• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Greater London Niemagiczny Londyn Klinika magicznych chorób i urazów v
1 2 Dalej »
[15.09.72] Don't cough on my Rosier, broke ass bitch

[15.09.72] Don't cough on my Rosier, broke ass bitch
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#1
05.06.2025, 22:43  ✶  

Słowo ogień, pożar, płomienie i wszystkie pochodne zostały odmienione już przez wszystkie przypadki, prawdopodobnie w każdej możliwej gazecie. Zaskakujące jak szybko media głównego nurtu i potrafiły zmienić coś tak pięknego jak mugolska tragedia w coś tak miałkiego jak ludzka krzywda. Mieszanie tych dwóch, odrębnych antropologicznych gatunków oraz sprowadzanie do wspólnego mianownika potrafiło Lestrangowi odebrać całą przyjemność z ich katastrofy. Gdyby nie nabyte uprzedzenia, czułby się nawet zainspirowany do twórczego pierdolenia. Wiersz może. Albo chociaż proza jakaś. Coś z intymności własnej duszy schowane na dno najgłębszej szuflady. Potem jednak przypominał sobie jak paskudnymi kurwiskami potrafiła być ta cała artystyczna bohema i ani myślał stawać w jednym rzędzie z tym obrazem pogardy. I pomimo braku właściwego podejścia do spraw bieżących periodyków głównego ścieku, miał doskonały humor. Czuł się wyśmienicie ze świadomością współodpowiedzialności za największy akt terroryzmu w historii tego kraju oraz obu światów w nim zawartych. Nawet zdając sobie sprawę, że rykoszetem oberwali też ci którzy tego nieszczęścia nie powinni dzielić razem z niegodziwcami. Nie wszyscy zasługiwali na to by dopadł ich słuszny gniew Czarnego Pana, niemniej jednak było to poświęcenie, na które był gotowy. Bycie czystokrwistym czarodziejem lub czarownicą nie dawało pełnego immunitetu przed odpowiedzialnością. Przede wszystkim liczyło się to, kto wspierał sprawę Lorda zanim sprawy zaczęły być naprawdę gorące.

Na zewnątrz czuł się wyśmienicie. Jednak wewnątrz zaczęło się coś psuć. Duszący kaszel, który najpierw tłumaczył przemęczeniem i osłabieniem organizmu. Bycie czynnym terrorystą w spaloną noc, choć bardzo budujące na duchu, potrafiło być jednak nieco wyczerpujące. Jednak śledząc gazety doczytał się, że sporo osób również donosiło o podobnych objawach. I zmartwił się nieco, bo to kolejna rzecz, która obciążała jego i tak nadszarpnięte zdrowie. Nie dość, że Oddech Mojry robił z niego anemika, Limbo zrobiło półżywego Zimnego, to jeszcze ten duszący dym w płucach. Zdecydowanie unikał kontaktów z innymi lekarzami niż jego jedyna zaufana uzdrowicielka, jednak tym razem niestety nie mógł udać się po raz kolejny do Cynthii. Z dużą dozą niepewności, jednak zdecydował się na wizytę w Mungu. Przecież w klinice prowadzoną w większości przez jego własne nazwisko, będzie nieco łatwiej ukryć niektóre niewygodne fakty. Przed wyjściem jeszcze tylko zażył dawkę eliksiru imitującego temperaturę ludzkiego ciała.

- Oh, pysznie kurwa... Rzucił pod nosem sam do siebie na widok przepełnionej ludźmi recepcji w klinice. Obwoźnego cyrku i cygana ze złotym zębem jeszcze tu brakowało. Zacisnął pięści schowane w kieszeniach płaszczu ze zdenerwowania. Rozejrzał się po tym zamieszaniu i stwierdził, że nie ma najmniejszego zamiaru czekać jak zwykły cham w kolejce jak reszta, a do domu też nie wróci, bo nie ma zbyt wielkiego wyboru. Zdegustowanie na jego twarzy nie trwało zbyt długo, bo do głowy wpadł mu dość podły pomysł. Z wewnętrznej kieszeni swojego płaszcza wyciągnął pękatą sakiewkę wypełnioną galeonami. Rozwiązał ją, a potem odwrócił dnem do góry z cynicznym uśmieszkiem na ustach. Na dźwięk rozsypujących się pieniędzy po białych, szpitalnych kafelkach, zapadła konsternująca cisza. Louvain natomiast, mrużąc lekko oczy, wzruszył ramionami z udawanym przejęciem i niemym “Ojej” na ustach, odszedł kilka kroków na bok. Większość z tych ludzi, którzy szukali tutaj opieki medycznej, stracili w ostatnich dniach nieco więcej, niż kawałek zdrowia. Stracili swoje domy, środki do życia i nadzieję na poprawę swojej sytuacji. Louvain zagrał bezczelnie na tych nutach, a biedni zrobili to co biedacy robili w takich sytuacjach. Rzucili się na okazję, rezygnując ze swojego miejsca w kolejce. Z małego zamieszania natłokiem ludzi w recepcji, zrobiło się duże zamieszanie ludzi zbierających w popłochu pieniądze z podłogi. Lestrange wykorzystał ten moment i przebił się dalej, do wewnętrznych korytarzy kliniki. Jeśli ktokolwiek próbował go zatrzymywać, w pogotowiu miał już naszykowaną magistralną legitymację, w której obok jego imienia widniało to samo nazwisko co głównej pani ordynator tego przybytku. Koneksje i nepotyzm to najlepsze co mogła wymyśleć nasza cywilizacja do tej pory. I szedł tak sobie od korytarza do korytarza, aż w końcu nie dostrzegł znajomej, uroczej buźki.

- Lana. - wypalił nagle, jakby sam siebie próbował przekonać, że ta pajęcza sylwetka w tym miejscu to żaden przedśmiertny omam z lazaretu. - Myślałem, że trafiłem do piekła. Teraz już mam pewność. Rzucił zaczepnie, co znaczyło mniej więcej tyle co “Dobrze Cię widzieć”. A kiedy ostatnio się widzieli? Na ślubie Vakela i Ann? Uniósł lekko brwi i uśmiechnął się zadziornie.

Moon Maiden
old things have strange hungers
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
badaczka historii magii
Drobna (163 cm) kobieta o wschodnioeuropejskich rysach, czarnych włosach i piwnych oczach. Zawsze elegancko ubrana, jak na czarownicę z dobrego domu przystało.

Lana Dolohov
#2
19.06.2025, 21:25  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 21.09.2025, 15:28 przez Lana Dolohov.)  
Zaprzeczenie, gniew, targowanie się, depresja i akceptacja. Lana była zaznajomiona z konceptem pięciu etapów żałoby, ale żaden z nich nie mógł w pełni opisać jej stanu. Odnosiła wrażenie, jakby mieszały się w niej wszystkie możliwe emocje, finalnie sprawiając, że nie czuła niczego. Że egzystowała, ale nie żyła.

Pierwszych parę dni po Spalonej Nocy spędziła siedząc w kamienicy Vakela i wpatrując się w ścianę pustym wzrokiem. Odtwarzała w głowie tragiczne wydarzenia, zastanawiając się, czy mogła jakoś temu zapobiec? Czy mogła uratować matkę przed śmiercią w płomieniach? Gdzie powinna szukać przyczyny, w swoim braku umiejętności czy też w niszczycielskiej sile ognia? A może zamiast biec po pomoc powinna była zostać i zginąć razem z nią? Nie znalazła jednak odpowiedzi na te pytania.

Pewnie wegetowałaby tak jeszcze przez jakiś czas, gdyby nie nachodzące ją napady kaszlu. Już tamtej feralnej nocy potrzebowała pomocy uzdrowiciela, ze względu na dym, który zaszkodził jej płucom, i najwyraźniej był to symptom poważniejszej choroby. Dbanie o zdrowie nie było teraz priorytetem Dolohovówny, jednak na szczęście któryś z domowników zwrócił uwagę na jej uporczywy kaszel oraz zasugerował wizytę w Mungu. Lana skinęła głową na tę propozycję, nie zastanawiając się nawet nad tym po co i dlaczego miałaby tak zrobić. Nie doszła jeszcze do etapu, w którym mogła martwić się o siebie samą.

Udało jej się dotrzeć do budynku kliniki, choć mentalnie znajdowała się gdzieś indziej. Tak jak wtedy, gdy wprowadzała się w trans by wykorzystać umiejętność widmowidzenia; widziała przed sobą obrazy, ale nie czuła się ich częścią. Szła więc korytarzem, kierując się wspomnieniami z ostatniej wizyty. Ostatniej wizyty z matką. Tanaquil dyskretnie wręczyła wtedy uzdrowicielowi sakiewkę z monetami, aby zapewnić sobie oraz córce priorytetowe miejsca w kolejce. Lana również miała ze sobą teraz pieniądze i w nieco mniej subtelny sposób po prostu wcisnęła je pani z recepcji. Na widok tak godziwej kwoty, oczy recepcjonistki zrobiły się wielkie jak spodki. Nie protestowała jednak i schowawszy pieniądze w kieszeni, zaprowadziła Dolohovównę prosto pod gabinet uzdrowiciela, pod którym przypadkiem nie było akurat żadnej kolejki.

// Przewaga: bogacz

Dolohovówna siedziała na korytarzu, czekając już dłuższą chwilę (najwyraźniej uzdrowiciel przyjmował przed nią innego bogatego pacjenta). Ominął ją więc popis Lestrange'a, choć biorąc pod uwagę jej obecny stan, i tak pewnie nie wywarłby na niej większego wrażenia. Kręcenie nosem na zachowania niegodne czarodzieja czystej krwi wydawało się teraz naprawdę nieistotne. W obliczu tak ogromnej tragedii, wszystko było nieistotne.

Zwróciła uwagę na mężczyznę dopiero wtedy, kiedy się do niej odezwał. Uniosła głowę, by na niego spojrzeć, ale jej wzrok wydawał się nieobecny. Na uroczej buźce widoczne były worki pod oczami a sylwetka wyglądała na jeszcze bardziej wychudzoną. W połączeniu z czarną, żałobną szatą, którą miała na sobie, jakiś artysta mógłby ją uznać za personifikację śmierci. Lestrange, jak sam przyznawał, nie pałał sympatią do bohemy, lecz z łatwością mógł stwierdzić, że czarownica niedawno kogoś straciła.

– Louvain. – wypowiedziała to imię, jakby była właśnie na lekcji francuskiego; z idealnym akcentem, ale bez emocji. Bez ciężaru, który mógłby sugerować, że widzieli się kiedyś, dawno temu. Czuła, jakby od ślubu Vakela i Annaleigh minęło milion lat. – Hm, możliwe. Albo w Limbo, bo kto wie jak wyglądają zaświaty. Może wszyscy umarliśmy już dawno temu... – przesunęła pustym wzrokiem po jego zadziornym uśmieszku. Ta reakcja była bardzo dziwna, nawet dla tak opanowanej osoby jak Lana.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#3
21.07.2025, 11:51  ✶  

Radosne rysy to nie było coś, o co mógłby z łatwością oskarżyć petersburskie księżniczki. Powściągliwość w ruchu mięśni twarzy to maniera, o którą paryska emigracja była tak zazdrosna nawet tu w Londynie, to zdecydowanie jedna z charakterystycznych cech Dolohov. W Maida Vale nawet czasem padało określenie “Nadnewański Uśmiech” jako bardzo subtelna, lecz surowa krytyka bzdury jakiej się właśnie usłyszało, a której odpowiednio spuentować nie pozwalała towarzyska etykieta. Z tych wszystkich powodów, w pierwszym momencie nie dostrzegł bijącej żałoby od towarzyszki dawnych rozmów. Dopiero charakterystyczna woalka dobrana w odpowiednio depresyjnym tonie, przysłaniająca twarz kobiety dała mu odrobinę do zrozumienia. Możliwe, że nawet jakiś strzępek informacji o matce Lany nawet dotarł do niego za pośrednictwem jego własnej rodziny czy służby. W końcu na jakimś etapie byli wciąż spokrewnieni, więc wieści o wszystkich zmianach statusów formalnych, nazwijmy to łagodnie, przechodziły przez rodową rezydencję Lestrangów.

Zreflektował się, kiedy do niego dotarło. Zreflektował się w tym znaczeniu, że momentalnie odrzucił nonszalancki uśmieszek i cały zadziorny ton. Nie byłoby teraz w dobry guście na żartobliwą aurę, kiedy ciężar straty kogoś tak bliskiego wciąż był tak okropnie odczuwalny. Nawet jeśli dawno się nie widzieli, nawet jeśli zdążył zapomnieć o śmierci jej matki w tym samym dniu, w którym się o niej dowiedział, nie musiał wysilać się na udawany smutek dla samej dobrej maniery. Dla własnej higieny umysłu nie dopuszczał do siebie zbyt wiele myśli o odpowiedzialności za niepożądane zgony podczas Spalonej Nocy, Gdyby miał tak robić nie mógłby uważać się za profesjonalnego mrocznego sługę Czarnego Pana. Jednak w tak bezpośrednich sytuacjach, kiedy przygnębienie w oczach rosyjskiej laleczki było tak uderzające, nawet on odczuwał ostre ukłucie w okruchy tego co jeszcze zostało po jego poczuciu winy.

- Jeśli miałbym zgadywać, to nawet będąc tak blisko piekła jak w Limbo, musi być tam okropnie zimno. Odparł być może odrobinę zmieszany. Kto wie jak wyglądają zaświaty? Najpewniej jakiś frustrat-straceniec, który tam dotarł, a potem wrócił, bo mało było mu śmierci za życia. Chłodno, wilgotno i nieprzyjemnie, a wokół morze iluzji chcące sprowadzić cię na manowce. Miał ochotę zrzucić z siebie ten ciężar tajemnicy, który nosił i wytłumaczyć jak się sprawy mają, zamiast tego sprostował sam siebie, łapiąc się odruchowo za lewe przedramię. - Bardzo mi przykro z powodu Twojej straty. Nie powinno to się w ogóle wydarzyć. Odważył się w końcu na jakiś sensowniejszych gesty wsparcia i współczucia, przy którym nie musiałby brzmieć jak najgorszy kłamca. - Wydaje mi się jednak, że wszyscy żyjemy z tym wszystkim. I to nasza najgorsza kara. Pociągnął dalej, może chociaż odrobina gorzkiego sarkazmu przebije ten balonik dramatyzmu. Tak wiele zdążyło się od ostatniego spotkania wydarzyć, a odpowiednich słów wciąż jak na lekarstwo. Z drugiej strony romański akcent z jakim potrafiła wypowiedzieć jego imię, zabrzmiał bardzo kusząco. Poza domem, rzadko kiedy miał okazję usłyszeć to słowo w odpowiedniej dla niego wibracji.

Moon Maiden
old things have strange hungers
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
badaczka historii magii
Drobna (163 cm) kobieta o wschodnioeuropejskich rysach, czarnych włosach i piwnych oczach. Zawsze elegancko ubrana, jak na czarownicę z dobrego domu przystało.

Lana Dolohov
#4
22.09.2025, 00:15  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.11.2025, 14:19 przez Lana Dolohov.)  
Ciężko stwierdzić, czy stoicka ekspresja Dolohovów faktycznie wynikała z wyuczonej maniery, czy też raczej była to niezbywalna cecha każdej osoby pochodzącej z Little Hangleton. Może niektóre dzieci rodziły się z melancholią w żyłach, tak jak inne z krwią o kolorze smoły.

– Nie można wykluczyć takiej możliwości. Spotkałam się kiedyś z opisem zaświatów jako zamarzniętego jeziora, w którym cierpiały dusze zdrajców... – już miała zrobić Louvain wykład na temat wizji piekła Dantego Alighieri, ale zreflektowała się i przerwała. Z tego co pamiętała, w przeciwieństwie do niej Lestrange'a niezbyt interesowały podobne tematy (aż dziwne, że na ślubie Vakela udało im się tak długo ze sobą rozmawiać). Nie zauważyła jednak w zachowaniu mężczyzny nic podejrzanego, zrzucając jego zmieszanie na karb niezręcznych okoliczności spotkania. Lana nie mogła podejrzewać, że ktokolwiek poza "zimnymi" opisanymi w gazetach odwiedził granicę między życiem i śmiercią.

Jedyną reakcją Dolohovówny na wyrazy współczucia było skinienie głową. Nawet jeśli nie było to zachowanie w pełni zgodne z etykietą, nie miała w tym momencie siły na jakikolwiek inny gest. Każde słowa dotyczące śmierci matki przywoływały bolesne wspomnienia tamtej nocy, nawet jeśli były to deklaracje wsparcia.
– Cóż... Jest to ciekawa perspektywa. – gorzki sarkazm rzeczywiście pomógł Lanie trochę wrócić do życia. Choć w głowie dziewczyny pojawiła się natrętna myśl, że życie z poczuciem winy to kara za brak odpowiednich działań, szybko ją odgoniła. To nie był czas ani miejsce na zatracanie się w żalu; musiała przecież załatwić sprawę u lekarza. – Mam nadzieję, że twoja rodzina nie poniosła strat podczas pożarów. – Louvain sam zapewne jednak ucierpiał, wnioskując po jego obecności w klinice. – Wybacz, ja... Nie byłam ostatnio na bieżąco z wiadomościami z Londynu. – Dolohovówna miała tendencję do izolowania się od świata w trudnych sytuacjach. Czasami łatwiej było udawać, że tragedie nie przydarzają się jej, tylko jakiejś odległej postaci z kroniki historycznej. Że ona sama była zaledwie obserwatorem, a nie uczestnikiem wydarzeń.

Jak więc zareagowałaby na informację, że stojący obok niej mężczyzna był podwładnym Czarnego Pana? Że jej matka zginęła w wyniku działań, za które nie czuł cienia skruchy?

Musiała przyznać, że w pewnym sensie Śmierciożercy ją fascynowali. W żadnym stopniu nie popierała ich postulatów ani środków jakie stosowali, lecz gotowość do popełnienia najgorszych czynów w ramach jakiejś idei wydawała się niezwykłym fenomenem. Lana była z natury bierna, wychowana w szacunku dla tradycji oraz panującego status quo. Mogła mieć swoje opinie na temat dziejących się obecnie wydarzeń, lecz nigdy nie przyszłoby jej do głowy by próbować siłą dokonać jakiejś zmiany. Osoby biorące udział w atakach terrorystycznych różniły się więc od niej tak jak ogień od lodu. Jak pasja różniła się od obojętności.

A przynajmniej tak było do tej pory, bo czy po doświadczeniach Spalonej Nocy ktokolwiek mógł jeszcze pozwolić sobie na obojętność? Może celem Lorda Voldemorta było pozbycie się wszystkich, którzy nie wyrażali aktywnego poparcia dla jego ideałów. Z drugiej strony, jej matka do końca pozostała wierna swoim magirasistowskim poglądom i właśnie to doprowadziło do jej zguby.

Drzwi do gabinetu uzdrowiciela w końcu się otworzyły i wyszła zza nich elegancko ubrana czarownica. Ewidentnie ją również było stać na ominięcie kolejki. Po chwili z gabinetu wychylił się starszy uzdrowiciel.
– Zapraszam panią... Państwo? – jego wzrok przemknął z Dolohovówny na Lestrange'a, starając się wybadać, czy przyszli razem czy osobno.

Lana chciała naprostować sytuację, lecz nagle poczuła przeszywający ból. Pech chciał, że właśnie w tym momencie dostała ostrego ataku kaszlu i nie mogła się wysłowić. Jedną ręką zasłoniła usta, a drugą oparła się o Louvain dla zachowania równowagi.


She was like a star,
nothing but a beautiful echo of death.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#5
24.10.2025, 20:34  ✶  

Czasami wydawało mu się, że płomienie tamtej nocy wciąż odbijają się w oczach tych, których spotykał. Wszędzie widział ślady ognia, w poszarzałych twarzach przechodniów, w popiele zalegającym na krawędziach ulic, w ciszy, która zapadła nad Londynem niczym dym po burzy. Ich przygnębienie było dla niego dotąd źródłem siły. Każde zgaszone spojrzenie, każdy drżący głos przypominał mu, że stał po stronie tych, którzy mogli wszystko. Że należał do nielicznych, którzy przetrwali noc, po której świat nauczył się, czym jest strach. I że ta świadomość, ta duma z przynależności była jak znak wypalony pod skórą. Bolesny, ale nie do usunięcia. Ale teraz patrząc na Lanę Dolohov, coś się w nim zacięło. Nie wiedziała, kim był naprawdę, i może dlatego nie unikała jego wzroku. W tym spojrzeniu nie było potępienia ani lęku, a jednak właśnie ono rozbroiło go bardziej niż jakiekolwiek oskarżenie. Po raz pierwszy żal przebił się przez zbroję przekonań. Nie był to żal wobec idei, raczej osobista nuta żałości, że płomień, który miał oczyszczać, dotknął również kogoś, kto nigdy nie miał być jego celem. W jej twarzy dostrzegał echo dawnych dni. Wspomnienie, które przetrwało wbrew pogorzelisku. Zrozumiał, że ogień, któremu zaufał, nie rozróżniał. Spalał wszystko z tą samą beznamiętnością, z jaką wiatr rozwiewa popiół. Przez moment coś w nim drgnęło, coś, co mogło być słabością. Krótkim impulsem, by zapytać, czy naprawdę wszystko, co uczynił, było konieczne. Ale zaraz to odrzucił. Nie mógł pozwolić sobie na rozedrgania. Kwestionowanie czegokolwiek w tym momencie oznaczałoby osłabienie, a słabość była luksusem, na który nie stać tych, którzy służą.

Gdy Dolohovówna zwróciła się do niego z pytaniem o straty, Louvain skinął głową. - W rezydencji w Maida Vale nikt nie ucierpiał - odparł spokojnie, z tą charakterystyczną miękkością, która brzmiała jak uprzejmość, choć była wyuczonym nawykiem. - Ale kuzynki od strony Parkinsonów nie miały tyle szczęścia. Dom spłonął doszczętnie, podobno w ciągu kilku minut. Zatrzymał się na moment, jakby chciał dodać coś jeszcze, lecz słowa ugrzęzły mu w gardle. Nie dlatego, że żałował, raczej dlatego, że zbyt dobrze znał obraz, który próbował opisać. Wiedział, jak wygląda dom, kiedy płonie. Wiedział, jak pachnie kamień, kiedy topi się od zaklęć. I wiedział też, że nie ma sensu mówić tego komuś, kto stracił matkę w ogniu, który miał odmienić świat.

Louvain natychmiast zareagował, gdy poczuł, że kaszel nagle ją osłabia. Chwytał jej rękę mocniej niż zwykle, tak aby nie mogła się przewrócić, i delikatnie przyciągał ją bliżej siebie, by mogła oprzeć się o jego ramię. Z wnętrza marynarki wyjął starannie przekładaną, jedwabną chustę oferując ją Lanie, zbliżając lekko do jej ust. Jeszcze brakowało, żeby omdlała tu na korytarzu, a najlepiej jemu na rękach. Ktoś mógłby stwierdzić, że być może tak narzucił się pogrążonej w żałobie, że biedaczka opadła z sił. Tak naprawdę jednak był przejęty jej stanem, oby nie zmieniło się to w nic bardzo poważnego. Z tym kaszlem po Spalonej Nocy było coś bardzo nietypowego i zdecydowanie niebezpiecznego. Gdy wreszcie cofnęła się o krok, Louvain nie puszczał jej ręki od razu. Podtrzymywał ją jeszcze przez moment, aż jej oddech powoli się wyrównał. Dopiero wtedy lekko uniósł brew, zauważając, że personel mógł potraktować ich jak parę. Krótka pauza, błysk w oku i w jego tonie pojawiła się lekka konsternacja.

- Tak. - rzucił chociaż sam do końca nie wiedział na które pytanie konkretnie odpowiada. Nie mniej jednak nie zamierzał teraz pozwolić niefortunnym skojarzeniom przejąć kontrolę nad sytuacją. Bardziej liczyła się pomoc, niż niezręczne tłumaczenie, że to nie tak. Poszedł w to. - Pani Lestrange należy się natychmiastowa pomoc! Powiedział głosem ostrym, niemal niecierpliwym, jakby samo opóźnienie było nie do przyjęcia. Wzmianka o nazwisku powinna wywoływać wśród pracowników lekki niepokój i natychmiast przyspieszać każdy ich ruch. Louvain nie musiał nic dodawać, samo wspomnienie Lestrange miało sprawiać, że wszyscy w pomieszczeniu stają się bardziej uważni i gotowi do działania. Ręką przywoływał personel bliżej, a w jego oczach kryła się wyraźna nuta irytacji, że ktokolwiek mógłby choćby na chwilę zwlekać. Wciąż wspierając rozchorowaną Lanę, wprowadził ją do środka gabinetu.

Moon Maiden
old things have strange hungers
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
badaczka historii magii
Drobna (163 cm) kobieta o wschodnioeuropejskich rysach, czarnych włosach i piwnych oczach. Zawsze elegancko ubrana, jak na czarownicę z dobrego domu przystało.

Lana Dolohov
#6
03.11.2025, 18:02  ✶  
Ponownie skinęła głową, słysząc o Maida Vale. Z kolei informacja o stanie domu rodziny Parkinson ewidentnie bardziej ją poruszyła.
– Przykro mi. – w tych słowach można było usłyszeć szczere współczucie. Choć Lana nigdy nie była dobra w pocieszaniu innych (ani w jakiejkolwiek czynności wymagającej radzenia sobie z emocjami), tym razem naprawdę starała się okazać troskę. – Rzeczy fizyczne nie są tak istotne jak zdrowie czy życie, ale... Często mają dla ludzi pewną wartość. Mam nadzieję, że twoje kuzynki otrzymają odpowiednie wsparcie. – jako historyczka, Dolohovówna dobrze rozumiała przywiązanie do przedmiotów. W rzeczach, które inni uznaliby za śmieci, widziała świadków wydarzeń (choć zapewne wynikało to po części z bycia widmowidzem). Lana zbierała wszystko, co wzbudziło jej zainteresowanie lub mogło przydać się podczas badań. Opasłe księgi i pamiętniki, możliwie przeklęte amulety oraz wszelkie przedmioty wykorzystywane w codziennym życiu, o przeróżnych pamiątkach z zagranicznych podróży nie wspominając. Na przestrzeni lat skompletowała całkiem pokaźną kolekcję takich "zabytków", która stanowiła jej oczko w głowie. A teraz wszystko to obróciło się w popiół... Ta strata napawała ją ogromnym smutkiem, choć w porównaniu z bólem po śmierci matki, była w zasadzie nieodczuwalna.

Gdy dopadł ją atak kaszlu, intuicyjnie oparła się o ramię Louvain i przyjęła jego chusteczkę. Zupełnie nie myślała o tym, jak ten gest mógłby zostać zinterpretowany przez postronnych obserwatorów; przecież sama nie miała żadnych dwuznacznych intencji. Gdy tylko kaszel ustał, Dolohovówna chciała podziękować Lestrange'owi za pomoc oraz wytłumaczyć sytuację uzdrowicielowi ale nie zdążyła, ponieważ... Louvain nazwał ją Panią Lestrange?! Słysząc to, Lana wybałuszyła oczy z zaskoczenia. Nie mogła pojąć, jaki był w tym cel mężczyzny. Dla czarownicy większość interakcji społecznych przebiegała według określonego scenariusza, a zachowania wyłamujące się ze schematu były trudne do zrozumienia – zwłaszcza jeśli ktoś z własnej woli komplikował sytuację. Dolohovówna była w tamtym momencie zbyt oszołomiona by jakkkolwiek zareagować i dała się zaprowadzić do gabinetu, wciąż wsparta o ramię towarzysza.

Ton Louvain oraz wspomnienie nazwiska Lestrange faktycznie zadziałało na uzdrowiciela. Od razu skupił się na Lanie i odnosił się do niej z pełnym szacunkiem. Jako, że stan czarownicy szybko się ustabilizował, wizyta przebiegła dość rutynowo. Uzdrowiciel przebadał ją (szczęśliwie bez konieczności zdejmowania ubrań), a następnie zadawał pytania dotyczące stanu zdrowia. Dolohovówna odpowiadała krótko, lecz treściwie, bez wdawania się w dłuższe dyskusje (i starając się nie okazywać zmieszania obecnością młodszego mężczyzny). Ostatecznie uzdrowiciel zalecił jej specyfiki powszechnie stosowane na kaszel, co wywołało u kobiety lekkie zdziwienie.
– Na ten moment nie znamy niestety lepszego remedium. – westchnął starszy czarodziej. Najwyraźniej jego również martwił obecny stan rzeczy. – Zakładam, że ma pan takie same objawy jak żona? – zwrócił się w stronę Louvain. Lana wbiła wzrok w podłogę, żeby ukryć swoją zakłopotaną reakcję na te słowa.


She was like a star,
nothing but a beautiful echo of death.
evil twink
i ain't got no type
bad witches
is the thing that I like
wiek
26
sława
V
krew
czysta
genetyka
—
zawód
Asystent sędziny
Zimna cera i jeszcze chłodniejsze spojrzenie. Kruczoczarne włosy i onyksowe tęczówki bardzo wyraźnie kontrastują ze skórą bladą jak kreda. Buta oraz wyższość wylewa się z każdego gestu i słowa. Mierzy 187 centymetrów o szczupłej sylwetce, która coś jeszcze pamięta ze sportowych czasów. W godzinach pracy zawsze ubrany elegancko, zaczesany, a swoje tatuaże ukrywa pod zaklęciami transmutacji. Po godzinach najczęściej nosi się w skórzanych kurtkach i ciężkich butach.

Louvain Lestrange
#7
04.11.2025, 04:41  ✶  

Louvain przez moment żałował, że w ogóle użył nazwiska Lestrange. Pomysł, który w pierwszej chwili wydawał się sprytnym wyjściem z kłopotu, teraz mógł sprowadzać niepotrzebne komplikacje. Gdy zobaczył minę Lany jakby lekkie uniesienie brwi, zaskoczone spojrzenie, w którym tliła się mieszanina konsternacji i niedowierzania, przemknęła mu przez myśl chęć sprostowania wszystkiego. Wystarczyłoby jedno słowo, a cała niezręczność zniknęłaby w mgnieniu oka.

Ale nie zrobił tego. Patrząc, jak drobne smugi światła odbijają się od srebrnych okuć stolika obok, pomyślał, że świat i tak dawno przestał być rozsądny. Po Spalonej Nocy Londyn wydawał się jednym wielkim szpitalem dla zbyt poważnych ludzi, wszyscy mówili szeptem, każdy nosił w sobie ciężar, a nawet śmiech brzmiał teraz jak coś, czego trzeba się wstydzić. Może właśnie dlatego Louvain uznał, że ta gra, ten maleńki blef, to ich własna, prywatna ulga w morzu ponurej powagi. Jeśli odrobina absurdu mogła rozluźnić napięcie - niech tak będzie. Uzdrowiciel wciąż oczekiwał odpowiedzi, trzymając pióro nad pergaminem z miną człowieka, który bierze udział w czymś, czego nie rozumie, ale nie ma odwagi zapytać. Louvain poprawił mankiet, zyskał kilka sekund, i w końcu skinął głową z nienaganną powagą.

- Tak, objawy są bardzo podobne - powiedział spokojnie, tonem człowieka, który ma pełną kontrolę nad sytuacją. - Z tą różnicą, że moja żona znosi je z większym spokojem, niż ktokolwiek mógłby oczekiwać. Ja zapewne już dawno dramatyzowałbym przy kominku.
Słowa wypowiedział lekko, prawie obojętnie, ale ich brzmienie wypełniło przestrzeń ciepłem, którego się po sobie nie spodziewał. Kiedy przeniósł spojrzenie na Lanę, próbował uchwycić jej wzrok. Delikatnie, bez nacisku, jakby sprawdzał, czy w ogóle mu na to pozwoli. W jego oczach zatańczyło coś między żartem a zachętą, ciche pytanie: zagramy dalej?

Kiedy uzdrowiciel pochylił się nad pergaminem, Louvain wykorzystał moment, by nachylić się lekko w stronę Lany. Zapach jej perfum, przyjemny, zapadający w pamięć pomimo ciężkiej woni środków dezynfekujących i eliksirów leczniczych w powietrzu, na moment przesłonił sterylny zapach kliniki.

- Kochanie, przypomnij mi proszę - powiedział półgłosem, z tą zupełnie poważną manierą, jakby rzeczywiście pytał o coś kluczowego - Czy brałaś ten eliksir z liśćmi czegoś, czego nikt nigdy nie potrafi wymówić? Pan uzdrowiciel z pewnością chciałby wiedzieć. Powiedział to tak spokojnie, że przez sekundę nawet sam w to uwierzył. Znów spojrzał na jej twarz szukając czegoś co powie mu że być może to za dużo, że balansuje na granicy absurdu. Musiał odwrócić wzrok, udając, że poprawia mankiet, bo właśnie w tym momencie zorientował się, jak karykaturalnie brzmi ich małżeńska scena. Powstrzymanie śmiechu wymagało więcej samokontroli, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Kiedy uzdrowiciel znów uniósł głowę, Louvain spojrzał na Lanę i bezgłośnie poruszył wargami  "nie psuj zabawy" albo może "jeszcze moment". Potem, niemal mimochodem, lekko szturchnął ją łokciem, gest szybki, subtelny, tak aby uzdrowiciel niczego nie zauważył. - Żona bywa nieco uparta w kwestiach dawkowania - dodał już głośniej, nie odrywając od niej wzroku. - Wolałbym, żeby to pan przypomniał jej o regularności. Ja, niestety, nie mam takiego autorytetu. Uzdrowiciel chrząknął, próbując zachować profesjonalizm, a Louvain, z tą charakterystyczną elegancją, przytaknął jakby nic szczególnego się nie wydarzyło. W rzeczywistości czuł, że jego własny spokój jest równie kruchy jak szkło w oknach Munga, zbyt napięty, by nie pęknąć od uśmiechu. Spojrzał na Lanę jeszcze raz, może z błyskiem ciepła, a może tylko ze złudną nadzieją, że choć przez moment udało mu się rozproszyć jej powagę.

Moon Maiden
old things have strange hungers
wiek
24
sława
III
krew
czysta
genetyka
widmowidz
zawód
badaczka historii magii
Drobna (163 cm) kobieta o wschodnioeuropejskich rysach, czarnych włosach i piwnych oczach. Zawsze elegancko ubrana, jak na czarownicę z dobrego domu przystało.

Lana Dolohov
#8
08.12.2025, 20:59  ✶  
Lana przyglądała się swoim butom, jakby to była obecnie najciekawsza rzecz w gabinecie. Wszystko, byleby tylko nie wydać ich blefu, bo wtedy zrobiłoby się niezręcznie. Choć z drugiej strony, czy wprowadzanie uzdrowiciela w błąd było lepszym rozwiązaniem? Przecież mógł on opowiedzieć, że przyjmował młodego Lestrange'a z żoną i ktoś dociekliwy chciałby poznać tożsamość tej dwójki. Dolohovówna miała nadzieję, że ten uzdrowiciel nie ma skłonności do gadulstwa ani wyjawiania informacji na temat swoich pacjentów. W obecnej sytuacji mogli przynajmniej postarać się, żeby nie dawać mu materiału do potencjalnych plotek.

Gdy poczuła na sobie wzrok Louvain, rzuciła mu zrezygnowane spojrzenie. Niech ci będzie. Lana nie przepadała za takimi gierkami, bo nie była dobra w udawaniu (nie wspominając o tym, że nigdy nawet nie była w poprawnym związku). Teraz jednak nie miała innego wyjścia i musiała robić dobrą minę do złej gry.

W przeciwieństwie do niej, Lestrange zdawał się świetnie bawić. A może udawanie kogoś innego było dla niego czymś normalnym? Nie widzieli się od tak dawna, że chyba żadna nowa informacja na temat Louvain by jej nie zdziwiła. Niemniej, w jego zachowaniu wciąż widać było ślady tego zadziornego chłopaka, którego przez chwilę poznała bliżej.

Musiała chwilę się zastanowić nad odpowiedzią na pytanie. Uznała, że najlepiej będzie nie ukrywać emocji, tylko wykorzystać je w jakiś konstruktywny sposób. A skoro była zirytowana, to mogła podroczyć się trochę z "mężem".
– Masz na myśli lubczyk ogrodowy? Chyba tylko ty masz problemy z zapamiętaniem tej nazwy, ale może to dlatego, że wolisz francuską wersję. Owszem, brałam eliksir z livèche. – ostatnie słowo wypowiedziała ze swoim francuskim akcentem, który zdawał się mu podobać. Wbiła w młodszego mężczyznę wzrok zmęczonych oczu, dając znać, że zagra w tę grę acz niechętnie. Scenka, którą odgrywali wyglądała jak z jakiegoś kabaretu, ale ugrzęźli zbyt głęboko, by przestać.

Kiedy Lestrange ją szturchnął, nabrała ochoty by mu oddać (co było dla Dolohovówny nietypowe, bo zwykle ignorowała podobne zaczepki). Obawiała się jednak, że ze względu na jej brak koordynacji ruchowej, uzdrowiciel mógłby zauważyć ten gest.
– Ach cóż... Czasami po prostu wpadam w wir pracy i zapominam o lekach. – nie było to kłamstwo; kiedy wciągnęła ją jakaś lektura, potrafiła zapomnieć nawet o jedzeniu. – Na szczęście mój... mąż cały czas mi o tym przypomina. – w głosie czarownicy można było usłyszeć nutkę ironii. Louvain faktycznie udało się rozproszyć powagę Lany, w efekcie budząc jej ukrytą do tej pory sarkastyczną stronę.

Ciężko było stwierdzić, czy uzdrowiciela przekonał ich występ, ale ewidentnie był on zmieszany. Najwyraźniej wolał się nie mieszać w małżeńskie sprzeczki.
– Um, lubczyk jak najbardziej można brać razem z lekami, które przepisałem. Oczywiście regularność w przyjmowaniu leków jest kluczowa. Oczywiście, mogą się zdarzyć różne sytuacje, także polecam na przykład poinstruować skrzata żeby przypomniała o dawkach. Dla pana przepisałem to samo co dla żony. Czy są jeszcze jakieś dolegliwości, które chcieliby państwo skonsultować?


She was like a star,
nothing but a beautiful echo of death.
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Lana Dolohov (2039), Louvain Lestrange (2370)




  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa