Morpheus czuł się upokorzony faktem, że musiał podróżować z kolegą, żeby dostać się na ulicę Pokątną. Tego dnia jego magia nie chciała z nim współpracować, nie było pakunków sunących za nim za pomocą zaklęcia ani dzbanka z kawą nalewającego mu napitku do filiżanki na biurku w Departamencie Tajemnic. Tak zmanipulował drugiego Niewymownego, że ten nawet nie zauważył, że wyświadcza mu przysługę i Morpheus rzeczywiście ma jakiś problem.
Gorzej, że nie chciał przyznać się, że mieszka kątem u Anthony'ego, bo Warownia jest w gruzach, a jego dworek, zamiast wyglądać lepiej, wygląda gorzej. Musiał więc coś wymyślić, aby nie iść z kolegą dalej. Jego wybawieniem okazał się sam Kocioł.
— Ciekawy sposób na podniesienie morali — Longbottom wskazał na informację o testowaniu nowego przepisu na grzańca. Na szczęście, jego trzecie oko nie dawało mu spokoju, nigdy, więc zgodnie z tym, co mu podpowiadało, drugi Niewymowny wykrzywił usta i pokręciło głową.
— Mam paskudne uczulenie na cynamon. Bezpiecznego wieczoru! — pożegnał się i przeszedł na zaplecze, gdzie znajdowało się tajne przejście na Pokątną. Morpheus za to stanął w kolejce, zastanawiając się, jak bardzo będzie tego żałować i co go pokusiło, aby zatrzymać się przy kontuarze i rzeczywiście zamówić tego grzańca. To było jak pociągnięcie sznurka, a on nie ignorował, gdy jego wola odpowiadała na energię świata.
Niewymowny nie wyglądał jak zwykle. Jego loki były w nieładzie, jakby uderzył go piorun i na nowo odział go kir, czerń żałobna, jedyna, którą miał w szafie u Shafiqa. Jedyna, która wydawała mu się tutaj odpowiednia. Cały Londyn był w żałobie. Cała magiczna Anglia.
A on pił grzaniec.
Zrobiło mu się niedobrze, gdy poczuł w dłoni ciepło kubka i jak niewidomy, usiadł przy losowym stoliku, najbliżej, aby jego nogi nie poddały się. Od razu siadł na lewej ręce, tej wolnej, aby powstrzymać to, jak bardzo się trzęsła. Ktoś go minął, zapytał jak się czuje jego ojciec, co było bardziej pytaniem o to, czy ktoś z rodziny umarł. Morpheus słabo się uśmiechnął i powiedział, że poza stratami materialnymi, wszystko jest w porządku.
Co za brednie. Co za brednie. Co za brednie.
Jego broda nadal śmierdziała spalizną. Na twarzy miał galaktykę przypalonej skóry, a twarz zmęczoną. Głos nadal mu się łamał, gdy mówił dłużej, zdarty od dymu i przekrzykiwania ognia. Wcześniej kwestia przejścia na stronę Lorda Voldemorta była bardziej kwestią osobistego honoru, później vendetty ze względu na Derwina. Teraz była gniewem boskim, który płonął, jak ciała, jak zwierzęta, jak dobytki podczas Spalonej Nocy. Nie da się zwalczać ognia ogniem, ale tym właśnie był Morpheus. Czystym ogniem.
A kiedy wszystko płonie, nie da się powiedzieć, który zapłonął od zła, a który od Świętej sprawiedliwości.
Napił się grzańca, licząc na kolejną epifanię. Był nawet niezły, na tyle, aby Morpheus zastanawiał się, czy w ramach swojej filantropii, Kocioł został wyposażony w wino z zapasów Antoniusza. Nie było to niemożliwe.