To była pora rzucić kością losu.
Morpheus sięgnął po swoją magię, jakby było to powietrze, którym oddychał, chociaż zupełnie co innego było esencją jego życia. Ciężkość na sercu spadła do żołądka, gdy magia przesunęła dla nich świat, zmieniając pole, na którym stali pewnie, chociaż gniewnie, w rozżaloną ogniem ulicę, która płakała uciekającymi mieszkańcami, którzy zaczynali zauważać ogień i dym i pył i padać w panikę.
Wylądowali w zaułku, który ciężko tak nazwać, bo przynależał do jednej z eleganckich kamienic, stojącej niedaleko Praw Czasu. Kamienica była siedzibą domu aukcyjnego i zdarzało się Longbottomowi bywać w nim, nie tylko prywatnie, ale również służbowo. Czasami artefakty, które pojawiały się w rękach rzeczoznawców, wywracały działalność lokalu do góry nogami, jak ostatnio, gdy przedmiot sprawił, że skóra Morpheusa mieniła się różnymi kolorami. Zrobiło mu się niedobrze na to odległe-chociaż-wcale-nie wspomnienie. Dwa miesiące. Tylko tyle wystarczyło, aby jego życie legło w gruzach. A podobno patronowała mu kapłanka, a nie Wieża.
— Uważaj! — przyciągnął do siebie Dolohova, gdy koło nich przeleciało jakieś zaklęcie i rozbryzgnęło się na ścianie za nimi wodnistą, obleśną plamą, którą ktoś w panice rzucił, żeby ugasić zarzewie ognia i spudłował, robiąc to w biegu. Longbottom nie planował być rycerzem w lśniącej zbroi, ale nie mógł nic na to poradzić, że instynktownie próbował ochronić puste, ptasie kości ukochanego od złamań i pergaminową skórę od jakiegokolwiek zasinienia.
W zaułku nie byli bezpieczni, musieli ruszyć do przodu, do schronienia, jakie miały dać celebrycie Prawa Czasu. Widzieli front przybytku, ale dym i popiół coraz bardziej się kłębił dookoła nich, jak nitki nieprzyjemnej sieci. Morpheus kątem oka spostrzegł kogoś stojącego w dymie, drgnął, odwrócił się w tamtą stronę, ale był to tylko kłąb, wznoszący się z rozbitej witryny.
Longbottoma drapało w gardło, pomimo chustki.