Laurent często przychodził odrobinkę spóźniony - tak wypadało. Przecież gospodarze zawsze powinni mieć moment czasu na dopudrowanie nosków, poprawienie ustawienia jednej szyneczki na całej tacy wędlin, czy przesunięcia o milimetr kielicha, do którego później poleje się wino. Odrobinkę - tak. Tym razem przyszedł spóźniony nieco bardziej.
To jedyne odstępstwo od normy nie przecięło całej reszty wypełniania rutyny bycia. Jasny błękit jego stroju połączony z granatem i dominantą bieli czarodziejskiego garnituru i do tego uśmiech na twarzy. Tak, jakby nic się nie zmieniło. Jakby nie mieli za sobą pogrzebu, jakby Londyn nie spłonął, jakby w płucach nie ostał się pył.
- Przepraszam za spóźnienie. - Nawet ton się nie zmienił. Łagodny głos płynął jak morska fala cicho szemrząca w gorący dzień. Kojąca i porywająca zarazem zmysły we wrażeniu błogości i nieważkości. Przywitał się z każdym po kolei czy to skinięciem głowy, czy uściskiem dłoni, albo przytuleniem. Do Atreusa podszedł na końcu i wręczył mu prostokątny pakunek. - Na zdrowie. - Bracie. Atreus był jego kuzynem. Mimo to zawsze był dla niego jak brat - w całej okazałości. Od dzieciństwa, kiedy Atreus wrabiał go w dziwne rzeczy, albo popychał, a on zaczynał beczeć, aż po dziś dzień. Niewiele jednak osób mogło pochwalić się tym, że złamało mu nos... a przecież wcale nie chodziło o trudność tego czynu.
W prezencie, opakowanym ciemnym, czerwonym papierem zawiniętym wstążką, znajdowała się stara, odleżana whiskey. Blondyn był aż nader świadom problemów z alkoholem Atreusa... i jednocześnie może za bardzo świadom tego, że być może nie było teraz niczego, czego potrzebował bardziej.
- Czy dobrze usłyszałem, że Basilius będzie swatany? - Podłapał temat, stając przy Basiliusie i obdarzając go ciepłym uśmiechem.