Był to widok doprawdy przykry.
Victoria nie miała czasu do tej pory zobaczyć w jakim stanie był ich dom rodzinny, ale widziała go Primrose, którą dzień po Spalonej Nocy odebrała z Lecznicy Dusz, by zabrać ją do siebie na Pokątną. Teraz jednak stały przed tymi ruinami – bo nie można było tego nazwać inaczej. Musiały się tutaj teleportować, nie było innej rady; sieć Fiuu nadal nie działała, o świstoklikach nie było co mówić, więc ciemnooka po prostu stała i czekała, aż Prim dojdzie do siebie, w tym czasie oglądając to, co zostało z ich domu, który znajdował się na obrzeżach Doliny Godryka, najdalej od mugolskich zabudowań jak tylko się dało.
Smród. Został smród spalenizny. Niegdyś piękna rezydencja teraz składała się z resztek ścian, zawalonego szkieletu budynku, zgliszcz ich wspomnień i dziecięcych marzeń pogrzebanych pod pierzyną popiołu. Victoria nie potrafiła nawet dobrze określić, czy to co czuje, to swąd czarnej magii, czy mieszanki tego wszystkiego co spłonęło, choć gdyby miała strzelać, powiedziałaby, że jednego i drugiego.
Nie weszły jeszcze do środka, stojąc przy bramce, a raczej tego, co z niej zostało… Victoria rozglądała się po znajomo nieznajomym terenie, oczami wyobraźni widząc niegdyś piękny ogród, który najpierw ucierpiał w dzikim wietrze jaki zerwał się 1 maja, będąc kropką nad i bardzo nieszczęśliwych obchodów Beltane, a teraz... Teraz z kwiatów, które tak pielęgnowała, nie zostało już nic, prócz wypalonych placków ziemi.
Westchnęła, czując narastającą w niej złość, której upust dała na razie zaciśnięciem pięści, aż poczuła ból przez paznokcie wbijające się w miękką tkankę wnętrza dłoni. Może i wyniosła się z domu po wielkiej kłótni z matką, ale cholera jasna, to przecież też był jej dom.
– Pierdoleni Śmierciożercy – odezwała się w końcu, kopiąc butem resztki czegoś, co kiedyś mogło być płotkiem oddzielającym pasmo rosnących kwiatów od dróżki prowadzących do schodów i drzwi wejściowych do budynku. Odwróciła przy tym głowę, by upewnić się, że Primrose już jakoś doszła do siebie, albo czy nie potrzebuje pomocy, bo może myśl o tym, ile tu straciła, jakoś ją przygniotła. Victorię z pewnością to gniotło, ale starała się być twarda. Nie dla siebie, ale dla siostry, która tego potrzebowała znacznie bardziej: tego, by można było się na niej oprzeć, choć to młodsza była tą wyższą. – Tyle mówili o wyższości czystej krwi nad mugolską, tak się nad tym spuszczali, a ostatecznie co. Dla ognia wszystko jest jednakowe, tak samo łatwopalne – może prócz nich, w końcu siostry Lestrange nie płoną. – Wiesz, że ponoć cyrk prowadzony przez mugolaków w ogóle nie zajął się ogniem? – rzuciła i rozkaszlała się okropnie, aż przyłożyła do ust lodowatą dłoń. Nawdychała się przez noc i cały wczorajszy dzień tyle tego pyłu, że miała wrażenie, jakby coś siedziało w jej płucach i drapało, paląc przy tym żywym ogniem od środka.