Miliardy gwiazd nad ich głowami i światła yulowej choinki, jedyne źródła blasku, jak okiem sięgnąć.
Cathal odetchnął, wyciągnął papierosa i zaciągnął się dymem, przypatrując się drzewku, które znikąd wyrosło w obozowisku zajętym przez ekipę magicznych archeologów. Shafiq domyślał się, że któryś z członków zespołu, zapewne pochodzący z Anglii, musiał nieźle się namęczyć, aby ją tutaj ściągnąć i ustawić pod osłoną nocy, by rankiem zobaczyli ją inni pracownicy. Wątpliwe, by ktoś z Egiptu miał taką fantazję: tu większość ludności była muzułmańska, a z kolei Boże Narodzenie nieliczna mniejszość świętowała w styczniu. Anglicy planowali więc w wieczór Yule wspólnie skoczyć do Luksoru, gdzie mieli w ramach świętowania mieć obiad w jednej z restauracji – coś, do czego Cathal podchodził bez entuzjazmu, ale i bez niechęci, i z pełną świadomością, że ludzie tego po prostu potrzebowali.
Ktoś jednak chyba uznał, że to zdecydowanie za mało.
I było to na swój sposób miłe, ale jednocześnie jeśli ktoś z niemagicznego obozowiska – bo przecież prace w okolicy prowadzili też mugole – akurat się tutaj zapląta, może się zdziwić, skąd cholerny świerk na środku pustyni.
Cathal przymknął oczy i na moment opuścił papierosa. Dym ulatywał ku niebu, ale poza nim w nozdrza wdzierał się też jeszcze zapach drzewka.
Nie miał wielu szczególnie cudownych wspomnień z magicznego okresu Yule, i dziś obudził się z myślą o tym, że muszą dokończyć tłumaczenie inskrypcji z jednej z sal, które udało się im otworzyć, i muszą to zrobić szybko, bo zezwolenia na prace wkrótce się kończą, nie o tym, by świętować. Ale w tej chwili pomyślał, że… drzewko pachniało domem. Angielskim lasem.
I może dlatego, chociaż niebo na wschodzie zaczynało już powoli blednąć, a wkrótce nocny chłód ustąpi zwykłemu na pustyni nawet zimą upałowi, Shafiq wciąż nie zrobił tego, co powinien, czyli nie transmutował tego drzewka, by wrzucić je do kieszeni, wynieść bardziej na pustynię i tam podpalić.