, nieco chrapliwy głos. Pod ubraniem, Alexander skrywa liczne ślady po wkłuciach w formie starych, zanikających blizn i przebarwień skórnych, zlokalizowane głównie na przedramionach – charyzmaty doświadczonego narkomana – którym w innych okolicach towarzyszą także bardziej masywne, zabliźnione szramy – te będące z kolei pamiątkami po licznych pojedynkach i innych nielegalnych ekscesach. Lekko drżące dłonie, zwykle przyobleczone są w pierścienie pokryte tajemniczymi runami. Zawsze elegancko ubrany, nosi tylko czerń i biel. Najczęściej sprawia wrażenie lekko znudzonego, a jego sposób bycia cechuje arogancka nonszalancja jasnowidza.

Alexander Mulciber
#206
01.03.2026, 14:34  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.03.2026, 14:39 przez Alexander Mulciber.)  
Podczas podobnych uroczystości zwykł wybierać towarzystwo kobiet obytych, które swobodnie nawigowały między toczącymi się wokół nich konwersacjami. Lorien. Eden. A nawet Loretta. Wszystkie manipulowały ludźmi, z lepszym lub gorszym skutkiem, i jego wciągając w gry, w które grali wszyscy wokół.
On nie grał. On stał obok, i patrzył. Bo Alexander zawsze patrzył. Obserwował z bezpiecznej odległości, prześlizgując się przez tłumy dzięki charyźmie swoich towarzyszek. To one brały na siebie ciężar podtrzymania rozmowy za cenę wsparcia ciężaru własnego ciała na jego ramieniu. A jednak w jego obecności były tylko przedłużeniem jego spojrzenia. Tak jak on był tylko podłożem pod ich ambicje, twardym gruntem, na jakim mogły budować swoją wyższość. Kobiety potrzebowały mężczyzn, mężczyźni potrzebowali kobiet. Wiedział, jakie wrażenie wywierały. Widział jakie on wywierał wrażenie przy nich. Wszystko to były pozory, ale pozory były przecież wszystkim dla kogoś, kto żył tak, jak żyli oni. Pozory wystarczały. Wystarczały przez bardzo, bardzo długi czas. Miał się za samotnika, ale nie stronił od ludzi tak, jak robił to William Lestrange. Nie chciał być postrzeganym za zniewieściałego naukowca. Jeszcze gorszym byłoby jednak zostać uznanym za tępego ignoranta. Nie miał przecież charyzmy Morpheusa ani daru wymowy Vakela, których, jak wcześniej zauważył jakby mimochodem, posadzono na ceremonii weselnej obok siebie. Jak gdyby od niechcenia, zerknął w ich stronę. Potem dopiero podążył za spojrzeniem Helloise, wałęsającym się po terenie wesela, żeby upewnić się, że to nie za nimi wodzi oczami. Jakież to dziecinne, zganił sam siebie w duchu. Ale przecież nie mógł się powstrzymać przed sprawdzeniem, czy to nie głowa Morpheusa Longbottoma przyciągnęła jej uwagę. Czy to nie głos Vakela Dolohova wybił się ponad jego własny. Może jeszcze było w nim jednak coś z mężczyzny, pomyślał, odwróciwszy wzrok od Helloise. A może wszystko to był tylko narcyzm proroka, który chciał, żeby jego odmienność została uznana za świętą, a nie za śmieszną.

percepcja (4k), niciowidzenie – Morpheus i Vakel
Rzut PO 1d100 - 38
Slaby sukces...

Rzut PO 1d100 - 14
Akcja nieudana

To, że przyszedł tutaj właśnie z Helloise było ze strony Alexandra świadomym wyborem.  Teraz już wiedział, kim jest. Wiedział, jaki będzie jego początek, i jaki będzie jego koniec. Czemu miałby dłużej udawać kogoś, kim nie był? Był wieszczem, wróżbitą, wszędzie widzącym znaki. Był prorokiem, który żył swoimi proroctwami. Był dziwakiem, którego bawiły dziwactwa, jakie współdzielili.
A dzisiaj...

Chciał coś przeżyć, i chciał przeżyć to z nią.

"Zdaje się, że mówiliśmy o ojcach, nie olbrzymach."
– A co za różnica? – zaśmiał się lekko. Chyba naprawdę wierzyć musiał, że nie ma żadnej. Być może mówiło to coś o Alexandrze. Coś, co obecne było również w lekkim przygarbieniu jego pleców, w sposobie, w jakim zawsze mówił o powrotach do domu. Nie pociągnął jednak tego tematu. Po cóż miałby to robić? Byli na weselu, nie na stypie. Mogło mu przecież równie dobrze chodzić o to, że zarówno ojcowie jak i olbrzymi od dawna byli już umarłymi. Wciąż zresztą obracał w głowie słowa kazania Helloise. Tak, zaczął nazywać jej wykłady kazaniami, chociaż bliższe były traktatom teologicznym. Wykładała mu uparcie swoją wiarę, przekonana, że zdoła ją ukorzenić. Nie mógł odmówić jej upartości. "Korzystając z magii, stwarzasz i przemieniasz materię jak Bogini. Stajesz się Jej przedłużeniem, boskim płomieniem roznieconym w zwierzęciu…"
– Więc... Wszyscy są dla ciebie po trosze bogami – zauważył, nawiązując do jej kazania. – Czemu więc świat jest niedoskonałym, skoro boskość pozostaje na wyciągnięcie ręki? "Trzeba słuchać", mówisz. Czy w takim razie wszyscy jesteśmy głusi? Czy jesteśmy ślepi, czy po prostu osunęliśmy się w ciemność? Uważasz, że mogę widzieć, bo oświetliłaś mi, grzesznikowi, drogę płomiennym zarzewiem swej wiary? – Oczywiście, że ją prowokował. Daleko było temu jednak od kpiny, bo oczy zaświeciły mu się radośnie, jak gdyby... Odnajdował przyjemność w tej dyskusji. A przyjemność była czymś rzadkim w życiu Alexandra. Cóż z tego, że w żadnych bogów nie wierzył. Tak jak wielu było ludzi, tak wiele idei boskości. Odrzucał łatwo te bezrefleksyjne, będące wynikiem przyzwyczajenia. Gotów był jednak wysłuchać tych, które wypływały z żarliwego przekonania, ugruntowane godzinami rozważań.
– A skorośmy weszli w temat magii żywiołów. Wolałbym być wiatrem aniżeli płomieniem – stwierdził łagodnie. – Nie dlatego, że wiatr może ogień zgasić albo rozdmuchać w pożogę, która strawi świat. Nie... To wszystko dlatego, że wiatr sprawia, że płomienie tańczą. Więc zatańcz ze mną, Helloise – poprosił, a może zażądał, nachyliwszy się nagle, aby obrócić jej twarz w swoją stronę. Zmuszając ją, żeby spojrzała na niego. Uśmiechnął się do niej lekko, gdy otarł kciukiem resztkę miodu, która spłynęła jej po brodzie. A potem po prostu ją puścił. – Ważne przecież, żeby dawać się nosić naturalnym siłom, nie występować przeciw nim – powtórzył bezczelnie słowa Helloise, dokładnie w taki sam sposób, w jaki cytował wcześniej Homera.

Podnosząc się z miejsca, wyciągnął w jej stronę dłoń, jak kazał obyczaj.

– Zatańcz ze mną – powtórzył. Cicho, głosem pozbawionym przekory, lecz przesiąkłym znajomą melancholią. Wspomnieniem tańca, którego odtańczyli w przestrzeni jej chaty. Melancholia nigdy Alexandra tak do końca nie opuszczała, a jednak jego monotonnia zdawała się w pewnych momentach wręcz kojącą. Złączył ich dłonie, żeby razem mogli przemknąć chyłkiem na obrzeża wesela. Dalej od muzyki, bliżej natury. Pozwolił jej wybrać miejsce, w którym mogli się obrócić w rytmie wesela, pociągnąć się w dal.

Zanim jednak przyciągnął ją do siebie, jak gdyby nigdy nic podniósł wolną rękę do ust, żeby oblizać palce ze słodkiego miodu.

Postacie opuszczają sesję
Helloise Rowle & Alexander Mulciber


Kiedy tańczę, niebo tańczy razem ze mną
Kiedy gwiżdżę, gwiżdże ze mną wiatr
Kiedy milknę, milczy świat
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Alexander Mulciber (7393), Ambroise Greengrass-Yaxley (6231), Anthony Ian Borgin (2091), Anthony Shafiq (2125), Astoria Avery (2550), Atreus Bulstrode (3809), Basilius Prewett (459), Benjy Fenwick (19354), Brenna Longbottom (4921), Charlotte Kelly (1666), Cliodna (4913), Cornelius Lestrange (6240), Elias Bletchley (1503), Geraldine Greengrass-Yaxley (4490), Helloise Rowle (5688), Icarus Prewett (407), Jacqueline Greengrass (1243), Jonathan Selwyn (1578), Millie Moody (3157), Mona Rowle (321), Morpheus Longbottom (1017), Nora Figg (1721), Pan Losu (331), Paracelsus (4094), Primrose Lestrange (597), Prudence Fenwick (16828), Roselyn Greengrass (1608), Sebastian Macmillan (4319), Ursula Lestrange (5498), Vakel Dolohov (1490)


Strony (21): « Wstecz 1 … 17 18 19 20 21


  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa