12.12.2025, 08:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.03.2026, 14:22 przez Eutierria.
Powód edycji: Blokada możliwości edycji, w przypadku dogadania innej daty proszę o kontakt
)
Był środek listopadowej nocy, a Lorien Mulciber siedziała w swojej sukni ślubnej na jednym z wysokich stołków przy barze w Dziurawym Kotle.
- Gorzko! Gorzko! Gorzko!
Radosne okrzyki stałych bywalców pubów mieszały się z puszczoną na pełen regulator starą muzyką. Bo choć do Yule było jeszcze dużo czasu, Dziurawy przesiąkł na dobre atmosferą jesienno-zimową. Potrzebowano tego. Tych wszystkich kolorowych światełek, ozdób, zapachu grzańca w powietrzu.
Pasowała do tego miejsca. Tonęła w warstwach tiulu i koronek przedpotopowej sukni, w której przed ołtarz dumnie maszerowała jej matka, a przed nią - matka matki. Niestety Adeline Prewett była znacznie wyższą kobietą, więc Lorien wygladała jak biała bombka. Szalenie droga, ale bombka. Nie żeby to Lorien przeszkadzało, ledwo widocznej spod własnej sukni.
- Gorzko! Gorzko! Gorzko!
No cóż mogła zrobić - lud się domagał, lud więc otrzymał.
Westchnęła niemal z udręczeniem. No bo jak to tak, publicznie! To się nie godziło! Szybko jednak cierpiętnicze wzdychanie zmieniło się w ciepły śmiech. Zaróżowione policzki i błyszczące oczy co prawda jasno mówiły, że “tej pani już nie polewamy”, ale w kubeczku wciąż nadal miała trochę tutejszego grzanego wina. Nowa receptura, zapewnił ich Tom.
Nowa i mocniejsza, ale tego nikt już jej nie powiedział. Zamiast tego opowiadał o wszystkich przyprawach jakie dodał, o mieszance importowanej z zagranicy, temperaturze grzania i wszystkim tym, co zdążyła zapomnieć. Ale jedno było pewne - grzaniec był wyśmienity.
Przesunęła dłonią po klapie marynarki męża. Męża. Zaśmiała się do swoich własnych myśli. Siedząc na stołeczku była odrobinę wyższa, ale i tak musiał się pochylić. Oczywiście, że to zrobił.
Nie można było poślubić Lorien i odmawiać jej takich drobnych przyjemności. Tak samo jak nie odmówił jej przyjścia tutaj. Nie wypadało wymykać się z własnego wesela, więc wesela zwyczajnie w świecie nie mieli. Nigdy w życiu nie zrobiła czegoś tak... głupiego. Nie. Nigdy w życiu nie zrobiła czegoś tak... właściwego.
Pocałowała go z tą samą czułością co zawsze. Ale teraz pocałunek smakował inaczej - może to kwestia grzanego wina, które czuła na wargach, a może tego, że wreszcie szanowny pan Aaron Andrew Moody był jej. Jej, jej, tylko jej. Miał obrączkę na palcu, podpisał stos podrobionych przez nią papierzysk i w ogóle. Nawet w pierwszej chwili chciała machnąć ręką na intercyzę, ale wiedziała, że wtedy matka dołoży wszelkich starań, żeby małżeństwo unieważnić. Wszystkie znaki na ziemi i niebie mówiły, że szaleniec zgodził się z nią być póki śmierć ich nie rozłączy. Nie wcześniej, zaznaczyła jeszcze, czystokrwiści się nie rozwodzą, pamiętaj.
Odsunęła się dopiero, gdy zabrakło jej powietrza, a równie podchmielony tłum zaczął bić brawa i wołać o kolejną kolejkę.
Zawiesiła wzrok na ustach aurora i uśmiechnęła się lekko.
Był jej.
- Gorzko! Gorzko! Gorzko!
Radosne okrzyki stałych bywalców pubów mieszały się z puszczoną na pełen regulator starą muzyką. Bo choć do Yule było jeszcze dużo czasu, Dziurawy przesiąkł na dobre atmosferą jesienno-zimową. Potrzebowano tego. Tych wszystkich kolorowych światełek, ozdób, zapachu grzańca w powietrzu.
Pasowała do tego miejsca. Tonęła w warstwach tiulu i koronek przedpotopowej sukni, w której przed ołtarz dumnie maszerowała jej matka, a przed nią - matka matki. Niestety Adeline Prewett była znacznie wyższą kobietą, więc Lorien wygladała jak biała bombka. Szalenie droga, ale bombka. Nie żeby to Lorien przeszkadzało, ledwo widocznej spod własnej sukni.
- Gorzko! Gorzko! Gorzko!
No cóż mogła zrobić - lud się domagał, lud więc otrzymał.
Westchnęła niemal z udręczeniem. No bo jak to tak, publicznie! To się nie godziło! Szybko jednak cierpiętnicze wzdychanie zmieniło się w ciepły śmiech. Zaróżowione policzki i błyszczące oczy co prawda jasno mówiły, że “tej pani już nie polewamy”, ale w kubeczku wciąż nadal miała trochę tutejszego grzanego wina. Nowa receptura, zapewnił ich Tom.
Nowa i mocniejsza, ale tego nikt już jej nie powiedział. Zamiast tego opowiadał o wszystkich przyprawach jakie dodał, o mieszance importowanej z zagranicy, temperaturze grzania i wszystkim tym, co zdążyła zapomnieć. Ale jedno było pewne - grzaniec był wyśmienity.
Przesunęła dłonią po klapie marynarki męża. Męża. Zaśmiała się do swoich własnych myśli. Siedząc na stołeczku była odrobinę wyższa, ale i tak musiał się pochylić. Oczywiście, że to zrobił.
Nie można było poślubić Lorien i odmawiać jej takich drobnych przyjemności. Tak samo jak nie odmówił jej przyjścia tutaj. Nie wypadało wymykać się z własnego wesela, więc wesela zwyczajnie w świecie nie mieli. Nigdy w życiu nie zrobiła czegoś tak... głupiego. Nie. Nigdy w życiu nie zrobiła czegoś tak... właściwego.
Pocałowała go z tą samą czułością co zawsze. Ale teraz pocałunek smakował inaczej - może to kwestia grzanego wina, które czuła na wargach, a może tego, że wreszcie szanowny pan Aaron Andrew Moody był jej. Jej, jej, tylko jej. Miał obrączkę na palcu, podpisał stos podrobionych przez nią papierzysk i w ogóle. Nawet w pierwszej chwili chciała machnąć ręką na intercyzę, ale wiedziała, że wtedy matka dołoży wszelkich starań, żeby małżeństwo unieważnić. Wszystkie znaki na ziemi i niebie mówiły, że szaleniec zgodził się z nią być póki śmierć ich nie rozłączy. Nie wcześniej, zaznaczyła jeszcze, czystokrwiści się nie rozwodzą, pamiętaj.
Odsunęła się dopiero, gdy zabrakło jej powietrza, a równie podchmielony tłum zaczął bić brawa i wołać o kolejną kolejkę.
Zawiesiła wzrok na ustach aurora i uśmiechnęła się lekko.
Był jej.